Krzywy puzzel

Nie pamiętam ile razy zastanawiałem się, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, nad tym, czy robię coś nie tak, skoro funkcjonuję w społeczeństwie jak krzywy puzzel. Może to kwestia niechęci do konwencji a może wrodzona przekora, nie wiem, ale od zawsze świat wokół postrzegałem jako szablon, w który wskakują, wyprofilowane przez proces socjalizacji –  przedszkole, podwórko, pracę czy inne gówno – gładkie klocki, obrobione i uformowane systematycznym kopiowaniem, przez lata, tego samego przez to samo. Gdy zamykam oczy w środku tego wszystkiego to, często, owo „wszystko” wskakuje na właściwe miejsce w niemal niedostrzegalny sposób – i wtedy tylko grzechoczące luzy w środku dają znać, że znowu wszyscy patrzą. Ale bywa, że nawet na siłę nie daje się tego upchnąć, za kanciasty, uparty, kwadratowy, pokrzywiony jak Quasimodo, z tym okiem kaprawym i garbem. Czyli: niby obrazek sielski i idylliczny, słoneczko, trawka, strumyk, a tu znikąd  wielki kutas, dorysowany przez grafficiarzy – ani się przyzwyczaić ani polubić. Jakbym się spóźnił na autobus.

Często, przez te lata, siadałem sobie w ciągu dnia w jakimś parku, koło którego kwitło życie korporacyjnej machiny – i wówczas otaczało mnie mnóstwo bezwłosych, jednakowo ubranych, kipiących chęcią do wszystkiego facetów i eleganckich superlasek, w szarych garsonkach, opinających zgrabne tyłki. Oni jakoś wszyscy są ze sobą kompatybilni, myślałem, a ja nie, nie umiem się skopiować i wkleić w ich świat, choć bardzo chciałbym się dobrać do garsonkowych tyłków i tam zatknąć chorągiewkę. Zdarzało się wprawdzie czasem, że się mi udawało, ale owocowało to tak dramatycznie fatalnymi dialogami, że z czasem te piękne ciastka, w garsonkowych opakowaniach, przestawały jarać, a stawały się uciążliwym zobowiązaniem. Wywalałem wszystko do kibla i rzadziej patrzyłem w lustro. Ot, łowca, z karbami na siusiaku, coraz bardziej zagubiony i rozczarowany. Tymczasem niepokój, ten od kulki w brzuchu, narastał z każdym kolejnym skalpem, aż dotarłem do ściany, za którą ziała pusta przestrzeń, nieumeblowana niczym. Kurewsko dołująca czarna dziura, a w samym jej środku żałosny, nerwowy, zapluty koleś, na którego wszystko jest albo za małe albo za duże. Chowałem się za kolejny skalp. Ja pierdolę.
Na drugim biegunie ulokowały się intelektualne wysiłki, zmierzające do odpowiedzi na „Czy? A jeśli tak, to dlaczego?” w zadymionym lokalu, którego nazwa koniecznie musi mieć w sobie kompozycję wykorzystującą grę słów w dwóch językach. Zabawa w życie, z której nic, absolutnie nic! nie wynika, tylko pseudointelektualny bełkot, z planem jak być powinno i jakie to chujowe, że jest inaczej. A tu tymczasem rzeczywistość trzeszczy-wrzeszczy, pranie trzeba wstawić, padlinę do domu przytargać, zaopiekować się czymś, olej wymienić. Nie da się opowiedzieć rzeczywistości, można ją ubarwiać, zaczarowywać, kontestować i bóg-wie-co-jeszcze. Ten cały majdan potem trzeba ze sobą targać wszędzie, przyjąć zakonserwowaną rolę „Jedynego-Który-Cierpi-Ale-To-Nic-Bo-Rozumie” i tym podobne pierdy. Przerwa. Zrzygałem się.
No to mamy obraz sytuacji – rozpięty między dwoma biegunami wróżbita Maciej, ze sznytami na fiucie, wypełniający Swój Czas watą, przekonany, że rak, który powoli go toczy, to sposób na wzbudzanie emocji u innych, szczególnie, jeśli „ci inni’ dysponują kapitalną dupą i ładną twarzą. Lub na odwrót. Reszta to didaskalia, pitu-pitu bez znaczenia, ważne że ostrość wyregulowana. Jest pierdolnięcie, nie?
Z powyższego wynika, że kołem zamachowym jest autoniechęć, podszyta ironią i cynizmem. Że można znaleźć się w jakimś mentalnym Bagdadzie i zbudować swoje prywatne ruiny, opierając wszystko tylko na  zero-„ja pierdolę”-jedynkowym„zrzygam się”. A to wszystko przyprawione sosem z lęku przed przeróżnymi organami . Państwowymi, które, by móc funkcjonować, muszą wykorzystać moją produktywność. Wewnętrznymi, które, wraz z upływającym czasem, produktywne są jakby mniej i w którymś momencie stają się cichymi wyrzutami sumienia.
I to jest właśnie sztuczka – świetny facet, z niezwykle ciekawym umysłem, ekscytujący i wesoły, z interesującym sposobem gapienia się na świat i ultraoryginalym poczuciem humoru, dał sobie, na trasie dom – przedszkole – szkoła – praca –życie prywatne, wbić do głowy, że jest fajniejszy, ciekawszy, weselszy i intrygując-kurwa-szy, gdy rozcapierza się rozpaczliwie na jakiejś niezbalansowanej linie, rozwieszonej pomiędzy dwoma biegunami społecznych oczekiwań.
No i dlatego uczucie, że krzywy puzzel.

***

Każda czynność, którą się wykonuje, choćby nie wiem jak ekscytującą była, z czasem powszednieje. Staje się zwyczajna i przeciętna. Oswojona. I zaczyna przeciekać,  czegoś jej  brakuje. Nawet gdybym skakał codziennie ze spadochronem, czy machał kierownicą bolidu F1, ten stan postępującej habituacji jest nieunikniony. Pracując w różnych miejscach, doświadczyłem tej formy wzrastającego chaosu wewnątrz, gdy, po przejściu całej ścieżki nauki nowego, popada się w niepokój związany z brakiem rozwoju. Ten brak rozwoju obezwładnia, powtarzalność generuje sepię, a gdy kolory blakną, koło zamachowe traci rytm i zakręca powietrze. Wtedy czuję jakbym spadał. Wpadam w korkociąg, duszę się. I na bezdechu szukam odpowiedzi.
Gówno znajdziesz, gdy inercja zgniata płuca. Tyle już wiem.
Siadłem sobie tym razem na dachu, bo gdy wyżej to perspektywa bardziej spłaszcza to, co przyziemne. Może to sposób na to by zaczerpnąć powietrze, a może, jak wyrżnąć ryjem, to na własnych zasadach? Dramatyzm rodem z drzyzgowych rozważań w „Na każdy temat”. Nie wiem. Lubię gapić się na siebie z wysoka. Mniejszy wtedy jestem. Wystarczy.
Nie różnię się od innych w tej korkociągowej rzeczywistości. Ludzie wokół mnie chwytają wszystko, dosłownie wszystko, co wpadnie im w ręce, by wypełnić czas barwą: demokrację, zdrową żywność, znaczki, Tajlandię, hazard, tanie przeloty, polowania, kokainę, seks tantryczny, koncerty smyczkowe, wybory w Stanach, trampki, romanse biurowe, zwiedzanie Luwru, rośliny strączkowe, tablety, ratowanie pand, papieża, dalajlamę, Dalego, Chrystusa, Marylin Monroe, Jordana, Szekspira, alkoholizm, policję, skorupiaki, komiksy, samobójstwa gwiazd rocka, piłkę nożną, bieganie w maratonach, otyłość, AIDS, niepocące skarpety, problemy stabilności ekonomicznej Burundi, zdradę, grzyby, rzeźby. Ciągle coś. Bo za dużo. Bo za mało. Bo za ciasno. Bo za ponuro i za wesołkowato. Bo chybota. Bo za sztywne. Bo za wysoko. Bo zbyt nisko. Bo gdy trącisz-trzęsie się. Bo gdy uderzysz-ani drgnie. Z bliska za duże, z daleka za duże. Dopiero w środku-za małe. „Tuteraz” uwiera więc może impuls?
Właśnie.Szukanie impulsu. Bo o impuls chodzi. Żeby zachować równowagę na linie, wyrównać poziom płynów, nie chwiać się, znaleźć przeciwwagę dla swoich biegunów. Żeby zasłonić, żeby nie myśleć – niech impuls imituje rzeczywistość –  żeby nie stanąć oko w oko z własnym odbiciem. Bo boazeria lepiej wygląda gdy obok stoi tablet.
I właśnie to na dachu zrozumiałem. Gdy nie masz nic innego, to zabijasz w imię swoich bogów. A boga można ulepić ze wszystkiego.

***

Jesteś tu jeszcze?

  • jestem.

  • najlepszy.

  • .

  • Anna

    Jestem i bede choc pozno odkrylam.

  • Wioletta Anka

    Nie mogłam oderwać wzroku.

  • ania

    był czas, gdy tęskniłam za szablonem – bo tak łatwo by było leniwie sunąć po wcześniej wytyczonej trasie, bez wysiłku i niespodzianek. Był czas, gdy wierzyłam, że jestem lepsza, fajniejsza itd…..teraz jestem sobą. chyba ;-))) łatwo nie jest. za to ciekawie ;-)
    gdyby się tak rozejrzeć wnikliwie i zebrać do przysłowiowej kupy wszystkie takie krzywe puzzle to mogłaby wyjść niezmiernie fascynująca układanka. zupełnie nie pasująca do szarości życia. pewnie dlatego puzzle poniewierają się w totalnej rozsypce

  • Abigail

    Dwubiegunowość- życie pomiędzy niebem i piekłem „Jedyne, co odróżnia mnie od wariata, to fakt, że nim nie jestem.” (S.Dali)

  • ablativus

    11 listopada. zabijanie w imię własnych bogów. dobre.
    ale wypakowywanie rzeczywistości z impulsów imitacji – ciekawsze.

  • Aga M

    ….jestem… Z innej bajki.. Z innej rzeczywistości.. Przezroczysta.. A tak naprawdę to mnie nie ma…

  • Basia Stefaniak

    Świetne! Wkurwia mnie układanie puzzli. Jeszcze tu trochę sobie pobędę.