Jeleń

Mój kumpel, Hans, zakochał się był w Izie. Iza, gwiazda Wydziału Prawa, charakteryzowała się długością stoosiemdziesiąt połączoną z nikczemną wagą, twarzą modelki z lat 80, klasyczną tą taką, do tego talią osy i obłędną dupą łamaną na szalone cycki. Nic dziwnego zatem, że Hans, syn magnata produkującego kotły CO na północną Polskę, zwariował był raczył na punkcie Izy i całą swoją aktywność życiową koncentrował wokół planu jej zdobycia, celem posiąścia, a potem, kto wie, może dzieci, domek, płotek, drzewo – kolejność dowolna.
Po jakimś roku gimnastyki intelektualnej i fortuny wywalonej na numery typu róże nazwane imieniem Izy prosto z Holandii, mojemu kumplowi udało się w końcu umówić z posiadaczką legendarnych cycków. Ponieważ zaczęli z wysokiego C, randka nie mogła być zwykłą, przeciętną randką w zaświeczkowanej knajpeczce, tylko musiała spełniać wysokie wymagania Izy. Rzeczona właścicielka turbodupy była bowiem przyzwyczajona do wystawnych rautów, lotów balonem i kolacji w Nowym Yorku, bo jako gwiazda WPiA, koncentrowała na sobie uwagę największych grubasów w kraju. Czyli wysokie C, nie ma chuja. Chcąc nie chcąc Hans zdobył za pierdyliard dolarów zaproszenie na prapremierę popremiery opery „Zauberflöte”, trwającej siedemdziesiątdwie godziny i w całości po niemiecku. Było pierdolnięcie. Niech nowejorki spierdalają.
Umówili się gdzieś w mieście, bo Piękna Iza miała mieć jeszcze po drodze sesję do Vogue-czy-coś i Hans miał tam po nią podjechać. Całą poprzednią noc nie spał, bo kręcił się z emocji jak ojciec Mateusz po plebani, w końcu wsiadł cały-kurwa-piękny w swoje Mitsubishi 3000GT, taki mały samolot i ruszył na spotkanie z być-może-miłością-życia. Niestety, w połowie drogi z Ciechanowa do Warszawy, emocje nieco go przerosły i wpakował to swoje czerwone cacko do jakiegoś stawu-czy-rowu, zamieniając je w kupę powyginanej blachy. Jakoś się wytarabanił z dymiącego wraku i z rozwaloną głową oraz dziurami w pamięci jął organizować, na szybko, odsiecz. W sensie, że zadzwonił do swojej rodzinnej firmy i tonem nie znoszącym sprzeciwu zażyczył sobie na-ten-tychmiast! jakiegokolwiek auta. Cokolwiek, co działa, bo on musi, musi kurwa!, dojechać na spotkanie z kobietą, o której względy zabiegał ponad rok! A tu czas się kurczył, w firmie sucho, wszystkie auta w trasie, znikąd pomocy, czarna dupa. Powolutku wszystko się Hansowi w rękach rozpuszczało, do tego ta rozbita, krwawiąca głowa plus omamy i chwiejny krok, jedyne co wiedział to to, że musi się jakoś dostać do Warszawy.
Po godzinie pełnej udręki i przekleństw, pracownik Mariusz podstawił obolałemu Romeo jedyne auto jakie było w firmie, opatrując je komentarzem, że „to na twoją odpowiedzialność, szefie”.
Gnając jak pocisk Hans dosłownie przeleciał przez stolicę swoim nowym, tymczasowym rumakiem i na styk wylądował na miejscu spotkania ze stosownym bukiecikiem i krzywym uśmiechem, bo go jednak trochę ta bania napierdalała i jakoś słabo widział na lewe oko.
To co zobaczyła Piękna Iza trochę odbiegało od tego, do czego była przez ostatni rok przyzwyczajona. Jej luksusowa randka bowiem przyjechała czymś dziwnym czyli dwumiejscowym truchłem marki Polonez Truck. Pojazd ów zaliczył, dzień wcześniej, dzwona z jeleniem, po którym go przekosiło koncertowo i, żeby jakkolwiek jechać do przodu, jechał trochę bokiem, powłócząc tylnymi kołami. Do tego cały przód i bok miał rozbity i skąpany w jeleniej krwi tak, że wyglądał jak wehikuł z jakiegoś, kurwa, horroru. Obok tego czegoś stał pomięty, rozchełstany i pół żywy Hans, który wprawdzie dzierżył w drżącej dłoni jakiś wiecheć, ale przy tym obficie broczył z głowy i coś bełkotał. W końcu dowybełkotał się do końca i osunął po masce, bo mu nogi posłuszeństwa odmówiły. Resztę randki spędzili trochę nie-w-operze.

W zeszłym tygodniu urodził im się synek.
Tak że tak.