Dźwięki odbite

Wydaje mi się, że sny są drzwiami do równoległej rzeczywistości. Z naciskiem na „rzeczywistości”. Moje bywają tak cholernie realne, że czasem-często-zawsze po obudzeniu długo nie mogę dojść do siebie i odróżnić, która rzeczywistość jest prawdziwa, a która tylko pływała w melatoninie. Szczypanie się można o kant dupy potłuc, nie daje jednoznacznej odpowiedzi i nawet we śnie boli.
Najbardziej płynna granica między snem a jawą jest wtedy, gdy wypełniam się dymem. Najpierw zaczynam mieć wysoki kontrast, a potem wszystko, co mnie otacza, zaczyna być miękkie i jakieś takie, kurwa, pluszowe.

***

Wsiadłem do autobusu, z czerwonymi cyferkami, późnym wieczorem, bez planu na podróż. Lubię tak toczyć się przez miasto, w zalanym świetlówkowym światłem pojeździe, mającym swoją tajemniczą trajektorię i jasno określony cel. Kaptur i słuchawki odcięły mnie od innych na tyle skutecznie, że miałem wrażenie, że podróżuję jedynie w towarzystwie swojego odbicia w szybie. Obok mnie siedział jakiś koleś, w kolorowych dredach i bez przerwy coś do mnie mówił, a ponieważ słyszałem muzykę, to się to jakoś komponowało w jedną całość. Kolorowego rastamana widziałem tylko w odbiciu, bo gdy patrzyłem na fotel obok, ten był pusty. W pewnym momencie gość podniósł się, uśmiechnął i wysiadł na przystanku, a w jego miejsce wsiadła piękna mulatka, potoczyła wielkimi oczami po pustym autobusie, po czym wybrała miejsce obok mnie i od razu połączyła się z dźwiękami z słuchawek. Znowu spojrzałem na siedzenie obok siebie. Puste. Tymczasem mulatka w odbiciu szyby łagodnie nuciła swoje dźwięki i chyba nieźle się bawiła, bo każdą nutę okraszała pogodnym uśmiechem.
O dziesiątej wieczorem wylądowałem w centrum, ręce wetknąłem w kieszenie i, zalogowawszy włóczykija, szwendałem się po ulicach z nadzieją, że, w którejś szybie, spotkam dźwięczną mulatkę czy wesołego rastamana. Zamiast nich na mojej drodze pojawiła się cała kapela, z rozebranym do pasa frontmanem, utkanym z wody, przezroczystym i co chwila zmieniającym formę. Jakby się w środku przelewał, z krzyku w szept i dalej, w jazgot, wrzask i znowu w ciszę, to wszystko razem rezonowało jakąś niesamowitą kakofonią – wydawało się nieuporządkowane na pierwszy rzut ucha, by, po chwili, porazić precyzją i błyskotliwością. Przezroczysty wokalista nagle wsiąkł w chodnik, tuż przede mną, wraz z zespołem, a znikąd, w jego miejsce, wyskoczyła Indianka z ogromną wiolonczelą i płaczliwym głosem odpłynęła na nutach między budynki. Przysiągłbym, że nie dotykała ziemi, ale może tylko mi się wydawało.
Dotarłem do wielkiego skrzyżowania, które, mimo późnej pory tętniło życiem, głównie młodych ludzi, kolorowych, w dziwnych okularach, z pieluchą w gaciach, ufryzowanych i jabłkopodobnych. W tym wszystkim kosmicznie wyglądała staruszka, cała szara, z niesamowitym spojrzeniem niebieskich, jaskrawoniebieskich! oczu, która przyglądała się ze spokojem wszechobecnym papuzim egzaltacjom. Spotkaliśmy się spojrzeniami, jedyni, którzy nigdzie nie szliśmy, przejrzała mnie na wylot i z uśmiechem, wolno, bardzo wolno, zaczęła znikać.
Usiadłem sobie na schodkach i czekałem na następny autobus. Dałbym sobie głowę uciąć, że obok siedział sobie śmieszny, mały gość w kapeluszu, z gitarą i grał „All Along The Watchtower”. A może tylko się odbijał w kałuży.

***

Strasznie wysoki mam dziś kontrast.

  • Anonymous

    Jest w tobie coś zajebiście pozytywnego

  • Anonymous

    Stylowo. Gdzie można przeczytać, zobaczyć lub obejrzeć inne Pańskie publikacje? Przez Google się nie udaje.

  • :D

  • Mo

    Kocham te nocy kiedy sen zostawia smak na ustach, a w głowie pewność, że gdzieś, gdzieś na pewno się to zdarzyło. A ty tak piszesz, jak mi się śni. Dziękuję.