Jeżyk

Pruję przez świat rowerkiem, trochę pogoda nie halo, ale mam ją w dupie, prawdziwy mężczyzna nie je miodu, żuje pszczoły a przez bagna nakurwia skuterkiem, więc pruję w ten deszcz, naprzeciw glinom naprzeciw tankom, nie ma co się oglądać, za mną choćby potop, pruję co sił w nogach, płuca na debecie, pruję między kroplami…

Wtem jeż!
Na środku ulicy skurczibik.
Hamulec opór, chmura wody spod kół – rany, jak ja prułem! – i jakoś się zatrzymałem przed żyjątkiem. Piątapopołudniu, więc Warszawę pojebało, wszyscy się umówili, że Wiśniową do domu dziś wrócą, no i w ułamku sekundy za mną korek się zrobił – pewnie dlatego, że dla jeżowego bezpieczeństwa rower położyłem na środku jezdni, żeby jakiemuś orłowi z mordoru nie przyszło do głowy tratowanie mnie w afekcie, gdy zwierzątko ratuję. Po usypaniu barykady z bicykla ruszyłem ku kolczastemu tonemuhalikowi i dawaj przybłędę przez drogę przeprowadzać, bo przecież jak tylko stąd zniknę, to ta zmotoryzowana gawiedź przez dwie godziny będzie się rozładowywać i wtedy malec nie tylko nie przejdzie, ale i gotów zginąć pod kołami mniej uważnego klona z korpo. Jakaś bystra Gosia w Lagunie zorientowała się w sytuacji, na awariach zablokowała pas w przeciwną stronę i z uśmiechem kibicowała tuptającemu malcowi w jego podróży życia ku drugiemu chodnikowi. A stamtąd, kto wie? Może Azja, może Ameryka Łacińska?

Niestety, malec za bardzo do współpracy się nie garnął i miał swój plan na przedarcie się ku zielonym ostępom, które szumiały kusząco zza przeciwległego krawężnika. Plan ów zakładał, że zwierzątko wykona serię chaotycznych ruchów w nieokreślonym kierunku w okolicy osi jezdni i z przerwami na chytre wietrzenie niebezpieczeństwa. Gdy tylko rzeczone jeżyk wyczuwał zamierał był, zamieniając się w kolczastą kulkę i tak trwał w bezruchu, cholernie daleko od dalszych prób eksploracji tymczasowego brodu, któren mu na chybcika z roweru ułożyłem. Nigdy nie miałem do czynienia z kolczastymi kulkami, więc trochę się do niego zabierałem jak-pies-do-jeża, bo mi się przypomniało, jak w podstawówce pani od geografii mówiła coś o dziobakach czy o kimś podobnym, w każdym razie nieduże i z oczami, że jak się przypadkiem znajdzie takiego to nie wolno dotykać, bo potem nikt z pozostałych dziobaków nie zaakceptuje odmieńca i delikwent będzie miał przechlapane. No więc starałem się go nie dotknąć i jednocześnie przeprowadzić jakoś bezpiecznie, co z daleka mogło wyglądać tak, jakby Marcin Hakiel wyjebał się na rowerze i na skutek szoku ćwiczył kroki do pasodoble. Dwa do przodu, wypad, lekko w tył, obrót, szase-szase i stop w pół dźwięku. Po kilku minutach dotarło do mnie, że jeszcze chwila i stanę się sławny, bo wyląduję na youtubie jako ten, który zablokował ruch na jednej z warszawskich arterii, tańcząc z małym ssakiem.

Postanowiłem działać. Wykorzystując chwilowe niezdecydowanie jeżusia uruchomiłem ruch wahadłowy, co znacząco wpłynęło na latające wokół głowy decybele i wykorzystując przypadkowe osoby, zmontowałem prowizoryczną nagonkę, której celem był transfer malca na drugą stronę. Był to strzał w dziesiątkę, bo wystarczyło dosłownie parę minut, by misja zakończyła się powodzeniem. Jeżuś przebił się jakoś na przeciwległy chodnik i tam zapewne kontynuowałby swoją podróż, gdyby nie zamyślony łysy-pieszy-w-garniturze-z-sakwojażem-na-laptopa , któren był akurat na kursie kolizyjnym. Obaj zamarli w pół kroku i jęli wpatrywać się w siebie. Mnie też wryło, bo pomyślałem, że jak zwierzak zawróci to dupa zbita, Wiśniowa nie przebacza, zostanie po mnie mokra plama, bo się przecież za głupkiem rzucę heroicznie i mnie coś pierdolnie jak nic. Więc ja nie oddycham, ulica za plecami szumi wściekle, a tych dwóch się mierzy wzrokiem, odwrotu nie ma, kurwa, w co ja wdepnąłem, napięcie się jakieś zrobiło, ten z tym laptopem wygląda trochę na takiego, co to się w nocy w damskie ciuchy ubiera i polewa jogurtem, jeżyk żeby jakimś tytanem intelektu był to też sobie ręki uciąć nie dam, coś wisi w powietrzu, czekamy na trzęsienie ziemi, mimo że wryci.

W końcu jeżyk ruszył chwacko przed siebie, lekko po skosie, zamykając temu od sakwojaża jedyną drogę ucieczki. Niewiele się zastanawiając ruszyłem z asekuracją sycząc na malca – jakoś to syczenie wydawało się na miejscu, bo mi się na szybko przypomniało, że w jakimś filmie było, że myszy boją się węży, a jeże chyba się z myszami lubią, czyli, że wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem – i fukając groźnie na sakwojażasiarza, na wypadek jakby łysy coś do jeżusia zaczął fikać. Efekt był zadowalający – sakwojażasiarzysta zaczął się wycofywać a kolczaste zwierzątko pokonywało kolejne metry dzielące je od upragnionych krzaczków. Niestety, po chwili jeżyk kompletnie zjebał sprawę, bo w swoim stylu zamarł, po czym ruszył w przeciwnym kierunku, zmuszając także i mnie, cały czas syczącego i pofukującego, do odwrotu. Łysy na to jakby odzyskał życie czytaj wigor i dziarsko ruszył za nami. Niestety od razu przestraszył jeżunia, który zareagował był zgodnie ze swoją naturą – bezruch, kulka i szarża w kierunku interlokutora. Ja za nim, wiadomo, asekuracja, popluty już od tego syczeniofukania, a łysy w tył z tym swoim sakwojażem. I się zaczęło: jeżyk dwa kroki w prawo, ja za nim dwa kroki w prawo, łysy dwa kroki w prawo. Jeżyk w lewo, ja w lewo, łysy w lewo.
I od nowa.
I znowu. Jeśli ktoś tego dnia rano by mi powiedział, że za parę godzin będę na środku Wiśniowej odpierdalał układ z Tańca z Gwiazdami, to chyba bym kupił sznur i go postrzelił. A tu proszę, tańczę. Z jeżykiem kurwa!
Po kilku minutach tego majtania się w te i we w te w łysym coś pękło i wskazując na jeża zapytał: „To pana?”

  • mph

    Panie tańczący z jeżami, podrygaliście sobie w te i we wte, wszystko pięknie, ale finał mnie interesuje. Dotarł w końcu kolczasty do zielonego raju bez łysych w garniakach i o groźnym spojrzeniu?

  • Obserwator

    Miło, że popełniłeś coś na swoim poziomie:) Też przeżyłem swoje przygody z jeżem: wracałem jakąś dekadę temu z kumplem z parapetówki u funfli, wiesz, jesienny późnowieczór, pizga, i my – spadkobiercy Wieniawy – Długoszowskiego ze śpiewem na ustach. W pewnym momencie koleś mnie pyta, czy też widzę małecoś prujące ulicą pod prąd. Widziałem – pod zestawianiu pól widzenia rozpoznałem jeża. Kolega przytomnie – jak na ilość promili szumiących w organiźmie – zauważył, że zabiją sk**wiela – i ruszył z szarżą (3 w przód, dwa w bok, jeden do tyłu) na ratunek. Jako, że lojalność wobec kumpla jest dobrem najwyższym, to ruszyłem za nim w podobnym układzie choreograficznym. Kolega podniósł jeżokulkę i wyebał się, trzymająć przytomnie gryzonia nad głową. Poniósł przy tym straty – zdrapkę na ryju, ale… Pozbierałem kumpla z asfaltu (jeż w jego czułych objęciach), gdy nagle powietrze wokół nas zaniebieszczyło się pulsując. Przybyła kawaleria – patrol drogówki. Na grzeczne pytanie funkcjonariuszy – co my tu odp**dalamy? – kumpel pokazał jeża – winowajcę. Walcząc z drętwieniem warg wytłumaczyliśmy w narzeczu chrząkanym z Górnej Wolty, że ratujemy kolczastemu życie, bo pruje pod prąd. Na co dalszy ciąg był taki: radiowóz na bulajach zablokował ulicę, gliny odholowały na chodnik nas, my – jeża, gdzie komisyjnie został włożony za ogrodzenie ogródka. Następnie halsując popłynęliśmy do swoich portów…

  • Obserwator
  • Cześć ;)
    Wpadłem na Twojego bloga nieprzypadkowo (szukałem literackich stron) i nie żałuję. Piszesz w bardzo niekonwencjonalnym stylu. Muszę przyznać, że początkowo trudno było mi się wdrożyć w opowiadaną historię – zapewne przez natłok przecinków, trochę wulgaryzmów i słów trącających gwarą. Niemniej jednak, potem było całkiem ciekawe, choć mogłoby się wydawać, że to tylko taka sobie opowiastka o jeżu.
    Bawiły mnie te nawiązania do stylu życia Warszawy :P Trafnie to ująłeś, zwłaszcza korki. Sam czasem mam wrażenie, że korpoludki umawiają się o której i jaką drogą będą wracali do domów. ;)

    Pozdrawiam,
    Mateusz.

  • pokwiczałam się jak dzika norka w pojemniku na śmieci
    pobeczałam
    posmarkałam
    a ostatnio tak się śmiałam oglądając egipską „ukrytą kamerę”
    dzięki!!