Lej

Chciałbym wyrazić ogromną, kurwa, wdzięczność, że obudziłem się po sylwestrowej imprezie w mieszkaniu, które wygląda jak pierdolony lej po bombie – wszystko się klei, wszędzie butelki, szklanki, kieliszki, ściany umazane jakimś kurwa mazidłem, podłoga zdarta od łyżew, bo po północy osiągaliśmy bobslejami minima olimpijskie, zdjęte drzwi na których śpi parka zakochanych, z tym że z laski powietrze zeszło, bo jej kochanek w przypływie chuci wentyl przegryzł, w ubikacji zatrzasnęła się Kaśka z Olką, wódką i testem ciążowym i od 21 ryczą, przez co towarzystwo zmuszone było emitować przemianę materii do prowizorycznego sedesu w łazience, w której drzemało przewieszone przez wannę rzężące truchło nieznanego nikomu koleżki, którego choroba morska zmogła pięć minut po przyjściu, kuchnia wygląda jakby w sałatce jarzynowej wyjebało pół kilo trotylu, dwóch bezdomnych pobiło się o kiepy w przedpokoju, policja interweniowała cztery razy, ale coś w nich w końcu pękło i teraz śpią na łyżeczkę w gościnnym w samych odznakach…

…a zatem, jak wspomniałem, chciałbym wyrazić wdzięczność, bo to nie moje mieszkanie.