Jazz

Postanowiłem walczyć ze stanem letkiego opadu, czyli jesiennym spleenem czytaj depresją. Ponieważ moim sposobem na pokolorowanie szaroburejącej rzeczywistości od zawsze były różnego rodzaju zmiękczacze percepcji, mentalne pavulony, po których świat lubił wykładać się pluszem i tęczowiał, to przyjąłem słuszną dawkę środka do zabarwiania pomysłów i godnie poszedłem topić marzannę, bo to już była ta godzina i troszkę zmierzchało. Gdy kukiełka już-już ginęła w odmętach, zatelefonował do mnie Maciuś, mój serdeczny upośledzony przyjaciel, którego wcześniej o swoich planach esemesowo powiadomiłem, licząc, że razem powalczymy z sepią w głowie.
– No cześć, słuchaj, mam tylko dwa procent baterii, jestem na takim niby koncercie z dżezmenami, jadą na żywo z dżemem, mówię ci czad, wiem, że lubisz hangdrumy…
– …dzie? – wychrumkałem z siebie, bo skumałem, że on mi tak będzie gadał przez te dwa procent baterii i jak od razu nie dostanę adresu, to rozmowa się urwie w pizdu, i mnie ominie dżemowe dżezowanie, a lubię bardzo, jak muzycy turlają dźwięki po pięciolinii bez żadnego planu. Chuj z marzanną, pruję na plumkanie.
Maciuś podał adres, a ponieważ byłem nafurany jak Keith Richards w Kongresowej, to skrupulatnie go od razu zapisałem w telefonie, następnie zawezwałem taksówkę i dawaj na Iksińskiego 6.

Podbiłem na miejsce, a tu blok. Budynek w sensie blok. A’la wieżowiec taki. Z 50 mieszkań. Mój przyjacieł podał mi numer bloku i chuj, szukaj mieszkania. Zadzwoniłem do niego czem prędzej, żeby się doszczegółowić, ale jako, że abonent był czasowo niedostępny, wdrożyłem plan B jak bardzoprzepraszamczyupaństwajestkoncert i jąłem dzwonić domofonem pod każden numer. Tu spotkałem się z dość szerokim spektrum zachowań społecznych od troskliwych pytań dotyczących mojej kondycji fizycznej i zdrowia, do wyrwanych z dupy nóg jak jeszcze raz zadzwonię kurwoty.
W końcu, po pół godzinie, srodze zawiedzion i mocno wzburzon, poddałem się i ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś miejsca, gdzie kumaty oberżysta wygna jesień z moich trzewi, ale piździszewo w jakim się znalazłem nie dysponowało jakąkolwiek ofertą. Zasiadłem w końcu na przystanku, bo grosz w trzosiku się gdzieś po drodze wysypał i na bronka w knajpie może by wystarczyło ale na wsteczny kurs taksówcią to już raczej niewydajemniesię, i zadumałem się nad słabą kondycją bliskich relacji, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkich upośledzonych społecznie Maćków tego świata. Z niewesołych rozważań wyrwał mnie wibracjami nieznany numer.
– Halo? – siomknąłem trompką w słuchawkę, bo wiało.
– No gdzie ty jesteś? – głos w słuchawce należał do mojego dwuprocentowego przyjaciela.
Rozejrzałem się badawczo i odparłem zgodnie z prawdą:
– W dupie.
– No ale jak w dupie, miałeś przyjechać, zajebiście jest, no weżże, będziesz?
– Jak będziesz, co będziesz?! – zdenerwowałem sie. – Byłem tam przed chwilą, tam blok jest.
– No blok, blok, to domówka jest, mówię ci zajebiście…
– … jaka domówka!? – wpadłem mu w słowo – Dzwoniłem domofonem pod wszystkie numery, chuj tam jest, ludzie śpią…
– … jak pod wszystkie, jak ja tu pod domofonem cały czas stoję, żeby cię wpuścić, bo głośno jak nie wiem, to na parterze jest, ogródek mają z taką markizą, no gdzie ty jesteś?!
Przecież mu mówiłem, że w dupie.
– W dupie, na Iksińskiego sześć.
– Czekaj, czekaj… Sześć? – zdziwiło się dwa procent Maćka.
– No sześć, a ile?! – potwierdziłem z mocą.
– A po cholerę sześć?
Odstawiłem słuchawkę od ucha i zerknąłem w zapisane. Sześć, nie ma chuja.
– Bo mi taki adres podałeś, gamoniu!
– No co ty, Bartek, to jest Iksińskiego 18/3.

Osiemnaście przez trzy. Aha.

  • Aga D

    Szacun!

  • Anka

    Trafiłeś w mój jesiennobury nastrój. Się z każdym słowem w niego zagłębiałam, pod tym domofonem od szóstki to już gotowa byłam krzyczeć do każdego z nich z osobna „no, żesz, wpuśćcie go!!!”, a na przystanku to już mnie na dno wbiło, że jak to, miał być półmrok, ciepłe pełganie ognia w kominku/świec w odbiciu szkła tudzież i te lekko kołyszące dżezujące dźwięki, a zamiast tego samotne deszczu strugi ( nie było ?? eee, tam, u mnie były ;) ) Wiesz, taki egoistyczny stan empatii, gdy współodczuwanie zmienia się raczej w rozpamiętywanie własnych emocji ( kiedyś, tuż po narodzinach mojego dziecka, zdarzyło mi sie w tym stanie szlochać kompletnie nie do zahamowania na dobranocce, gdy mały miś zgubił mamę w lesie i się bał ;) ) . No więc tkwię tam z Tobą na tym przystanku z dojmującym poczuciem straty dżezu, przytłoczona tymi strugami. I nagle, kompletnie od czapy zwykłym dzieleniem mnie wyrywasz z tej otchłani i przestawiasz gdzie jestem- do jasnego domu z mruczącym mi na brzuchu kotem :)))

    Od pierwszej chwili zauroczyły mnie Twoje zmieniające czasoprzestrzeń puenty :D
    i nawet nadszedł czas na psiospacer :)

    • Czyli dobre miejsce.
      Ergo: czuj się tu dobrze, to także Twoje miejsce :)

      • Anka

        no przecież ja tu już swój pledzik i bambosze przytargałam ;)

  • Kury w tle i można żyć.

  • bob

    „siomknąłem trompką” polozylo mnie na glebie i spienilo sline na ustach…. Nie mozna publikowac takich tekstoow przed poludniem bo dostep do plynnego wywolywacza jest powaznie utrudniony. Szacun.

  • Obserwator

    Hm, zatem Twój umysł zmiękczony ulepszaczem wykonał dzielenie i zapamiętał iloraz… Szacun. Dobrze, że nie dostałeś koordynat GPS, bo organ męski wie na jaką Kamczatkę by cię własny umysł wywiódł:))