Dr Jekyll & Mr Hyde

Pracowita noc, to już miesiąc w kółko, ostatni „enter”, ufff, wreszcie spocznij, wolno palić. No to sprzęgło, padłem na łóżko, nawet nie zdążyłem poczuć momentu, gdy dotknąłem policzkiem poduszki. Mój sen to podróż, także w wymiarze hmm.. topograficznym. W sensie, że wędruję po łóżku. Zawsze marzyłem o dużym. Jakkolwiek to brzmi.
Trzy godziny później jakby ktoś wrzucił granat pod sklepienie czaszki, za nim kolejny i kolejny,  zaraz, cicho do ciężkiej cholery, to budzik chyba, czy telefon, już ósma?! Przecież nie zdążyłem nawet… Nieważne.Rozejrzałem się badawczo wokół, moment, gdzie pion, gdzie poziom, kot miauczy, pies szczeka, pająk tka, we łbie Bagdad, potrzebuję usiąść spokojnie, kawa, zęby, kupa, prysznic, kolejność dowolna, idę na balkon. Odkryłem, że gdy gapię się w słońce, wszystko wokół, z charakterystycznym „klik”, wskakuje na swoje miejsce. Potrzebuję tego, codziennie rano, nie wiem jak na to wpadłem, ale światło z góry powoduje, że po prostu wiem gdzie jestem, co robię, Excel w głowie wszystko grupuje, porządkuje, tnie, dopasowuje, układa. Melatonina wyparowuje, receptory raportują o stanie ogólnym systemu, mózg przestaje zgrzytać, a w świat wędrują barwy.  Słońce. Moje prywatne 220V. Baterie naładowane.
Zerknąłem na komórkę, 11 nieodebranych, rany, przecież kradzież życia prywatnego powinna podlegać karze symbolicznego wydalenia z planety gdzieśtam, dobrze, już dobrze, zaraz oddzwonię, nie zesrajcie się z tym ciśnieniem. Na miły Bóg, po co tak wciskać gaz w podłogę od samego rana i asfalt zrywać?! Luzu trochę. No to siedzę sobie z kawką na balkonie, a głos w słuchawce, który do kogoś należy, zjada samogłoski z emocji, to M. chyba, tyle, że z słów jakie z niej wypadają nie da się nic zrozumieć, rozdzielam je z trudem, łapiąc sens tylko niektórych, co ty tak strzelasz, karabin połknęłaś? „Przyjedź…przed pracą zdążysz?… spotkanie… za chwilę … klepnęli budżet… ubierz się w coś, tak wiesz, no ładnie… nie zaglądałeś do skrzynki?!” No nie, nie zaglądałem, spałem przecież, może to dziwne, ale prawie 7 miliardów ludzi też tak ma, dobra, już dobra, będę za pół godziny, krawat też musi być?
Nie (z)noszę krawatów.
***
Wieczorem siadłem sobie na tym samym balkonie, tak na progu, z herbatą, zbroja zdjęta, para znad kubka i czerwone niebo to taki mój własny przepis na tęczę, uwielbiam swoją chatkę z piernika, gdy wszystko wokół homeostatycznie ciche i już siadając wiem, że gdy się uśmiechnę za siebie, to ona owinie się wokół mnie tym samym. W ciągu dnia, gdy działam, jestem jak struna, która mimo, iż jedna, gdy jest trącona, to wydaje się być w kilku miejscach jednocześnie. Drgająca bilokacja. Aktywność ma wtedy ten soczyście zewnętrzny wymiar, mnóstwo zderzeń, interakcji, inne piętro rzeczywistości, lubię wtedy to szaleństwo, gdy czas płynie jak wariat, rejestracja mruga, a światłowody, te ze słonecznych baterii, dostarczają paliwo, zalewając strumieniem energii.
Ale lubię też, gdy wracam do drugiego siebie, gdzie czas jest mój, a ja jestem nago. Na balkonie. Z tęczą w kubku.

4
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
aniaVulgaryzatorBartek Biernackidina Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
dina
Gość

Im więcej czytam tym bardziej lubię. Zostaję tu na dłużej!

Bartek Biernacki
Gość

Rozgość się. Tu pies, tu kuchnia, tam kibel, obierz ziemniaki, ja też lubię krupnik, uwaga na klamkę, bo wylata.

Vulgaryzator
Gość

no proszę, cherubin ze skośnymi. fajne połączenie.

ania
Gość
ania

bo monotonia jest do dupy