Manifest

W weekend włączył mi się szwędacz i zanim zdążyłem zaoponować, wyjebutało mnie poza sektor. Czyli koks, dziwki, wóda i lasery, po czym nagle obudziłem się za chybaGarwolinem w domu-posiadłości matki takiej Karolyny, w nie swoich majtkach i butach cyganach, czytając na głos „Poradnik działkowca”, artykuł o mszycach, że mają odwłok baryłkowaty z wyraźnie zaznaczoną segmentacją i że mają kosę z biedronkami. Ta informacja zerwała mi kompletnie papę z dachu, bo dotychczas byłem przekonany, że biedronki hejtują stonki, kropka, proszę o kolejne pytanie.
Fakt ów sprowadził opamiętanie, że przecież ja mam życie, nie mogę w kółko podpierdalać kasy z sejfu zakładowego, bo się w końcu zorientują i przestanę być dyrektorem – czyli lekki kac, dynia zamiast karocy i wsteczny-po-śladach, czyli jak się tu znalazłem. Śledztwo, jakkolwiek poszlakowe z uwagi na haniebne zaniechania procesowe w trakcie, doprowadziło jednak do wyjaśnienia zagadki: transfer do chybaGarwolina był barterem, bo mój kolega Kamil planował zakraść się do majtek Karolyny, a ona, wprawdzie rada jego plany ziścić, zachowywała pozory i zorganizowała imprezę. Zjechał się tłum, jakies dwa miliardy ludzi, bo Karolyna nie przywykła brać jeńców, i każdy dobrany według innego klucza – muzycy, aktorzy, ślusarze, pracownicy średniego szczebla administracji państwowej, grupa akrobatyczna „Aviomarin” z Podkarpacia, koleś przebrany za czkawkę, cztery alpaki, budowlaniec, pątnik, pokaźny zestaw karyn całych w brokacie w wymyślny sposób eksponujących organy-lub-narządy za pomocą okryć wierzchnich, które to karyny uparcie szturmował kontrzestaw andżejów w przyciasnych portkach i koszulkach weń wkasanych środek nocy wszyscy w rajbanach. Byli skejci, byli raperzy, był David Haselhoff, PaństwoMajdan, byli wszyscy.
Śledztwo wykazało również, że w związku z powyższym zaginęła mi sobota, co zaowocowało konkluzją, że chuj z chronologią, czyje mam majtki, weź mnie Kamil już do domu odwieź w sensie odwieś.
Niestety, chuja.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Jako że impreza skończyła się w sobotę, to na niedzielę matka Karolyny, znana politykczy coś w tym stylu, zaplanowała cykl ideologicznych polemik, których celem było utrwalenie piastowanego przez nią stanowiska. W tym celu na posesję ściągnęła kwiat intelektualnej bohemy, pomieszała go z blokersami i urządziła panel dyskusyjny na temat umniejszania roli kobiet we współczesnym świecie. Wszystko to skąpane w awangardzie, swobodnym języku, braku granic, bądźmy wyzwoleni.
Ów drobny szczegół zapewne umknąłby mojej uwadze, gdyby nie fakt, że ten pojebany dom był wielkości małego państwa i zamiast normalnie sześć razy w prawo, cztery w lewo, to pomyliłem drzwi i wpadłem w oko cyklonu, czyli w sam środek zażartej dyskusji grupy zagorzałych co-chwila-kurwujących-feministek z antagonistyczną grupą krzepkich mizoginów, wspieranych przez zniewieściałego chudzielca z grzywką. Kurwa, cyrk.
Ponieważ pierwsza część weekendu skutecznie wydrylowała mnie z instynktu samozachowawczego, to zamiast spierdalać gdziekolwiek, że przepraszam, pomyłka, jestem głuchoniemy, dostałem zaćmienia i poczułem się żywo zainteresowany omawianym tematem, lokując swoje przekonania gdzieś pomiędzy zacietrzewionymi stronami, głównie w okolicach ekspresu z kawą. Zanim się obejrzałem siedziałem w środku tego mikromajdanu słuchając jak zainteresowani wymieniają uwagi czytaj nie przebierają w słowach drąc mordę na swoich interlokutorów.
Jatka trwała, oni się wyzywali, ja piłem kawę i w międzyczasie doszedłem do wniosku, że ten cały feminizm to trochę facetów w chuja robi. Tyle, że w białych rękawiczkach. Nie przyczepiam się do tych wszystkich cudaków w rurkach, z grzywką od pleców, dla mnie stary to ty możesz w kalesonach popierdalać, naprawdę luz. Nie krytykuję heter z korpo, które w dzień sztywne jak Wajda na Oskarach, wieczorem odbierają klucze do apartamentu z mahoniowym parkietem i opierdalają kolesia od zmywarki, a w weekend upijają się wiadrem proseco, po czym bedeesemują z tą kulką czerwoną w ryju. Też luz.
Po prostu mam wrażenie, że w tej chwili wahadełko jest po karykaturalnie wyemancypowanej stronie. Żeby było jasne – nie jestem także zwolennikiem galopującego patriarchalizmu, bo to z kolei drugi biegun, no ale nie może być tak, że jak na koncercie kapeli rockowej jakaś laska zdejmuje biustonosz, żeby jej frontman zespołu na cyckach autograf złożył, to wszystko jest git-malina, a jak ja zdejmuję gacie, żeby mi się Lauryn Hill na penisie podpisała, to wszystkim odpierdala.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Manifest"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Izka
Gość

Całkiem zacnie tu

Obserwator
Gość

Nie wiem dlaczego, ale naszedł mnie kawał z brodą o Jasiu, pani i ułożeniu zdania ze słowem manifest.