Misja

Podwórko-z-wtedy było moim akwarium, w którym uczyłem się nie utonąć. Wypełnione po brzegi toksycznym płynem z latających w powietrzu siekier, kurew, kradzieży i napierdalanek bez powodu. Brak siana był pretekstem do rozpętania burzy, odcięcia lampy od betonowego słupa, czy transferu sprzętu audio z przypadkowo napotkanego samochodu do Krzywego, pod dziewiątkę. Krzywy nie miał połowy twarzy i swój garaż na Glinkach. Pierwsze wtopy, pierwsze sztuki, pierwsze konfrontacje z organami reprezentującymi mnie przed wymiarem. Tamto podwórko wytapetowało nas od środka tysiącem numerów, które jeszcze lata później nie chciały się zetrzeć.

Pierwszy otrzepał się Wojtek. Pochodził z rodziny patoli – trzebionej regularnie przez aparat sprawiedliwości – która składała się z niezliczonej ilości kuzynów garującego ojca, marzących o biznesie typu szybki strzał w rajchu, matki potrafiącej zajebać z liścia komornikowi-w-asyście-policji i miliona ciotek deklarujących miłość do papieża, w tych dziwnych ciuchach takich. W jednym pokoju z kuchnią wszyscy.
I Wojtek, paręnaście lat temu, wpadł na pomysł otworzenia ośrodka pomagającego uzależnionym od alkoholu. Taką misję złapał. Wyrwał się ze swojego pierdla, przedarł przez zasieki edukacji i wrócił inny. Dla nas był swój, a dla pozostałych był szansą-drogowskazem, bo wreszcie ktoś, komu psychologowie przyczepili garba z napisem DDA, kto miotał się między empatią a pieniędzmi, kto pokonał społeczny ostracyzm z powodu znamienia, jakie zostawiają promile, wreszcie pokonał swoje demony i z przekleństwa uczynił oręż. Uzyskał wsparcie jakiejś uczelni, wielu ludzi zaangażowało się w jego projekt i w ogóle, powstało logo, wolontariusze, biuro, budynek, generalnie czad. Pamiętam, że nawet ułożyliśmy się z chłopakami w jakiś napis, jako ofiary wypadków spowodowanych przez kierujących pod wpływem alkoholu i oblani sztuczną krwią, wypluwaliśmy z siebie formułki o tym, że alk to jakieś gówno i że raczej nie ma co. Wiarygodnie wypadliśmy, bo część z nas rzęziła kursywą, albowiem Wojciu sypnął sianem ziomkom z akwarium, bo braci-się-nie-traci i tym podobne pierdolenie. Najlepsze w tym wszystkim było jednak to, że dał nam, skurczybyk, alternatywę. To był pierwszy koleś jakiego spotkałem w swoim życiu, który dźwignął temat i zaczął kręcić ziemią w drugą stronę. Wtedy tego nie wiedziałem, ale to on coś zasiał.

Po latach spotkałem Wojtka w wypasionym sklepie z gorzałą z każdego zakątka świata. Akurat kupowałem prezent dla kolegi-sommeliera, więc przeglądałem wina chilijskie po dwa miliardy i nasycałem wzrok etykietkami. Taki miałem pomysł na prezent. Dla sommeliera. Wino. Jak oryginalnie. Czad.
– Bartek? – wydobył się znajomy głos ze stojącego obok opakowania po jakimś monstrualnie wielkim niedźwiedziu, w jakiego, mój onegdaj szczupły-kolega-Wojtek, się zamienił.
– Wojtek? – wydobyło się ze mnie zdziwienie zwrotne.
– No Wojtek, a kto? – opakowanie potwierdziło pogodnie, charakterystycznie tak, nosowo. No Wojciu, prawdziwy, nie ma chuja.
– Kurwa, jak cię dużo – nie mogłem się powstrzymać. – Coś ty, łeb do ula wsadził? – życzliwie zainteresowałem się jego twarzą wielkości Kazachstanu.
Wybuchnął śmiechem w odpowiedzi i utonąłem w jego ramionach.
– Popatrz, popatrz, nic się nie zmieniłeś. – Wojciu w końcu mnie wypuścił,  dał krok do tyłu i otaksował spojrzeniem pełnym uznania/frasunku niepotrzebneskreślić.
– Ty też raczej owszem – odbłysnąłem i po chwili wbiliśmy na rondo w celu standardowego smalltalkowego dziamgolenia. Że to, że tamto, że rodzina, że ZUS, że Irlandia, że Kowalski, że-a-pamiętasz i w ogóle w tym stylu. Po drodze zabrałem ze sobą to chilijskie wino plus jakieś drobiazgi i dotarliśmy do kasy.
– A jak ten twój projekt? – przypomniałem sobie plucie krwią i udawanie ofiary. – Wiesz, ten od tego ośrodka, no wiesz, pomagania uzależnionym od alko… – w międzyczasie wyjąłem wino z koszyka i postawiłem przed sprzedawczynią.
– No, cały czas pomagam. Trochę z innej strony. – Wojtek mrugnął do sprzedawczyni i podał mi butelkę z powrotem. – Nie musisz płacić, to ode mnie.
– Co? – nie zrozumiałem.
– No, to wino. To mój sklep.

Nie poszedłem na sommelierskie urodziny. Nawaliliśmy się z Wojciem.
Bo, nawet jeśli to wszystko jest takie kompletnie popieprzone, że ten najsilniejszy zleciał z cokołu, to i tak wykonał, jebany, swoją misję.

12
Dodaj komentarz

6 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o

Puenta jak zwykle, tak bardzo miażdżąca.

klasyczna

Mrówka w piekle dnia mozolnie wskrobuje się po stoku piaskowego dołka turlając się wielokrotnie na wstecznym. Po próbach do potęgi ” n” zostaje nagrodzona, ale po kilku ruchach kończyn mnogich odkrywa kolejny dołek. Może większy, bardziej luksusowy z mieniącym się bardziwej piaskiem, ale dołek. Może chodzi o to by nie przestać się wspinać nawet jak jest piekielna pogoda. Nie godzić się na wszystkie dołki świata.Sorki za długość, ale jakoś tak z ropędu i zastanowienia.

abl

imieniny dziś mam, Twój kolejny wpis to jeden z lepszych prezentów. wniosek też. dzięki. duża buźka :)

;)

abl

tyle entuzjazmu naraz ;p

Nathalia

Uzalezniasz!

Katarzyno Karbowsko

Ja pierdziele… Stary, masz moc w swoich słowach…
Chylę czoła przed wspaniałą żonglerką słowem. Słowa masz skrojone na miarę (wszystkiego), bez względu na cel to zawsze trafiasz w punkt.

Podziwiam spostrzegawczość- nic się przed Twoim wzrokiem nie ukryje a słowem potrafisz to perfekcyjnie odmalować na papierze.
Nie mogę oprzeć się również wrażeniu że życie Cię ściuchało…

Podziwiam. Nie przestawaj pisać, proszę :)

Aleksandra Król

Zajebiście ciężkie, ale dobre. Może dobrze byłoby odciążyć pewne fragmenty, żeby bardziej wyeksponować inne – ale szacuneczek, bo dobrych i mocnych słów coraz mniej w tak zwanych „dzisiejszych czasach”. A, i jeśli da się (wybacz moje wymądrzania) – nie justuj tekstu, tylko wyrównuj do lewej. Justowanie nie zdaje egzaminu na stronach internetowych, tekst się rozjeżdża, gorzej się czyta.

abl

ejej, tęsknię za nowym wpisem! nie żebym była jakoś strasznie roszczeniowa, ale nie masz przypadkiem jakiegoś poczucia „stajemysięodpowiedzialnizatocouzależniliśmy”? ;p (że tak pozwolę sobie użyć Twojej stylistyki. bo lubię :) )

Stajemy się.
Niebawem.
;)

abl

jejku jej. Wielkie jest czekanie :)

Dzięki, K.