Izolacja

To, że ludziom izolacja bije na dekiel, to jest jasne i trzeba się z tym pogodzić. No, ale jak dziś panią Kamylę karetka wywiozła z garażu, to współmieszkańcom tak odjebało, że jęli drzwi sobie wzajem zaspawowywać i gorzałą w spreju w japy w windzie pryskać, bowiem blady strach wszystkim trzewia w supeł związał był, że teraz od nas już biorą.

Pani Kamyla była powszechnie rozpoznawalną personą w moim miejscu zamieszkania, głównie ze względu na skłonność do eksplozywnych zachowań i śmiałego podejścia do mody, coś między Kozidrakową a Szpakiem Michałem – ponieważ miała na oko podpięćdych i za wszelką cenę usiłowała fakt ów zamaskować, to ubierała się w ciuchy ze Smyka, eksponując przy tym obfity biust i spaloną solarium twarz, w której swoje trzy grosze zostawił pobliski gabinet chirurgii estetycznej. Z uwagi na piskliwy głos ochrzciłem ją roboczo Wuwuzelą i jakoś się wśród mieszkańców samo przyjęło. Pani Kamyla imała się wszelkich inicjatyw społecznych, często samozwańczo stając na czele tychże, toteż ciągle dybała na współmieszkańców w okolicach recepcji, przymuszając ich do podpisywania petycji, odczytów, glos, errat, odezw, wezwań i chuj wie czego tam jeszcze.
Całości obrazu dopełniał fakt, że administrator budynku odkrył w niej onegdaj, podczas suto zakrapianej Wigilli, wyłączony czujnik żenady, toteż chętnie wysyłał na misje pokojowe chroniące ważkie, z punktu widzenia mieszkańców, odcinki typu wywóz śmieci, co owocowało cykliczną jatką i/lub romansem w pomieszczeniach przeznaczonych do utylizacji odpadów, bowiem pani Kamyla potrafiła ulepić gównoburzę z papierka po prinsiepolu i jednocześnie rozkochać w sobie mirków z MPO.

Tak czy siak, od kilku tygodni Wuwuzela była wdzięcznym obiektem obserwacji, bowiem w związku z szerzącą się epidemią działała zdecydowanie i adekwatnie do prezentowanego emploi. To, że na spacer z psem wychodziła w stroju samodzielnie uszytym z dwóch spiętych worków na śmieci, a przed wejściem do mieszkania zbudowała z wieszaka i firan prowizoryczną śluzę, można było podciągnąć pod kreatywne podejście do higieny, ale już wykupienie z leroja pięćdziesięciu tui, celem odizolowania swojego miejsca parkingowego od boksów sąsiadujących, wskazywało jednak na trochę krzywy sufit. Nie zrażało jej nic w prezentowaniu chałupniczych metod walki z niewidzialnym najeźdźcą. Budynek obstawiła słoikami z jakimś, kurwa, śmierdzącym mazidłem, twierdząc, że jej babcia gotowała toto w czasie stanu wojennego i komunizm upadł, więc jak chcemy popadać od wirusa to proszę bardzo, droga wolna, ale ona wykończyć się nie da i dostępu będzie broniła tradycją i kokornakiem. W tipsach będzie broniła. Kokornakiem.

Dziś wyjeżdżając swoim vanem z garażu, najechała na wspomniane tuje i jedna z donic, wpadłszy pod tylne koło, unieruchomiła pojazd. Pani Kamyla wysiadła, wyszarpnęła donicę i wówczas jej auto, niespodziewanie uwolnione od zawalidrogi, wyjebało w swoją, wielce zaskoczoną takim obrotem spraw, właścicielkę. Nie było jeszcze najgorzej, ale na pomoc ruszył wydzwoniony spod auta syn Wuwuzeli, Mariusz, który nie posiadał prawa jazdy, a że nie był najostrzejszą kredką w piórniku, to przejechał był mamę po raz drugi.