Cień

Sporo czasu poświęcam na ganianie się z własnym cieniem. Lubię sobie wyobrażać, że kiedyś nie zdąży odskoczyć – wtedy go złapię i zamienimy się miejscami, berek, teraz ty gonisz. Pewnie pobiegłbym w noc, żeby jakoś wyrównać szanse, sprytem zasypując przepaść. W uciekaniu nie zawsze chodzi o szybkość.

Rzecz w tym, że są chwile, raczej rzadko, gdy obaj – ja i cień – zapominamy który z nas jest tym drugim i zatrzymujemy czas po to, by posiedzieć przez moment, ciesząc się mimowolnym brakiem tożsamości. Zszywamy się. Pochłaniamy. Jak horyzont słońce.

***

Następnego dnia rano poszedłem powłóczyć się po okolicznych wioskach, uwielbiam je. Ich największy urok polega na tym, że oparły się upływowi czasu i życie w nich biegnie niemal identycznie, jak 30 lat temu. Tak przynajmniej twierdzą miejscowi, w których zwyczajna ludzka serdeczność tatuuje DNA. Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się, że koło i ogień wynaleźli tu w zeszłym roku i cieszą się z tego wynalazku tak samo, jak z pierwszych owoców po zimie albo urodzin gdzieś kogoś.
I gdy tak łazilem wokół trzepaka, z językiem przyschniętym do podniebienia, bo słońce nie bierze tu jeńców, z chatki na kurzej stopce wychylił się staruszek bez zębów i w metalowym kubku przyniósł mi wodę. Zwyczajnie, jak wszystko co się tutaj robi, po prostu mnie zobaczył i przyniósł. Popatrzył chwilę jak piję, spojrzał w górę, pod słońce, uśmiechnął się szczerbacie i powiedział, żebym sobie poszukał cienia.

 

Użyj Wyobraźni