Grosik

Rekrutację na stanowisko ekspedientka w moim sklepie na dole przeprowadza ktoś absolutnie wyjątkowy w stylu chytra baba z Radomia. Kryteria, jakimi się rzeczona kieruje są wypadkową jakiegoś niezwykle skomplikowanego procesu, bowiem to co odpierdala personel podczas jednej zmiany, to się nadaje do Śpiewających Fortepianów.
Ale po kolei – sklep ma powierzchnię dwudziestu metrów i każdy z tychże obsługiwany jest przez dedykowanego pracownika przechodzącego długotrwały proces specjalizacji w zakresie wiedzy o produktach z danego sektora typu czipsy lub sosy. Jeśli zapytasz jakiegokolwiek pracownika o wyrób będący poza jego jurysdykcją, wówczas przypuszcza on pełną zawieszonego afektu szarżę, której lwią część stanowi obszerny elaborat o braku kompetencji w obrębie bycia klientem, zakończony stosownym komentarzem typu „a po co to przychodzić do sklepu, jak się nie wie co się chce?”. Na przytomną uwagę, że ja wiem co chcę, tylko nie wiem gdzie to jest, pada równie życzliwa replika, że jakbym wiedziała gdzie co jest, to bym tu nie pracowała, uprzesiętakiimudaj łamane na askądweznejakniemam.
Na garmażerce wielkości pomieszczenia na mopy z którego regularnie nadaje Max Kolonko, pracuje sześć pań o aparycji wulkanizacji pod Sochaczewem – gdy jedna się drapie, druga musi kucnąć, trzecia podskoczyć, czwarta wejść za lodówkę a pozostałe dwie zamienić miejscami, tak, że to co się tam wyprawia w trakcie składania zamówienia to kurwa cyrk Zalewski i taniec z szablami Chaczaturiana.
Na kasach szaleństwo i parada atrakcji. Czego tam nie ma – jadalne baterie, pierogi babuni zapakowane w dziadunia, nóż do tapet z termosem dwa w jednym, prezerwatywy z kamerką cofania, makietka Biskupina z niegasnących zapałek, kamień z Jeleniej Góry panie Janie kochany, brakuje tylko tego kolesia ze Starówki co błyskającymi świderkami-spadachroniarzami handluje.
No i haerowcy chytrej baby z Radomia wyhaczyli z rynku pracy perełkę, piękną jak Wenus z Willendorfu, nieobciążoną dziedzicznie układem współczulnym, za to wyposażoną w brokat na licu i zepsute pokrętło ściszania.
– Dzień dobry – przywitałem się, dziarsko wypakowując zakupy z koszyka.
Wenus otaksowała mnie była wzrokiem od góry do dołu i poczęła przesuwać produkty pod czytnikiem. Fachowo i beznamiętnie.
– Czterdzieści sześć dziewiętnaście – podsumowała na koniec.
Jąlem supłać z trzosika.
– Proszę, czterdzieści sześć, chwila, o jest, osiemnaście, tym razem grosik w drugą stronę, ja będę winny – obwieściłem triumfalnie.
– Chyba pan żartuje! – odparła z mocą – To nie są moje pieniądze i ja nie mogę takich rzeczy robić!
Zatkało mnie.
– Przecież to grosik, mieszkam tu niedaleko, przy okazji doniosę, pewnie jutro tu będę jak zawsze.
– Proszę pana, gdyby tak każdy nie dopłacał przy rachunku, to ja musiałabym na koniec z własnych pieniędzy dołożyć, po mnie przychodzi koleżanka i ja się z nią muszę rozliczyć jak zdaję kasę!
Grosik. Kurwa grosik.
Popatrzyłem jej w oczy. No ni chuja, ciemność widzę Albercik, widzę ciemność. No dobrze, westchnąłem, skoro tak to tak.
Pozbierałem te wszystkie swoje monety z tacki, schowałem do trzosika i wyjąłem pięć dych. Wenus otworzyła kasetkę i się na chwilę zawiesiła. Po chwili jej procesor przetworzył dane i, odwróciwszy się w kierunku drzwi na zaplecze, dowyryknęła:
– Kamylaaaaa! Weź mi rozmień pięćdziesiąt złotych, drobnych nie mam!
Po minucie przyszła Kamyla ze złotem i miedzią.
Wenus szybciutko ogarnęła rachuneczek i wydała mi resztę.
– Trzy osiemdziesiąt dla pana, grosik będę winna.
Tak że tak.