Części składowe

Stanąłem z Radkiem przy barze. Tłum falował i mieszał zapachy – koszulki polo z kołnierzykami na sztorc, brody i przykuse portki czaiły się na wijące, naoliwkowane ramiona, idealne tyłki i trzepoczące rzęsy. Wszystko to razem kąpało się w promilach, czasem w koksie, a czasem we własnym blasku.
– To ta, za filarem, spięte włosy, nie odwracaj się teraz – lekko konspiracyjnie powiedział Radzio, unosząc znacząco brwi. Uganiał się za tą laską od kilku tygodni, napalony jak rosjanka na kozaki i w kółko o niej gadał. Że Kasia to, że Kasia tamto, że cycki, że studia, że firma. Jednym słowem – petarda. Oczywiście odwróciłem się bez obciachu, bo przecież nie mam 12 lat, żebym drętwiał, gdy widzę ciacho. W dobrym momencie, bo nas zauważyła i w obstawie trzech koleżanek przedzierała się, przez tłum, ku nam.
Faktycznie, petarda.

***

Gdy mieszkałem w Kielcach, 20 lat temu, świat był strasznie ciasny. Nie było telefonów komórkowych, nie było internetu, dwóch kolegów miało najki, a mój ojciec jeździł ładą, która pod blokiem uchodziła za najlepszą furę na osiedlu. Królowały ortaliony i fryzury późny-Limahl łamane na Waldek-ze-Złotopolskich, wszyscy wyglądaliśmy, w tych pulowerach zakasanych w dresy, jak enerdowscy siatkarze po tournee w Bułgarii i wszyscy drapaliśmy się bezwiednie po jajkach. Letka wieś. Gdzieniegdzie miękki, rzadki wąs. No, kurwa, sorry.
Kradłem staremu tę jego ładę i w dziewięciu pompowaliśmy do Starachowic. Do dyskoteki „Duch”, żeby poderwać jakieś dupy i udowodnić chłopakom, że nasz ówczesny bohater, pornogwiazda Ron Jeremy, to jakaś popierdółka. Prawdziwi faceci to my. W tych dresach. I sweterkach. Tureckich takich. Z mchem pod nosem.
Najwięcej zamieszania robił Hubert aka Kura, bo wyglądał jak indianin, był w chuj przystojny i miał milion rzemyków. Laski na niego leciały jedna przez drugą, taki miał magnes i był naszą polisą. Jak był Kura to były dupy, pewne jak wpierdol od starego. Za ładę.

***

Radkowa Kasia z koleżankami lekko się trafiła i lody topniały błyskawicznie. Ja też wpuściłem w siebie rozpuszczalnik rzeczywistości, w związku z czym zrobiło się miękko, wesoło i zamaszyście. Czyli kobiety-wino-śpiew wśród salw śmiechu, bo przy petardzie trzeba pokazać gacie. A długość fiuta mierzy się wesołością, jaką opuszczone portki sprawiają. Jednak im dalej w las, tym bardziej Radek markotniał, bo Kasia powłóczyste spojrzenia kocich oczu zawieszała coraz częściej na mnie, ozdabiając je przy tym trzepotaniem czarnych rzęs w sposób, który topił skały i wywoływał erekcję.

***

Siedzieliśmy z Kurą i wianuszkiem fanek przy ogromnej ławie-stole w „Duchu” i udowadnialiśmy światu, że wypicie duszkiem litra gorzały niczego nie zmienia i jest jedynie przygrywką przed łykaniem sztyletów i wyginaniem podków w palcach. Każdy się starał, bo miejscowe Halinki słynęły z otwartości i giętkości.
Daleko, po drugiej stronie sceny, na której didżej katował DrAlbana i nieśmiertelne „It’s my life”, rudy Marcel bajerował blond niunię marki Grażyna. Rzeczona Grazia, posiadaczka jasnych loków, powoli mu się przyjmowała, czyli istniała szansa, że to z nią Marcel straci wianek, co stanowiło dla niego, z uwagi na kolor włosów, spore wyzwanie. Niestety Rudy, w amoku wywołanym wzwiedzionym członkiem, popełnił brzemienny w skutki błąd, bowiem przytargał Grazię do naszej ławy-stołu. I nastąpiło nieuniknione – jasnoloka ujrzawszy Kurę, po kilku minutach straciła zainteresowanie Marcelem i jęła swe wdzięki eksponować w zgoła przeciwnym kierunku czyli ku indiańskolicemu Hubertowi. Ten znosił to dzielnie, bo Grazia dawała radę na odcinku klatka piersiowa-odcinek lędźwiowy kręgosłupa, do momentu, gdy bezceremonialnie usiłowała wpakować mu się na kolana.
– Posłuchaj, pindo – wypalił przy wszystkich. – Przyszłaś tu, bo zaprosił cię mój kolega, Rudy. I już trzeci raz on coś do ciebie mówi, a ty go olewasz i łasisz się do mnie. To brak kultury, wieśniaro i mam cię w dupie.
No i chuj trafił atmosferę.
Zrobiło się trochę nie bardzo. W sensie cicho.
Hubert wylazł zza ławo-stołu
– Dawaj, Marcel – machnął na Rudego. – Idziemy się napić.

***

Polazłem do kibla, bo już się powoli zacząłem psuć. Rany, co za tempo. Wyszedłem po chwili szczęśliwszy o parę-litrów-mniej i podreptałem do szatni, po fajki z kurtki. Gdy szarpałem się z kieszeniami, usłyszałem za sobą koci głos.
– Podaj mi swój numer – Kasia poprawiała włosy za uchem.
Spojrzałem na nią. Uff. Urywa dupę. Serio. Ekstraklasa.
– Chyba cię pojebało – odpowiedziałem i odwróciłem się na pięcie. Przy barze znalazłem Radka.
– Dawaj, stary – klepnąłem go w plecy. – Idziemy się napić. Za Kurę.
– Co? Za jaką kurę?
– Nieważne – uśmiechnąłem się. – Zbieramy się.
– A dziewczyny? A Kaśka?
– Daj spokój – machnąłem ręką. – Nie warto.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Dziedzic Pruski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Dziedzic Pruski
Gość
Dziedzic Pruski

czytam od najnowszego i ten wpis to klasa sama w sobie :)