Cień

Niemal równo rok temu ostatni raz pofrunąłem na wyspę, która od lat stanowi mój bliższy ciąg dalszy. Ale najpierw, lata wcześniej, wyciąłem sobie dziurkę w tekturowej atrapie rzeczywistości pomiędzy awersem i rewersem prawdy i cichcem schowałem się tam przed wszystkimi. Na początku chodziło o zniknięcie i wylizanie ran, potem bycie niewidzialnym weszło w krew, więcej nawet, stało się moją drugą skórą, swoistym modus operandi – mogłem stać przed tobą i opowiadać o tym, że mnie nie widać i w życiu byś mnie nie zauważył(a). Umościłem się tam wygodnie, najwygodniej jak pies umie i zbudowałem miasto, o którym nikt nie wie. Ulice, budynki, skwery, parki, dzielnice, tory, mosty, ścieżki rowerowe, urzędy, muzea, galerie – i wszystko to wypełniłem ludźmi, z którymi lubię przebywać i tymi, którym nie jestem potrzebny. To świat, który kocham, wokół którego kręci się słońce i który ma własną grawitację i mimo, że czasem z rzeczywistości dolatuje jakiś zgrzyt, to za nic nie zrezygnowałbym ze swojej architektury. To  m o j e  m i e j s c e ,  ono ze mną podróżuje wszędzie, dokądkolwiek się wybieram.
***
Sporo czasu poświęcam na ganianie się z własnym cieniem. Lubię sobie wyobrażać, że kiedyś nie zdąży odskoczyć – wtedy go złapię i zamienimy się miejscami, berek, teraz ty gonisz. Pewnie pobiegłbym w noc, żeby jakoś wyrównać szanse, sprytem zasypując przepaść. W uciekaniu nie zawsze chodzi o szybkość.
Rzecz w tym, że są chwile, raczej rzadko, gdy obaj – ja i cień – zapominamy który z nas jest tym drugim i zatrzymujemy czas po to, by posiedzieć przez moment, ciesząc się mimowolnym brakiem tożsamości. Zszywamy się. Pochłaniamy. Jak horyzont słońce.

Rano poszedłem powłóczyć się po okolicznych wioskach, uwielbiam je. Ich największy urok polega na tym, że oparły się upływowi czasu i życie w nich biegnie niemal identycznie, jak 30 lat temu. Tak przynajmniej twierdzą miejscowi, w których zwyczajna ludzka serdeczność tatuuje DNA. Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się, że koło i ogień wynaleźli tu w zeszłym roku i cieszą się z tego wynalazku tak samo, jak z pierwszych owoców po zimie albo urodzin czyichś gdzieś kogoś.
I gdy tak łazilem wokół trzepaka, z językiem przyschniętym do podniebienia, bo słońce nie bierze tu jeńców, z chatki na kurzej stopce wychylił się staruszek bez zębów i w metalowym kubku przyniósł mi wodę. Zwyczajnie, jak wszystko co się tutaj robi, po prostu mnie zobaczył i przyniósł. Popatrzył chwilę jak łapczywie piję, spojrzał w górę, pod słońce, uśmiechnął się szczerbacie i powiedział, żebym sobie poszukał cienia.

 

Użyj Wyobraźni