Buty Aspergera

Amadeusza spotkałem w pracy, na jakiejś imprezie, nie mam pojęcia ku czci czego zwołano nas wszystkich, ale na pewno to była impreza, w której udział brało kilkaset osób. Od razu rzucił mi się w oczy – sztywna, wyprostowana sylwetka, żołnierski styl chodzenia – nie można było nie zauważyć, jak przeciskał się przez tłum po krzywych łamanych, nie bardzo panując nad konsekwencjami takiego sposobu poruszania się. Był właścicielem knajpy, w której impreza miała miejsce i zachowywał się jakby był kompletnie odarty z ludzkich uczuć. Z odruchów nawet. Gdy na kogoś wpadał, łamiąc mu podstawę czaszki w piętnastu miejscach, wybijając cztery zęby i gilotynując dłoń – tak trochę wzdłuż i pod kątem – to odwracał się z kamienną twarzą i, mechanicznie, wyrzucał z siebie „Sorry”, nie przerywając jednocześnie podróży do celu, ku któremu zmierzał. Gdy ktoś przypadkiem rozlał piwo, Amadeusz wyrastał spod ziemi i wręczał winowajcy wiadro ze ścierką i stał nad nim, dopóki plama nie została usunięta. Z jedną miną stał. Im dłużej go obserwowałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że facet ma nierówno pod sufitem – wysoki poziom psychotyczności plus socjopatia – a do tego odcięte wszystkie sznurki odpowiedzialne za mimikę. Potrafiłby z tą samą miną prasować koszulę i człowieka, bez różnicy, koszula po prostu byłaby mniej skwiercząca. Za nic nie zostałbym z nim sam na sam w jednym pomieszczeniu, bo jakikolwiek ruch z jego strony, na przykład do kuchni po wodę, natychmiast zinterpretowałbym jako szarżę jakiegoś pierdolniętego dzika i pewnie dźgałbym go zapamiętale widelcem czy czymś, dopóki nie uzyskałbym pewności, że jest unieruchomiony i nic mi nie grozi.
Amadeusz poruszał się nieco na zapleczu naszej wesołej czeredki, czyli zarządzał grupą ludzi pracujących w jego lokalu z tylnego siedzenia. Było to podyktowane tym, że ekipa była wyjątkowo dobrze skonsolidowana, a on, przy kompletnym braku najmniejszych choćby predyspozycji do utrzymywania kontaktów społecznych, nie był w stanie nawiązać jakiejkolwiek relacji, która pozwoliłaby mu koordynować pracę i rozdzielać zadania. Przychodził, rzucał w przestrzeń polecenie, żadne z nas nie wiedziało do kogo było ono adresowane, więc nikt się tym nie przejmował, następnie przychodził po raz drugi, sprawdzał stan faktyczny, po czym sam realizował nakreślone zadanie, bardzo przy tym zadowolony, co wyrażało się mruknięciem „Dobra robota!” wyemitowanym, po wszystkim, nie wiadomo do kogo. Czasami, gdy robiliśmy sobie jakieś nieprawdopodobne jaja z klientów, próbując uciec przed szaleństwem, jakie wyłaziło w środku nocy z zakamarków knajpy w postaci nasiąkniętych chemią Animków, czyli osób, które na pewno nie istniały, bo to niemożliwe, by być aż tak pojebanym, Amadeo pojawiał się jak duch, a potem okazywało się, że wcale się nie pojawiał, tylko stał za naszymi plecami od dwóch godzin. Bez przykrych konsekwencji wynikających z tego faktu. Po prostu stał i patrzył jak my przeginamy pałę, jadąc po Animkach do oporu. Właściciel knajpy! Kiedyś jego o rok młodszy brat, Julian, wesoły i kontaktowy człowiek, opowiedział nam, że jako ośmioletni chłopiec, wylądował na dwa tygodnie w szpitalu, a Amadeusz nawet nie zauważył, że Julka przez ten czas nie było. Mimo, że dzielili razem pokój…
Pewnego dnia Iwka, najbardziej rezolutny człowiek jakiego wówczas znałem, postanowiła zaktywizować lewą półkulę Amadeusza i oświadczyła, że zabiera go z nami, po pracy, na rytualne-codzienne-chlanie. „To jest dobry człowiek!” – krzyczała z mocą – „Tylko nikt nigdy nie próbował go zintegrować ze społeczeństwem i ja, Święta Iwona, wyrwę go z okopów samotności, w którą zepchnęło go życie”. Dobra – pomyślałem – skoro taką masz misję, to guzik mi do tego, co za różnica ileset osób straci przytomność wlewając w siebie, tradycyjną dla naszej grupy, mieszankę środków odurzających w postaci stałej, płynnej i dymnej.
Cóż, na miejscu okazało się, że nasz zwierzchnik dysponuje słabiutką głową, więc nie mieliśmy okazji przekonać się o tym, w co tak szczerze wierzyła Iwka – że po kilku kieliszkach Amadeo wyjmie zza pazuchy składaną gitarę, rozpali prowizoryczne ognisko i zacznie śpiewać pieprzone szanty, dowodząc, jak bardzo pomyliliśmy się w ocenie jego predyspozycji towarzyskich. Przekonaliśmy się jedynie o tym, że Pana Imprezowicza, po przyjęciu minimalnej dawki promili, odcina od zasilania i zamyka mu się emisja werbalna – nie wypowiedział ani jednego słowa przez cały wieczór –  a, w zamian, dość obficie, otwiera przewód pokarmowy. Po trzech godzinach użerania się ze zwłokami i płaceniu horrendalnych sum kelnerce, która pojawiała się co chwila z mopem, celem usunięcia kolorowych znaczników, które tu i ówdzie nasz bohater zostawiał, doszliśmy gremialnie do wniosku, że czas się wynosić i zalec odłogiem w swoich domach, gawrach, garażach, budkach czy co kto tam miał.
Iwka uparła się, że zadba o Amadeusza-Króla-Nocy i zaweźmie go z placu boju prosto do swojego domu. Pożałowała tego po siódmym kolejnym przymusowym przystanku taksówki, którą wracali, ponieważ jego żołądek wydawał się mieć pojemność miliona litrów i produkował zwrot za zwrotem, doprowadzając taksówkarza do szewskiej pasji. Po wylądowaniu na miejscu, dzielna  dziewczyna doholowała 100 kilo nadźganej masy do swojego mieszkania i kawałek po kawałku zaczęła rzeczoną masę ogarniać – niezłomny balangowicz zarzygał bowiem wszystko, w co był zapakowany –  brzuch, plecy, kolana, ręce, szyję, pasek, buty, skarpety, plecak, no kurwa wszystko, dosłownie wszystko. Po godzinie udało  jej się go w końcu, odpakowanego i jako tako posprzątanego, ubrać w ciuchy nieobecnego współlokatora i zawinąć w świeżą, pachnącą pościel oraz ulokować w swoim łóżku, a samej pójść spać na mikrosofkę w drugim pokoju. Nie minęło dwadzieścia minut, gdy obudziło ją znajome rzężenie pomieszane z bełkotem – Amadeo-Pogromca-Parkietów zmagał się z kolejną inwazją treści żołądkowej, nie bardzo przy tym przejmując się drobiazgami w stylu ruch głową poza łóżko. Wyczerpana i pół żywa poświęciła kolejną godzinę na wyjęcie balangowicza ze śmierdzącego kokonu i umieszczenie go w nowym, upranym i pachnącym.
Rano, około siedemnastej, wstała i cichutko przygotowała śniadanie, takie z twarożkiem, jajkami i mocną kawą i zajrzała do sypialni, by obudzić poległego onegdaj  kierownika placówki. Delikatnie dotknęła jego ramienia i, widząc, że otworzył oczy, powiedziała:
– O, obudziłeś się, świetnie, ale się wczoraj działo, kurczę, chyba urwał ci się film, wiesz, byliśmy w knajpie, walnąłeś parę luf na hejnał, sponiewierało cię koncertowo, nic nie mówiłeś przez cały wieczór, nie wiedziałam gdzie mieszkasz, no to zabrałam cię do siebie, strasznie wymiotowałeś, musiałam ci zdjąć skarpetki i je wyrzucić, o, tu są nowe..
Amadeusz usiadł na łóżku.
– A buty? – burknął, po czym, zobaczywszy, że stoją równiutko przy łóżku, założył je na nogi i wyszedł.
Po prostu.
Bez słowa.

  • Anonymous

    No to tak,
    kolejny tekst, który pokazuje, jak łatwo poruszasz się wśród liter i jak biegle mieszasz style, tworząc swój własny, oryginalny i świeży. Każda historyjka przykuwa do tekstu od początku do końca, umiesz utrzymać czytelnika przy sobie i nie musisz silić się na zwroty akcji. Każda linijka jest ciekawa. To wielki, wielki dar. Ale o tym już było.
    Osobiście wolę cię poważnego. Nie chodzi o to, że, gdy żartujesz, twoje pisanie coś traci, nie, nie, bradziej o to, że potrafisz o trudnych rzeczach pisać lekko i precyzyjnie, dotykając sedna. Myślę, że szkoda twojego talentu tylko na zabawę.
    I tak będę cię czytać.
    Milka

  • Anonymous

    A ja wole ten Twój luz. Kojarzysz mi się bardzo pozytywnie i myślę, że często się śmiejesz. To w ogólnym bilansie jest ciekawsze niż filozoficzne przesłania. Gdybym miała spędzić z kimś czas z własnej woli to wybrałabym Luisa de Funesa zamiast Dalajlamy.

  • To pisanie ma swój rytm. Ja się na niego godzę, nie chcę zakładać mu kagańca, wolę jak cieknie sobie poza moją kontrolą. Nie buduję rusztowania, bo nie interesuje mnie wykuwanie w brązie pomnika dla jakiegośtamtwórcy. Większość piszę na kolanie, w pracy, w metrze, na klatce schodowej. Ilekroć zaczynam obudowywać się „klimatem” wena zaczyna traktować mnie z buta, powstają pierdy, których czytanie grozi kalectwem albo przynajmniej kontaktem z lekarzem lub farmaceutą. No to wywalam wszystko do śmieci, spuszczam wodę i wracam na swój kawałek podłogi, czyli zatapiam zęby w życiu. Czasem się zesram do fontanny, a czasem uratuję życie grupie gruzińskich tancerzy-uchodźców z Tibilisi, pojawi się parę siniaków, kość z tyłu czaszki poboli ze śmiechu, zarobię, stracę, zepsuję pieprzone żelazko, zszyję łapę psu, dam się wyruchać bankowi, naprawię poduszkę pod silnikiem, porozpaczam, ugotuję bób, latam ze szczęścia, liżę rany, minie miesiąc i okazuje się, że mam 20 stron. Kurwa, maczkiem. Szkoda mi czasu na zastanawianie się nad moim pisaniem, to się po prostu dzieje.

  • Anonymous

    Dla mnie pisanie to sztuka. I może dlatego różnimy się podejściem. Kiedyś napisałeś, żeby nie stawiać znaku równości między tobą a twoimi tekstami. Ja im wierzę więc można gadać swoje ale ten znak się sam narzuca. Gdybyś podszedł do swojego pisania poważnie, tak na sto procent poważnie, mogłoby powstać coś wielkiego, nie mam co do tego wątpliwości. Twoja beztroska pozwala się świetnie bawić ale pod spodem widać i warsztat i wyobraźnię. Gdybyś tylko chciał być pisarzem a nie tylko wirtuozem liter…
    M-a

    • Anonymous

      Jezu, całą sobą jestem za ostatnim zdaniem powyższego komentarza.

  • „Kiedy inni oczekują od nas, że staniemy się takimi jakimi oni chcą żebyśmy byli, zmuszają nas do zniszczenia tego kim naprawdę jesteśmy. To dosyć subtelny rodzaj morderstwa. Większość kochających rodziców i krewnych popełnia je z uśmiechem na twarzy.” Morrison wychylił mi się zza pleców.

  • Anonymous

    Skrajność i jeszcze raz skrajność w tym zdaniu. Nie jestem zdziwiona. Zdziwię się jak kiedy zareagujesz łagodnością.

  • Anonymous

    Nie widzę w tym nic skrajnego. Juz prędzej wyrazistość. Może to dlatego że jestem z pokolenia wychowanego na Morisonie. Za parę lat zdązysz sie zdziwić/

  • Wielkość, pisarz, morderstwo, Dalajlama…
    Mój Boże, to wychodzenie w samo południe przed saloon – z koltami, w ostrogach i apaszce – gdzieś nas cofa. To może schowajmy broń i spotkajmy się przy barze, obok pianisty, hm?

  • Anonymous

    No pewnie. Tylko koniu też trza dać browarka, bo to nasz przyjaciel i nas na swoim spracowanym grzbiecie do tego godziwego miejsca (znaczy saloonu) przywiózł. Taki uczynek nas na pewno nigdzie nie cofnie :-)
    Barteeeek! Dobra jest, rozwijasz się. Power obecny i przytomny. Jeszcze tylko tyle, żeby do kupy zebrać to, co już potrafisz i dać głębię. Głąbom, czyli na przykład mnie. Znaczy, żeby było coś więcej, niż genialnie opowiedziany kawał o owcy. Z grubsza kumasz, co mnie tu chodzi po głowie? Ani mi się śni podpierać Morrisonem, albo innym Czcigodnym, wyznaczać kierunki i określać plan (nie robię na śmieciówkowych zastępstwach, nawet jak Pan B dzwoni, że wyskoczyłby na parę dni urlopu, bo się prawdziwki w Lasach Parczewskich pokazały), tak sobie ino rozważam. Bo podobało mi się jak zwykle. Ale żeby się nie zgettowiło gatunkowo, narracyjnie, stylowo i myślowo, OK?
    L.

  • Krzykiem sumieniaś, Leszku;
    Zdrapujesz farbę, pod spodem albo MichałAnioł albo mężczyzna z kotem.
    Usłyszałem.

  • Anonymous

    Coś by skrobnął? Miesiąc już minął…

  • Anonymous

    oczekiwanie to straszna rzecz. zawsze-wszędzie-tutaj też.

    • Anonymous

      nic tylko płakać..

  • Przepraszam, dźwigam teraz cały świat………….

  • Anka

    Trochę dziwnie wtrącać się w dyskusję sprzed lat 4, ale tak bardzo wpisuje się w moje wczorajsze myśli, że inaczej nie mogę. I to od razu w dwie rzeczy.

    To już inne czasy, fejsbóczek, milion interakcji, a tam – myślałam/em, że jesteś inny, inaczej Cię sobie wyobraziłam/em, pisz tak, śmak, braktego/braktamtego, o właśnie tak miało być/miało być inaczej. Worki oczekiwań. I tak sobie pomyślałam, że to bardzo ciężki chleb i podziwiam, że ktoś umie tak oddawać mimo wszystko kawałki siebie na swoich warunkach i nie udusić się przy okazji w tych workach. Tzn. podziwiam to ostatnie właśnie, mnie oczekiwania przytłaczają i się odwracam na pięcie i spadam. Nawet, gdy są to oczekiwania, by się nie zmieniać zbyt głośno wypowiadane.

    Tak sobie myślę, że Anonymous, który chyba był w tym czasie Leszkiem, to chyba nawet nie zamierzał w tym kontekście roszczeniowym,. Tak myślę, że zamierzał motywacyjnie. Tylko motywacja w kierunku, którego motywowany sam nie obrał, to nadal skrajanie kogoś pod naszą wizję jego. Nie.

  • Anka

    Rzecz druga.

    Przed długą ( z przyczyn technicznych ) przerwą w czytaniu pochłaniałam tony liter, nie tylko dla zawartości, ale dla samej przyjemności z czynności. Nigdy nie wciągnęła mnie blogosfera. Utykałam po 1,2,3 notce. Nie.

    Tu wsiąknęłam od pierwszej chwili, a wręcz zatopiłam się w tych tekstach. Tak sobie więc pomyślałam, że może mi się percepcja zmieniła, albo sfera się we mnie wpasowała bardziej i zaczęłam podczytywać innych, tych polecanych, czy tych trafionych z komentarzy przypadkiem, bo i tu przypadkiem trafiłam. I nie. Nadal.

    Ta powyższa wymiana zdań ubrała w słowa to, co mi się kołatało- czemu. To właśnie wrażenie zapisywania na pudełku od zapałek kawałków życia, w tej chwili, gdy myśl o nich nachodzi, bez tego celebrowania, obmyślania, cyzelowania, nadawania głębi mnie tak przyciągnęło. Brak poczucia, że piszący bardzo dużo pracy włożył, by krótką formę włożyć ogromnie wiele treści maskując to, ile pracy włożył. A i tak niekiedy wali nas po oczach Kaplicą Sykstyńską.

    Więc nie albo-albo, a mężczyzna z kotem, który bywa Aniołem.