Jajo

Moje okolice to klasyka. W oku cyklonu sklep Słoneczko, do którego przymocowana jest ławeczka i trzepak, a do tychże z kolei przytwierdzone są miejscowe mercedesy, które pochłaniają harnasie na dwa razy, pierwszy wlewając w trzewia i drugi, przez osmozę, gdy gapią się godzinę w pustą butelkę wypełnioną wspomnieniami. Kawałek dalej swój rejon mają bojówkarze warszawskiego klubu piłkarskiego, których płytki afekt rozlewa się po terenie w postaci okolicznościowego graffitti sławiącego dokonania stołecznej jedenastki, oraz wyrażającego dość chłodny stosunek do innych klubów typu HJK Helsinki czy Torpedo Kutaisi, o rodzimych zespołach nie wspominając. Najczęściej towarzyszy temu rytualne piłowanie japy, które w założeniu miało być śpiewem, no ale weź naucz amebę nut.

W budynku pomiędzy Szczwany Waldemar usytuował swoją siłownię, w której tony żelastwa przerzucają przedstawiciele obu grup – bojówkarze, by budować zaplecze mięśniowe i sztajmesy, gdy podpierdalają metal na złom. Z tego powodu dochodzi czasem do awantur na obiekcie, które kończą się zazwyczaj na gromko wygłoszonej konkluzji przez zwierzchnika sił zbrojnych kiboli, żeby tato nie odpierdalał, bo jedna i druga grupa, jak się okazuje, jest ze sobą spowinowacona w stopniu pierwszym, czytaj potomki mercedesów stanowią o potencjale zasobów ludzkich fanów ustawek.

I tak sobie stanąłem któregoś dnia w słoneczkowej kolejce, pogodny jak Jacek Kawalec odsłaniający kotarkę, bo w koszyczku uśmiechały się wesoło belgijskie browarki, które właścicielka sklepu sprowadza specjalnie dla mnie, bo liczy, że w ten chytry sposób wyswata mnie ze swoją córką marki Dorota, która okrągły rok dba o tipsy i wysokie stężenie zaróżowienia przestrzeni między uszami. Ja udaję, że niby nie dostrzegam zalotów pudrolicej Dorci, która chyba nic innego nie robi, tylko, kurwa, na mnie czycha, bo co chwila na nią wpadam, ciągle gdzieś jest, niedługo lodówkę otworzę i ona stamtąd wyjdzie z tymi paznokciami odpierdolonymi jak Kaplica Sykstyńska, wczoraj nawet pod łóżko zajrzałem, bo ktoś tak jakby świszczał czy dyszał, ale to tylko sąsiad materac kompresorem pompował, bo mu rodzina z Grójca niespodziewanie na kwadrat wbiła. Tak czy siak, te belgijskie piwka przytulam jak wnuczek rentę babci i zadowolony podsączam, oglądając jak się robi szczotkę na discovery.

Stanąłem przeto w tej kolejce i przyglądałem się, jak łyse dwie tony potatuowanych mięśni ubranych w strój sportowy we fluoroescencyjnych butach, dokonują zakupu dziesięciu tater, litra soplicy i jajka niespodzianki. Z twarzy podmiot ów wyglądał na pracownika działu windykacji z Wołomina w latach dziewięćdziesiątych, któren w ramach swoich służbowych obowiązków do pracy przynosił wiertarkę ujebaną we krwi dłużników oraz obcęgi do łamania palców. Ale to jajko mnie rozwaliło, bo pomyślałem, że ktoś, kto kupuje kinder niespodziankę, musi w środku składać się z pluszu i to strasznie fajnie, że chłop nie zapomniał o swojej latorośli i zakupił jej słodycz z zabawką w środku. Zapłacił zatem i wyraźnie kontent wytarabanił się ze sklepu dzierżąc jajo i pobrzdękując sprawunkami. Parę sekund później ja też opuściłem Słoneczko i traf chciał, że nam się wektory nałożyli, bo dres turlał się w kierunku, gdzie zwykłem koncentrować swoją aktywność życiową, czyli azymut na trzepak. Tam zobaczyłem jak odpakowuje kinder niespodziankę, ciamka czekoladowe jajko, następnie otwiera zabawkę i z wściekłością cedzi: „No żesz kurwa ja pierdolę, znowu taka sama!”

  • Obserwator

    Większym szokiem dla mnie było to, że istnieją na świecie czterdziestoletni miłośnicy kucyków my little pony, biorący udział w zlotach, na dodatek w … przebraniu kucyków. Kibol miłośnik kinderków już mnie tak nie dziwi…

    • Anka

      w świecie piękne jest, że nie przestaje zadziwiać :)) nawet, jak zadziwia nieco dziwnie ;)