Fartuch

     Wśród sąsiadów mam opinię gościa, który wszystko może załatwić, bo zna każdego sztajmesa z dookoła i w niejednym śmietniku spał. Poziom krytyczny przekroczyłem zapewne w momencie, gdy pewnej deszczowej nocy, gdzieś na początku, pozbyłem się z siebie całej odzieży wierzchniej wraz z przyległą bielizną, skarpetek nie wyłączając i w stroju Adama umościłem się na wycieraczce sąsiada, żeby uzupełnić melatoninę. W trakcie uzupełniania tejże emitowałem spore ilości płynów, co znacząco zaniżyło racjonalną ocenę sytuacji przez właściciela wycieraczki i zaowocowało dość obcesowym potraktowaniem mojego pojemnika na myśli. Poczułem się w rewanżu, adrenalina nie zarejestrowała komendy „stop” i w efekcie cisnąłem nim pół piętra niżej, wyrządzając spore spustoszenie w doniczkach hołubionych przez Paniąjadwigę, emerytkę z trzeciego. Trochę głupio wyłapać w palnik pod własnymi drzwiami od gołego najebanego kolesia, więc mój interlokutor rozpętał piekło na klatce schodowej, które zrzeszyło pozostałych mieszkańców dając mi tym samym nieco krępującą możliwość zapoznania się ze wszystkimi lokatorami w dość niezręcznych okolicznościach. Tę szansę od losu przyjąłem godnie, ani na chwilę nie zapominając o trzymanych w ręku genitaliach, dość nikczemnie prezentujących się na tle tak zacnego grona, podczas gdy w latającym właścicielu wycieraczki krew buchała i kurwy latały co i rusz kalając uszy zebranych – i tak oto sobie sympatycznie ciekł poranek w naszej idyllicznej enklawie.
Po wszystkim okazało się, że ów krewki sąsiad aka Sputnik nie jest gwiazdą socjogramu, tylko raczej wręcz przeciwnie – powszechna nienawiść do patafiana kipiała, bo od wielu lat uprzykrzał życie całej wspólnocie, ale jako że wzbudzał obawy, to wszyscy pielęgnowali nienawiść doń na zapleczu. Mój wyskok uruchomił mechanizm spustowy i po kilku kolejnych awanturach skarwieńsynstaszek stał się aloesowymstasiem, kulturalnie zamykającym wiatę ze śmieciami i niegrillującym na balkonie. Sąsiedzi, nieco zaocznie, uznali, że tego typu przemiana nie dokonałaby się bez mojego udziału i w ten sposób powstała legenda o niezwykłym darze negocjacyjnym, jakim niby dysponuję. Konsekwencje rzeczonej legendy mają swój dramatyczny ciąg dalszy prawie za każdym razem, gdy czołgam się w liściach i ściółce do domu.
– Panie Bartkuuu! – pani Paulinka, lat 84, przeniknęła przez szczebelki balkonu swoją upapiloconą głową i nawoływała. – Panie Bartkuuu!!
– Co znowu? – zadarłem głowę do góry. Akurat opuszczałem w pośpiechu podwórko, bo mi sklep zamykali i po zasoby prułem, jak mnie przydybała była tym swoim sokolim okiem.
– Nic, nic, tak pana zauważyłam, to, mówię sobie, zawołam. – Pani Paulinka może i wiekowa, ale ciągle miała w sobie to coś. Bajera najwyższej próby, jest pierdolnięcie.
– Aha – już byłem po drugiej stronie furtki. – To wspaniale.
– To może by pan do mnie zadzwonił, co? Na komórkę by pan zadzwonił, co?
Wiedziałem, cholera. Niby prawie za daleko ale usłyszałem i co pan zrobisz? Nic pan nie zrobisz. Wykręciłem numer.
– Halo? – aksamitny sopran Paulinki przeciął kable. Powietrze przeciął w sensie. I moją trąbkę Eustachiusza. – Kto mówi?
– To ja, waszawielebność.
– Kto, przepraszą?
– No a kogo się pani spodziewała, hę? Bartek, pani Paulinko, Bartek z czwartego.
– Aaaa, no właśnie, dobrze że pan dzwoni. Czy widział się pan z babą? – wyjebała z grubej rury, łapiąc mnie na wykroku jak Messi Neuera w półfinale Champions League.
– Słucham?! – zdębiałem, zgodnie z wykrokiem.
– Z tą babą czy się pan widział? – pani Paulinka rzeczowo i przystępnie popracowała nad składnią.
– Jaką babą?! – zdębiałem dwa.
– Z tą od fartucha – wyjaśniła precyzyjnie.
– Co proszę?!
– Czy się pan widział z babą od fartucha? – lady Pe powtórzyła całym zdaniem pytanie.
– Od jakiego fartucha babą?
– No z tą od kołnierza tego.
– Z babą od kołnierza?!
– Od kołnierza. Z babą.
Ja pierdolę, może ja nie mam w mózgu czegoś i ten brak czegoś zasysa poszczególne słowa tak, że zdania do mnie docierają randomowo?
– Jakiego odkołnierzażesz?! – wysapałem po kilku wdechach.
– Słucham? – zdziwiła się uprzejmie starsza pani. Co klasa to klasa.
– Kołnierz, pytała pani o kołnierz – przypomniałem szybko.
– No kołnierz, kołnierz – potwierdziła ochoczo. – Śmierdzi strasznie.
– Ma pani śmierdzący kołnierz? – sam nie wierzyłem w to co mówię.
– I to jak! Ja tu mam wszystko tłuste.
– Co pani ma wszystko?! – nie, to się nie dzieje, trzeba się rozłączyć, bo przedsionki mi migotają albo mam tętniaka.
– No szyby mam tłuste, wszystko. I śmierdzi do tego cały czas.
Oczy zaszły mi mgłą.
– A baba? – wyszeptałem z nadzieją, bo coś o babie było, kurwa, wolę babę, baba była okej.
– Jaka baba? – prawie widziałem, jak paulinkowe brwi wędrują w górę. Gdyby nie finezyjnie nanizane papiloty to by te brwi przeszły naokoło.
– No baba, o babę pani pytała na początku pytała pani, no o babę przecież- prawie rzęziłem.
– Aaaa, ta baba. – brwi wróciły na miejsce. – To jak, widział się pan z nią?
– Z babą? – doprecyzowałem.
– No a z kim? Z babą. – potwierdziła pogodnie.
– Pani Paulinko – zebrałem się w sobie – ja bardzo panią przepraszam, ale ja kompletnie nie wiem o czym pani mówi i za chwilę eksploduje mi łeb.
– To pan nie wie? – znowu brwi uderzyły o papiloty. – Ja myślałam, że pan wie.
– Co o czym że wiem czy nie wiem? – chuj z gramatyką, iskierka nadziei rozświetliła moje wnętrze, że może się wyjaśni.
– Administrator mi mówił, że się pan spotkał z tą babą.
Kurwa, rondo.
– Z jaką babą?!
– No z tą od tego płaszcza, mówię przecież – pani Paulinka, lat 84, miała nerwy ze stali.
– Płaszcza?! – ja pierdolę, fartuch, kołnierz, to teraz jeszcze płaszcz.
– Tak, tak. – staruszka skwitowała obecność kolejnego elementu odzieży wierzchniej w naszej surrealistycznej rozmowie. – I administrator mi powiedział, że pan się z nią widział.
– Administrator tak pani powiedział?
– A co, nie widział się pan jeszcze?
– Z babą od płaszcza?
– No co pan – starowinka się obruszyła – Z administratorem naszym.
Zaraz zwariuję. Zaraz zwariuję. Zarazzwariuję. Zarazzwandndndjdndję.
– Kiedy czy się z nim nie widziałem?
– Wczoraj rozmawiałam i mi powiedział, że się pan już widział.
– Z nim?
– Nie. Z babą od tego kołnierza takiego.
Wyjebało mi korki i się poddałem się. Grzecznie podziękowałem za przemiłą i rozwijającą rozmowę, obiecałem, że oddzwonię i skoczyłem z mostu. Po dwóch latach doszedłem do siebie i od razu zadzwoniłem do administratora.
– Cześć Piotrek, rozmawiałem przed chwilą z panią Paulinką spod dwudziestki i…
– O rany, nie… – wciął mi się w słowo administrator westchnieniem człowieka, któren dopiero co rondo opuścił po dwudziestu kółkach i jeszcze nie do końca ma kontakt z błędnikiem.
– … i ty wiesz coś o jakiejś babie ze śmierdzącym kołnierzem w płaszczu – starałem się jak najwierniej odtworzyć z pamięci kluczowe informacje.
Najpierw długo cisza a potem ciamkanie. Cmokanie takie. Jakby powietrze zasysał czy coś. Chyba go, kurwa, zabiłem, przeleciało mi przez myśl, bo w jakimś filmie o Wietnamie jeden taki tak ciamkał umierając.
– Jesteś tam? No weżże coś powiedz. – nie wytrzymałem i chyba sam zacząłem ciamkać bezwiednie.
– Tak. Tak. O babie. W płaszczu. Tak. – odezwał się wreszcie żywy administrator Piotr, który mimo błędu błędnika przyswoił informacje i na bieżąco przetworzył. – Rozumiem.
– Rozumiesz?! – wyplułem z siebie zaskoczony. – Jak rozumiesz, co rozumiesz?!
– Kominy będą robić – wyjaśnił lakonicznie, pociamkując.
– Kominy będą? Jakie kominy? – nie dość, że jechałem na rezerwie, to ten jeszcze mi mózg grilluje. I ciamka, jebany.
– Jak to jakie kominy? Na dachu kominy normalne.
Ja pierdolę, przecież zaraz jebnie mi zastawka, co ja wam zrobiłem, żeście się tak uwzięli dzisiaj na mnie?! Co ty mi tu z kominami…
– Czekaj, zaraz , moment – zaparłem się rękami o niewidzialny mur na chodniku. Albo ja ich albo oni mnie. – Chcesz mi powiedzieć, że jakaś baba w śmierdzącym kołnierzu będzie robiła nasze kominy? To kurwa jakaś promocja była?! Taniej bo płaszcz jej cuchnie?!
– No co ty? – obruszył się. – Właścicielka knajpy z dołu miała się do ciebie odezwać, żebyś klucz na dach jej dał, bo będą mierzyć kominy. Wiesz, jak od niej syf do góry leci, to żeby nie zatłuszczał po drodze mieszkań, trzeba zainstalować wypełnienie. Płaszcz z aluminium, fartuch taki. Z kołnierzem.

  • Vramin

    Badum-tss :) Piękne.

  • mph

    Oj tam, oj tam. Pani Paulinka podała słowa klucze. Nie jej wina, że ktoś do zamka nie mógł trafić ;P Generalnie to grubo. Znaczy się tłusto. I śmierdząco. Wskazany ochronny aluminiowy płaszcz z kołnierzem. Coby się nie utaplać.

  • MartaNC

    Spłynął mi cały makijaż ze śmiechu ? wyglądam jak panda, ale właśnie sobie uświadomiłam, że potrzeba mi było wizyty u Ciebie. Dawno mnie tutaj nie było… Ale wracam… Chyba się uzależniłam ?

  • Filip Grenda

    Tekst idealny. Od ogółu do szczegółu.

  • Obserwator

    Tatulo mawial o takiej wymianie zdan, ze to rozmowa organu meskiego z butem – nie na jednym poziomie:)

  • Wracam tutaj dopiero wtedy, kiedy wiem, ze mam czas na porzadne poturlanie sie ze smiechu po podlodze. (To nie jest przenosnia.) :-)

  • Ola Achim

    5 rano, mąż w kuchni pije kawę a ja w sypialni czytam o fartuchu i wydaje takie odgłosy, że mąż zatroskany przebiega i pyta co mi jest, czy coś mnie boli itd…. ja mu mówię z ledwoscia powstrzymujac tlumiacy śmiech, wycierajac łzy i nos, że czytam o fartuchu Bartka…… mina męża bezcenna hihihi