E-love

Agnieszka, lat 38, postanowiła zrobić karierę i zostać team-liderem niewielkiej firmy. Wyposażenie w umiejętności prezentowała dość nikczemne, ale zaparcie miała. Już po kilku dniach podjęła decyzję o zmianie imienia, „bo wszyscy w firmie mają jakieś ksywki” i, samoistnie, została Mimi. Współpracownicy patrzyli na nią jak na ciekawostkę  przyrodniczą, ale widzieli wiele, więc jedno dziwactwo w te czy we w te niespecjalnie ścinało ich z nóg. Mówili do niej per Agnieszka, ona o sobie Mimi i wszystko grało.
Na punkcie obsługi klienta – firma zajmowała się wyposażeniem audio – nagle, ni stąd ni z owąd, przeprowadzała interview z klientem i dopisywała mu skile do CV. Kolejka w chuj, ludzie walą drzwiami i oknami, a laska odpytuje klienta z jego życia i nanosi poprawki do jego aplikacji na jakieś-gdzieś stanowisko. Bo się zgadali. Luz.
Pałę przeginała sukcesywnie, akcjami typu „urlop na żądanie bo muszę umówić się do fryzjera” lub „dziś nie przyjdę bo kot mi przebiegł drogę, albo no dobra, przyjdę”. Atmosfera  wokół niej gęstniała, ale Agnieszka-Mimi była atmosferoodporna, nie wyczuwała narastającej frustracji współpracowników, zwierzchników i właścicieli i rezolutnie kontynuowała swoją politykę, polegającą na wykonywaniu działań z dupy, kompletnie nie pasujących do wypracowanego w firmie, przez lata, schematu. Oprócz tego cechował ją wyjątkowo płytki afekt – w jednej chwili potrafiła wybuchnąć śmiechem z powodu króliczka-fajtłapy z youtuba, by po pięciu minutach siąkać nosem i łykać łzy, bo głód w Somalii.
Przelało się, gdy bezpośredni przełożony zwrócił jej uwagę, żeby nie używała firmowego komunikatora do prywatnych rozmów, bo zauważył, że od kilku tygodni prowadzi wielogodzinne rozmowy z kimś i to rzutuje na jakość wykonywanej pracy – krótko mówiąc jej komputer pikał, że nowa wiadomość a ona przerywała rozmowę z klientem i poświęcała się odpowiedzi na rzeczony komunikat, w trakcie których perliście chichotała. I tak dziesięć razy. Klient wychodził trzaskając drzwiami. Romans kwitł. Mimi promieniała. No, kurwa…
Po rozwiązaniu umowy o pracę szef sprawdził zawartość archiwum komunikatora. Okazało się, że Mimi, prawie 40 letnia kobieta, przez kilka tygodni opowiedziała całe swoje życie BOTOWI z gadu gadu.