Budowa

Pierwszego dnia przykopytkowałem rączo, skoro świt, na zbiórkę. Miejsce pracy było oddalone od mojego miasta 70 kilometrów i cały zespół do celu dowoził zastępca kierownika. Z wąsami. Żukiem. Siedzieliśmy w środku na ławeczkach, które równie dobrze mogły być skrzynkami po jabłkach, stłoczeni jak sardynki i grzaliśmy na spotkanie ze słońcem i łopatą. Po drodze zdarzało się, że zahaczaliśmy o pewną wieś, która była ulubionym miejscem spotkań operatorów koparek. Nikt nie wiedział dlaczego tak sobie ją upodobali, ale bardzo często zdarzało się, że gdy rano na miejscu zbiórki brakowało któregoś z naszych łyżkowych asów, istniało spore prawdopodobieństwo, że właśnie w owej wsi go znajdziemy. Po drodze wszyscy zgodnie pili żukowy napar, który składał się z miliona łyżeczek kawy, tony cukru, kropli wrzątku i stawiał na nogi konia. Razem ze stodołą. Choćby nie wiem jak skacowany zespół wsiadał do pojazdu, po dojechaniu na plac budowy wszyscy wysiadali nakręceni jak małe motorki. Na miejscu szybko przebieraliśmy się w prowizorycznym budynku, który trzymał się na taśmie klejącej i dobrych intencjach architekta i, w kaskach, uzbrojeni w szpadle-młotki-kleszcze-palniki, szliśmy do lasku. Lasek dzielił dwie wsie, z których jedna miała dostęp do kanalizacji, drugą natomiast charakteryzował duży odsetek latryn. Takich z wyciętym serduszkiem. Drewnianych takich. Nasze zadanie polegało na połączeniu obu miejscowości nitką rur, wprowadzających mieszkańców latrynkowej wioski w świat eleganckich, pełnych swobodnej ekspresji, defekacji i w ogóle w dwudziestypierwszywiek, gdzie woda spuszczała wiaderka i żurawie do lamusa z przestarzałymi rozwiązaniami.
Każdego dnia przebijaliśmy się żmudnie przez piaszczystą glebę, na której rósł las i kładliśmy te nasze rury, ścigając się z osuwiskami, które pojawiały się znikąd i zasypywały wykopane przez nas rowy w mgnieniu oka. Biada użytkownikowi szpadla, który zagapił się lub za długo nakładał mydlaną pastę na uszczelkę! Wykopana rozpadlina potrafiła „zejść się” w ułamku sekundy, pochłaniając wszystko, co znajdowało się w środku. Kilka razy nie udało mi się uciec i wówczas jedynym rozwiązaniem było zesztywnienie ze styliskiem łopaty w ręce i czekanie z nadzieją, aż koledzy zauważą wydzierającą się wniebogłosy głowę, wystającą z miejsca, gdzie przed chwilą był wykopany rów. W takim wypadku niezbędna była pomoc kierowców koparek. Byli to niezwykli artyści, którzy, niezależnie od ilości pochłoniętych poprzedniego wieczoru promili, potrafili podjechać wielką lorą pod samą głowę zasypanego delikwenta i wyjąć mu sprzed nosa ogromną masę ziemi, uwalniając go z mimowolnego więzienia. Gdy pierwszy raz koparka jechała na mnie, a ja nie mogłem się ruszyć, zasypany po szyję, to myślałem, że zwariuję, aż w końcu się, kurwa, zlałem w spodnie. Niesamowite wrażenie, jakie wywoływał kilkunastotonowy potwór, poruszający się na gąsienicach w kierunku mojej głowy, spotęgowane było kołatającą się pod czaszką myślą, że prowadzący skurwiel jeszcze nie wytrzeźwiał i mnie nie widzi, nie widzi mnie, kurwa! a ta gigantyczna łyżka zaraz mi urwie łeb, zostawiając w ziemi zasadzony korpusik. Nic dziwnego, że potem, gdy tylko słyszeliśmy, że na któregoś z nowych obsunęła się ziemia, rzucaliśmy łopaty i lecieliśmy na złamanie karku, by zobaczyć, jak delikwent sra lub leje w gacie ze strachu. Ci doświadczeni, gdy ich zasypywało, wykorzystywali przymusową przerwę i prosili o papierosa, demonstrując ostentacyjnie swoje znudzenie. Świeżakom, na taki widok, opadały szczęki i dość często, po takim wydarzeniu, rzucali wszystko w cholerę i więcej nie pojawiali się w pracy.
Najgorsze były „przeciski”. Gdy dojeżdżaliśmy z rowem do jakiegoś skrzyżowania, musieliśmy wykopywać gigantycznych rozmiarów dół, stawiać rusztowanie i wykorzystywać siłowniki z koparek do przeciśnięcia kilku ton ziemi na drugą stronę. Rany, jaka to była popierdolona robota! Kilka tysięcy machnięć łopatą potrafiło załatwić każdego, po zakończonej pracy często jeszcze długo siedzieliśmy na krawędzi wykopanej jamy i pijąc piwo, gapiliśmy się bezmyślnie w przestrzeń. Nikomu się wtedy nie chciało gadać, bo poziom zmęczenia fizycznego osiągał wartość krytyczną, zza której wychylała się czarna dziura i nie było nic do dodania.
Po jakimś czasie, ta grupa kopaczy, których poznałem kilka tygodni wcześniej, stała mi się bliższa niż rodzina, fantastycznie się z nimi czułem i często, w trakcie weekendu, nie mogłem doczekać się poniedziałku, by wreszcie ich zobaczyć. Byliśmy zżyci. Wypiliśmy morze tanich win i mocnych piw, nauczyłem się wymiotować nie przerywając pracy i maskować kaca przed kierownikiem, który maskował kaca przede mną.
W przerwach nie potrafiłem długo usiedzieć w miejscu, uwielbiałem załodze robić kawały i tylko czekałem, by któryś ze współkopaczy, przez nieuwagę lub roztargnienie, porzucił gdzieś swoje narzędzie pracy. Natychmiast wkraczałem do akcji i łopaty smarowałem jakimś budowlanym klejem, który potrafił lepić beton, a w pozostawionej bez opieki koparce zamieniałem przewody, doprowadzające olej do przekładni. Konsekwencje bywały różne –  jednego razu były to sztywne rękawice wystające ze styliska szpadla na środku budowy, a przy innej okazji była to rozpieprzona w drobny mak szopa na narzędzia, bo operator nie był w stanie okiełznać nieprzewidywalnego ramienia koparki. Zabetonowane gumiaki to był najmniejszy wymiar kary, z jaką musiałem się liczyć w takich wypadkach, dużo częściej lądowałem na gałęzi, dyndając do góry nogami, na łańcuchu przemysłowym. Tam, na budowie, poznałem faceta, który potrafił równocześnie pisać obiema rękami w kilku kierunkach, bo wcześniej pracował na lotnisku wojskowym, gdzie taka umiejętność była niezbędna. Tam też pierwszy raz w życiu widziałem, jak można wypić bełta w trzy sekundy i zobaczyłem wybuch gazu, który przewrócił spychacz jak pudełko zapałek, zmieniając ogromną połać ziemi w gigantyczny lej. Po drodze oberwałem kilofem, wjechałem ciężarówką w dom i brałem udział w pościgu za złodziejami drucianej siatki.
Odszedłem stamtąd po roku, gnany swoimi wiatrami, w zasadzie z dnia na dzień, bez pożegnania i słowa wyjaśnienia. Wydawało mi się to wtedy nieważne, sądziłem, że pędzę ku jakimś, kurwa, gwiazdom, lepiej płatnej pracy, bardziej interesującym ludziom, muzyce z głośnika i w ogóle ku lepszemu światu. Zacząłem jedne studia, skończyłem drugie, w międzyczasie pracowałem w dwóch milionach miejsc, byłem pajacykiem, menadżerem, trenerem, szkoleniowcem, bezrobotnym rentierem, gołodupcem bez legowiska, złamasem, bohaterem, macho z rozbujanym libido, wykastrowanym gawędziarzem, wrażliwym chłopcem i skurwielem bez skrupułów. Ktoś po drodze mierzył do mnie z pistoletu, ktoś nie zapłacił za pracę, rozbiłem kilka aut, poznałem kilka fajnych dziewczyn, kogoś okłamałem, komuś wyjebałem prawdę między oczy, gdzieś narozrabiałem, gdzieś posprzątałem…
Po dwudziestu latach odwiedziłem swoją budowę. Zupełnie przypadkowo, ot, przejeżdżałem obok, coś mnie tknęło, zatrzymałem się, podszedłem do bramy i, po chwili, prawie nieświadomie, zalazłem się na znajomym placyku, z parkingiem dla koparek. Usiadłem sobie na schodkach przed barakiem – tym samym, który wtedy trzymał się na taśmie klejącej – i, chowając twarz w dłoniach, po prostu się rozpłakałem.
To była najlepsza praca jaką miałem w życiu.

  • Anonymous

    Coś jest w tych wszystkich opowieściach, że ja ci wierzę. Dobrze się je czyta, bo potrafisz ciekawie łączyć język potoczny z piękną literacką polszczyzną. To daje niespotykany efekt, jest nowe, świeże i bez zadęcia. Masz przy tym tyle luzu, ze widać, że nie boisz się eksperymentowania i z różnych jezykowych zakrętów wychodzisz z tarczą. Mi przypominasz faceta na deskorolce, który wykonuje jakiś trick i wszyscy są pewni, ze się wywali a on ląduje jakby nigdy nic i dziwi się, ze tylko on tak umie.
    Jeśli to pamiętnik to jesteś bardzo ciekawym facetem. Jeśli nie to masz niesamowitą wyobraznię czyli jestes ciekawym facetem.
    Mila

  • Anonymous

    Piekny i taki trafny jest komentarz powyżej. Od siebie dodam,ze ten wpis to jedna z moich ulubionych historii Bartka:)

  • Dziękuję.
    Naprawdę.
    Głowa cała w piórach.
    Latam. Zajebiste uczucie.

  • Anonymous

    Jaaaaaaaa……..ale jazda!!! Bartek, co ja Ci tam będę pisał. Tu jestem w trybie Ordinary Reader. Zaje, zaje, zajefajne. Nawet tyci babol się na mnie nie rzucił. I do głowy mi nie przyszło, żeby się za jakim rozejrzeć.
    Patrz, znowu się okazało, że jestem mądrala, bo wiem, z kim się wąchać :-)
    Nie lataj, nie lataj, pisz, dobra? Dziewczyny już ściągają majtki przez głowę :-) czarodzieju. I tak trzymać!
    L.

    • Anonymous

      Bez przesady…-dziewczyna.

  • Anonymous

    No dobra, nie wszystkie, tego nie napisałem. O ile tej kwestii dotyczy wątpliwość :-)
    Trudno nawet ocenić skutki wirtualno-realne, gdyby całość żeńskiej, czytającej populacji uczyniła w ten sposób.
    Ale i tak mamy do czynienia z imponującym czarodzicielstwem. Zazdroszczę :-( też bym tak chciał…

  • Wkraczam.
    Z różdżką.
    Z aloesem.
    Bez majtek.

    Na koniu.

  • Anonymous

    Caly na bialo. Jakby zapomniales dodać…

  • Cały na biało.

  • Anonymous

    E, e, Bartek, no co się wtrącasz? A jakby mi się też trochę udało poczarować, żeby dziewczyna…no, okulary na przykład zdjęła, to przecie by Ci nie ubyło, nie? No wiesz, Twoja stronka, ale nie musisz być od razu takim samcem alfa, prawda? I zajmij się łaskawie pisaniem, a nie bezmajtkową hippiką. Bo czekamy (chyba jest tu ktoś jeszcze?)na ciąg dalszy. O ramieniu i szopie. Dawaj.
    L.

  • Anonymous

    O tchórzofretce, jeśli mozna tak smialo sugerować tematykę. A bycie samcem alfa to nie wybor, to destynacja… Bartek nic ma to nie moze poradzic.

  • Samiec alfa. Aha.
    To może tę wiwisekcję potwierdzę zdjęciem swojego siusiaka? 6cm czystego szaleństwa…

  • Anonymous

    Bylo milo zrobilo sie .. chujowo.

  • No to wsteczny i po śladach.

  • Anonymous

    E, no spox. Trochę sprawiedliwości. „Czyste szaleństwo” było zabawne :-)

  • Anonymous

    Hłaskowate bardzo :)

  • Sylwia

    A Rychu z owej budowy zapytałby po prostu: O chuj ci chodzi. Masz pozycje, kasę i wolność. Jak nic powinieneś tańczyć ze szczęścia.
    Nie. Rychu po prostu by zapytał: Napijesz się ze mną wódeczki?