Interview

Zadzwoniła do mnie jakaś kobieta i pełnym miodu głosem oświadczyła, że mi gratuluje. Że drugi etap to już wysokie progi i w ogóle, że teraz dobrze by było, żebym potwierdził świetne wrażenie z pierwszego etapu. Nie miałem pojęcia o co chodzi, ale jakoś tak odruchowo w to wszedłem i radośnie potwierdziłem chęć uczestnictwa w tymże. Po odłożeniu słuchawki przeskanowałem przestrzeń między uszami i coś sobie przypomniałem. Jakiś ponadroktemu wysłałem aplikację do Wielkiej Firmy na Bardzo Ważne Stanowisko czyli kreatywny kopik – trochę artysta a trochę rzeźbiarz. Taki od słów rzeźbiarz. Wtedy myślałem, że przyda się wsparcie przed skokiem na własną działalność i chętnie zmierzę się z wyzwaniem, jakie stawiają wielkie, poważne projekty ogromnego przedsiębiorstwa. Tyle, że to było wtedy. Teraz to nie było mi do niczego potrzebne. No ale od dawna chciałem pójść na rozmowę w sprawie pracy mając rzeczoną pracę w nosie. I na końcu wyjść jak na westernie. Tak dupą zarzucając śmiesznie. No to fru.

Wbiłem, w jednorzędówce zapiętej na ostatni guzik, do szklanego wieżowca w centrum pięć minut przed czasem i przedefilowałem przez wszystkie bramki, zasieki, blokady, czytniki z łagodnym uśmiechem profesjonalisty, który wie co do czego służy i nie boi się burzy, bo jest już duży. Na tysiącosiemsetpięćdziesiątym piętrze rozpościerało się królestwo, którego bram – szklanych drzwi wielkości wrót od stodoły ze wsi potiomkinowskiej – strzegła ekstra dupa z profesjonalnym uśmiechem i plakietką na cyckach miseczka deplus.
– Witam, Jolanta Rybak – wyciągnęła rękę na powitanie. – Pan Bartek, prawda?
– Witam. Owszem – potwierdziłem ściskając jej rybią dłoń.
– Dobrze, że pan już jest, zaraz przekażę szefowi haeru i będziecie mogli panowie porozmawiać. Napije się pan czegoś? – deplus profesjonalnie zafalowały.
Zastanowiłem się przez moment na co miałbym ochotę. Tak najbardziej.
– Może być herbata. – podjąłem po chwili. – Z owoców lychee. Z miodem. Dziękuję.
– Yyyyy, dobrze, zaraz sprawdzę – wybrnęła Jolanta i wpuściwszy mnie do gabinetu za szkłem, pomknęła w swoich szpilkach z czerwoną podeszwą wgłąb biura.
Gabinet był wielkości stadionu, z widokiem na panoramę miasta ze szczególnym uwzględnieniem centrum. Stanął mi.
Po kilku chwilach do gabinetu wszedł pyzaty-ale-chudy okularnik we wszystkim za ciasnym. Portki, kamizelka, marynarka – wszystko to opięte i za małe. Trochę jakby się w Smyku ubierał. Do tego chyba nie oddychał.
– Cześć, Andrzej Wrachło – przedstawił się konkretnie i zasiadł za biurkiem. Wyglądał jak Kraśko czy coś w tym stylu.
Usiadłem naprzeciwko i zainteresowałem się widokiem za oknem, podczas gdy Andrzej Wrachło wnikliwie studiował moje si wi.
– Taaaaak… – zagaił po dłuższej chwili. I tak brwiami do góry falę zrobił. Ekstra. Niezły trick. Przestałem się dziwić, skąd miał tę robotę
Wjechała herbata. Czarna. Bez miodu. Ej, no kurwa.
– Masz widzę doświadczenie w budowaniu zespołów, tak? – haerowiec na bezdechu przeładował działo.
Chwilowo moją uwagę pochłaniał brak łyżeczki, więc trochę Andrzej Wrachło zszedł na drugi plan. Rozejrzałem się po okolicy. Wszystko sterylne, płaskie, przezroczyste i nigdzie nie było łyżeczki.
– O, a tu widzę, że w zainteresowaniach masz wpisane graffiti. Opowiesz coś więcej?
Siorbnąłem. Bez miodu i bez łyżeczki to jednak słabo.
– Latam nocami po bocznicach na bombingu, macham wrzut i spieprzam przed sokistami. – wyjaśniłem konkretnie. – Drabinkę w zeszłym tygodniu zgubiłem
– Co?! Jak to?! – fala z brwi zrobiła rundę honorową.
– Normalnie, rozkładaną taką, czasem nasyp nie wystarcza, musisz na czymś stanąć.
– Ale jak to przed sokistami? – Andrzej dziwił się jak posłanka Hojarska pytaniom na maturze.
– No jak złapią to przesrane, łomot albo sanie, to zależy.
– Sanie?
– Sankcje. Jak sprawę założą. Wiesz, mienie publiczne i te wszystkie rzeczy.
Widząc okrągłe oczy szefa haeru postanowiłem sprytnie wykorzystać okazję.
– Masz łyżeczkę?
– Co? – Andrzej ciągle mentalnie siedział na bocznicy z sokistami.
– Łyżeczkę. Nie zamieszało mi się – wskazałem brodą na herbatę.
– Co się… Aaaaa, no tak, jasne – załapał, podniósł się zza biurka i wyjrzał na korytarz. Coś tam poszeptał i dziarsko wrócił za biurko.
Chwilę się pokokosił wpasowywując w funkcję. Usłyszałem klik i Andrzej Wrachło zaskoczył na stanowisko.
– Na czym to my… – podjął wątek. – A właśnie. Zainteresowania. Coś jeszcze, czego tu – postukał w si wi – nie ma?
Zmarszczyłem czoło.
– Ludki strugam. Z kory takie. – wykonałem nieokreślony gest rękami.
– Co, przepraszam, robisz?
– Kozikiem strugam ludki. Oczy, uszy, nos, no wiesz, twarz. – starałem się objaśnić możliwie najdokładniej – I dalej korpusik, nóżki, butki takie, podstawka. Różne – podsumowałem triumfująco.
Deplus przymocowane do Jolanty przyprowadziły łyżeczkę. Elegancko. Zdjąłem marynarkę i spod niej wychylił się królik siedzący na sedesie, którego miałem na koszulce. Andrzej sapnął. Trochę go sytuacja zaczęła przerastać.

Opanował się jednak dość szybko, sieknął łyka kawy z profesjonalnie niedbałym ruchem metką-do-mnie nad białym rozentalem i ruszył dalej. W sensie, że zasypał mnie pytaniami. A to, a śmo, a kiedy, a wtedy, w którym roku, skąd, którędy. W międzypytania Andrzej Wrachło wtykał ociekające złotem/kadzidłem/mirrą peany na cześć Wielkiej Firmy, które, w założeniu, miały mnie zmotywować do zaciekłej walki o oferowane stanowisko. Tymczasem ja na wszystkie pytania odpowiadałem z wdziękiem opóźnionego w rozwoju pracownika Centrali Rybnej w Opocznie po szesnastogodzinnym dyżurze. Raczej nie wiem, nie mam pojęcia, obawiam się, że nie doczytałem, wolałbym się nie wypowiadać bo nie było mnie wtedy w Polsce, brałem leki przeciwzakrzepowe i mocno po nich świrowałem i tak dalej w tym stylu. W pewnym momencie bieguny rozmowy niepostrzeżenie się odwróciły i zacząłem odnosić wrażenie, że Andrzej coraz bardziej usiłuje mnie przekonać do oferowanego stanowiska, a ja wyrażam wolę wręcz przeciwną, co chwila podkreślając swoją jaskrawą niekompetencję. W odpowiedzi na to szef haeru, czując, że mu się wymykam, dostał jakiegoś amoku i postanowił ze wszystkich sił mnie jednak posiąść. Czyli, że pomogą mi przy organizacji kredytu i w ogóle załatwią formalności w banku. Plus darmowa benzyna.
Dobra, dość.
– Andrzej – próbowałem mu wejść słowo.
I dadzą mi specjalny pakiet socjalny. Albo kartę Benefitu. Albo to i to. Chyba, że już mam, no to wtedy to nie.
– Andrzej! – ponowiłem próbę.
I że będę mógł mieć małego drapieżnika. Takiego do dwóch kilo.
– ANDRZEJ! – huknąłem.
Jakbym zaciągnął ręczny. Andrzeja wyjebało na łuku. Urwał w pół zdania i spojrzał na mnie pytająco. Wreszcie złapaliśmy kontakt.
– Masz za małe ciuchy – powiedziałem patrząc mu w oczy.
– Słucham? – haerowski błysk konsternacji. Bezcenne.
– Nie słuchasz. Nie ma lychee. I miodu nie ma. Masz za małe ciuchy. To biurko jest za duże. Te wszystkie bramki, czipy, czytniki, karty mnie wkurwiają, a Jolka, ta przy wejściu, ma rybi uścisk. Nigdzie nie ma zjeżdżalni. Spójrz na mnie. W moim świecie jest koszulka ze srającym królikiem, browarek przy trzepaku, czasem jakaś rozróba i brudne paznokcie. A ty masz manikiur, zegarek wart sześć pensji i tę filiżankę rozentala. Nie spina się, łapiesz? Pierdolnąłbym kwitami po miesiącu.
Podniosłem się z krzesła i rozejrzałem dookoła.
– Fajny gabinet – powiedziałem kierując się ku drzwiom i zarzucając dupą – No i ten widok… Czad.

17
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
MartaNCAga MBartekZKartekklasycznaMarta Mro Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jarek Guc
Gość

Normalnie John Wayne i Kowboj z Szanghaju byliby z Ciebie dumni! ;) Andrzej w przyciasnych ciuchach? Ostatnio jednego widuję ciagle w TV i cały czas w tym samym garniaku?! Może to ten sam ;)

Kamila Łońska-Kępa
Gość

Hah <3
Rozmowy są fajne. Pamiętam swoją jedną, początkową. Patrzy babsko w CV i mruczy "Tu trzy miesiące, tam trzy miesiące, tu trzy…" i głośno:
– Czego oczekuje pani od naszej firmy?
– Zatrudnienia na trzy miesiące.

Zatrudnili. Na rok :D

Memo Penlover
Gość
Memo Penlover

A tak właściwie czemu tej roboty już nie chciałeś… kontrakt z PKP na graffiti? ;-)

BartekZKartek
Gość

pkp – graffiti
wektory sprzeczne.

Cynamoona
Gość
Cynamoona

bosko!

Maria Romańska
Gość

Popłakałam się. Jutro mam dwie rozmowy o pracę i nie wiem co będzie ;)

BartekZKartek
Gość

Jak poszło? ;)

Justyna Hinz
Gość

Nieee, myślałam, że na koniec Andżej z Haeru powie, że dostałeś tę pracę! ;(

Adriana Wolska
Gość
Adriana Wolska

Wpadłam dziś o świcie przypadkiem na wpis z pitbulem…zostałam…a co tam, pogoda brzydka, smarkaczy na rower wyciągnąć i końmi nie da rady to czytam…i czytam…i co???? i pół dnia minęło :)
Uwielbiam…

Blonde in Negro
Gość

To bylo o Bullterrierze;)

klasyczna
Gość
klasyczna

Chłodzą się jednakowo więc co za różnica ;)

Gagata
Gość
Gagata

Mam jutro ważną w chuj rozmowę o pracę w bardzo ważnym urzędzie. Dziękuję Bartoszu, użyję wyobraźni ;)

Marta Mro
Gość
Marta Mro

Fajne, świetnie się czyta. Tylko, że mam jedno tylko…. bardzo mi przypomina Ziemowita Szczerka. Nie żebym go nie lubiła, lubię. Ale za bardzo przypomina… Póki co, tylko ten kawałek, a już trochę przeczytałam (aaaa, i się cofam, a przy tych nowszych nie miałam takiego wrażenia)

Aga M
Gość
Aga M

I co? Wyszedłeś zarzucając śmiesznie dupą jak na westernie? ;)

BartekZKartek
Gość

Ostatnia linijka, Aga ;)

Aga M
Gość
Aga M

Ha! Sam widzisz, zaryczana ze śmiechu nie dojrzalam;) oszalalam no…

MartaNC
Gość
MartaNC

Chciałabym widzieć minę Andrzeja… Podejrzewam, że tej rozmowy nie zapomni do końca życia :)