Chrzest

Wczoraj nie zostałem chrzestnym. To znaczy przedwczoraj też nie, i ostatnie kilka lat też nie bardzo, ale wczoraj nie zostałem chrzestnym, bo zabiłem księdza. No dobra, nie zabiłem na śmierć, ale chłopina lichy jest, coś się w nim urwało, niby się ma wylizać, ale nie wygląda to dobrze.

Zaczęło się od tego, że poproszono mnie z wielką pompą na chrzestnego, bo ciotki wymyślili, że Bartek w Warszawie mieszka, tam jest filharmonia, a dzieciaka trzeba od małego z wielkim światem koligacić, więc dalejże, Kazek bij świniaka, jedziemy do stolicy. Zjechało się pół rodziny w odświętnym odzieniu, wujek odpieczętował dereniówkę i trzy dni później ciocia Krysia znalazła mnie w sieni dwa województwa dalej, lekko umorusanego przeszłością, w stroju, kurwa, ludowym. Klamka zapadła.
Ponoć się w trakcie przedchrzcin nawet poryczałem, bo brzdąc stał się z miejsca moim ulubionym członkiem rodziny, a jako że wygląda jak Józef Oleksy, nie ma zębów i drze japę dwa cztery ha, to i babcię jął żywo przypominać, co moją sympatię jeno potęguje, bo co babcia z kolei z tym alzheimerem odpierdala, to ja serdecznie przepraszam. Ostatnio śledztwo przeprowadzała w sprawie zuchwałej kradzieży części jej garderoby ze szczególnym uwzględnieniem tych elementów bielizny, których kradzież byłaby nieco kłopotliwa, głównie ze względu na fakt, że rzeczone w chwili deliktu znajdowały się na ciele pokrzywdzonej. Po brawurowym przeprowadzeniu całego postępowania procesowego i wyeliminowaniu z grona podejrzanych postronnych, znalazła winnego w sposób nie budzący wątpliwości. Przestępcą okazał się być Karmel, pies, będący od czterech lat po drugiej stronie tęczowego mostu, co dla babci wielkim problemem nie było, bardziej dowodem na to, że szubrawiec zbiegł był z łupem. Uwielbiam ją.

Ad rem, czyli że zgodziłem się zostać chrzestnym babciopodobnego kurdupla, któren to tytuł z dumą bym nosił na piersi siną farbą wykłuty, gdyby nie to, że przypadkowo odjebałem księdza.
W dniu zero bowiem, wraz z ojcem latorośli Jackiem, udałem się po umyślnego czytaj Jego Eminencję Proboszcza, celem go dotransportowania na obiekt, bo tenże był obsługiwany przez innego hierarchę i trzeba było pół gminy na nogi postawić, żeby odpowiednie zgody na celebrację uzyskać. Na miejscu okazało się, że kościelnym w probostwie został niedawno mój kolega Marek, co mnie kompletnie z obuwia wyrwało, bo Mareczek raptem parę miesięcy wcześniej wiosłem w kapeli machał i raczej wstrzemięźliwy nie był, a tu takie kwiatki, ale musi się przyczaić, wyjaśnił, na przeczekanie, więc od słowa do słowa wyjebałem z nim pół butli samogonu, przy akompaniamencie Jacka, ojca dziecka, dziękuję za uwagę.

Gdy przyszło co do czego, w sensie Eminencja do samochodu, to okazało się, że nie bardzo ma kto za fajerę wbijać, bo promile nas lekko sterroryzowały, a czas się nagle skurczył raczył, no i trochę kibel. Jego Świątobliwość stanął jednakowoż na wysokości zadania i, po krótkiej kontemplacji, sam postanowił być steremżeglarzemokrętę, toteż wytrabanił biskupiego passata-jeden-dziewięć-w-dizlu z zakrystii czy w czym tam księża fury trzymają i dawaj nas poganiać, że tu się nie ma na co gapić, tu trzeba pruć. Zanim się zdążyłem obejrzeć, lekko zdrożona czeredka pod wezwaniem świętego Kubicy gnała ku świątyni sakramenta odprawiać. Mnie przypadła rola pilota, głównie dlatego, że obok księdza musiał jechać ktoś szczupły, bo ów gabarytem przypominał średniej wielkosci tankowiec, i mimo, że passat ma sporo miejsca z przodu, to i tak musiałem za każdym razem wysiadać, gdy duchowny zmieniał bieg.
Po kilkunastu kilometrach, na jakimś skrzyżowaniu, Jego Eminencja ni stąd ni z owąd zapytał:
– Jak sprawy?
Trochę zdębiałem, no bo znalazł moment na pytanie kompletnie z dupy i mnie w miętkie trafił. Szybko jednak połączyłem kropki. Chrzest. Ksiądz. Spowiedź. Papierek. A prawda was wyzwoli.
– W porządku – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo sprawy były dopięte na ostatni guzik.
Ksiądz ruszył i wjebała się w nas furgonetka z firmy kurierskiej. Impet uderzenia zmienił nieco topografię passata, transferując mnie w trybie pilnym na siedzenie kierowcy, skądinąd zajęte przez pulchnego klechę. Gorzej, że na nieświadomce wyjebałem mu z dyni, chrobotneło, no i mu się coś w środku urwało.

Dzisiaj się dowiedziałem, że dzwon to moja wina, bo Jego Pulchna Świątobliwość zapytał „jak z prawej?”

  • Aga D

    nie lepiej by bylo ze mna na pasazerskim, bo choc moze i uslyszalabym dobrze, ale szanse na zidentyfikowanie o która chodzi w stosownym czasie daza do zera ;)

  • Aja Aja

    Bardzo dziękuję za tak fantastyczną porcję wyśmienitego humoru. Dawno nie popłakałam się tak szczerze z uciechy – kwiląc na przemian z kwikiem totalnym. Czytałam tekst rodzicielce na głos – czyn heroiczny zgoła bo wymagał kilku podejść, by w całości mogła go usłyszeć i również szczerze płakać z radości.
    Czy można gdzieś nabyć książkę napisaną przez Szanownego Autora?

    • Aja, wbijaj tu kiedy chcesz, zabierz Mamę ze sobą.

      Książki brak, albowiem szkoda czasu itympodobnepierdy ;)