Narzędzia odwrotne

Wygrzebałem się spod zawalonych ścian, cały w pyle, z metalicznym posmakiem w ustach i poszedłem szukać jakiejś łopaty, żeby odkopać swoje życie, które stało się kupką gruzu z wystającymi kikutami. To wspomnienia były. Chyba. Te kikuty w sensie. Zazwyczaj bywa tak, że jak się rozglądam za jakimś narzędziem, żeby ogarnąć pobojowisko, przez które akurat się przedzieram, to pojawia się jakaś życzliwa postać, z kompletnie odwrotnym narzędziem, a sto lat później okazuje się, że właśnie ono było idealnie skrojone do całej tej brudnej roboty. Tym razem narzędzie przywlókł ze sobą facet w kitlu.
Któraś z onegdajszych awantur skończyła się, jak zwykle, obrażeniami, których pieprzone konsekwencje musiały pojawić się akurat wtedy, gdy wykopywałem się spod ruin. Krótko mówiąc – zapamiętale lejąc jakiegoś przygłupa po mordzie, wyrwałem sobie bark z zawiasów i trzymał się on, w efekcie, na słowo honoru, na jakichś sznurkach czy postronkach, nie wiem, facet w kitlu tłumaczył to tak, jakby gryzł łańcuch. Gówno zrozumiałem, jedyne co do mnie dotarło, to to, że „dawaj go na stół, bo biedak zostanie z jedną opcją do podpisu” czyli, że albo korekta, albo mi uharatają łapę. Przy szyi. Trochę mnie przytknęło. No bo ja tu próbuję odgruzować przestrzeń życiową, żeby móc wpuścić chociaż pół luksa w swój świat, który leży do góry wentylem gdzieś pod płotem za Sochaczewem i dymi, a jakiś Dżepetto szuka cholernej piły-czy-topora, żeby mi odrąbać kończynę, a potem jakoś-tam-takoś ją pospawać i przytwierdzić. Na tytanowe śrubki. Z powrotem.
Zaraz, zaraz, moment, czyli, że co? Czyli, że sytuacja wyglądała tak, że zanim zdążyłem się oblizać po losu ciosie i ciosu pokłosie, znalazłem się, wzorem rosyjskiej dywizji pod Stoczkiem, między młotem a kowadłem – z jednej strony zdemolowane wnętrze i, w konsekwencji, niechęć do placówek medycznych, a z drugiej majtająca się na nitce ręka, wymagająca interwencji flakospawacza, zgadza się?
Zgadza się. Kropka.
No, kurwa.
Usiadłem sobie i niezapaliłem.

***

Trzy tygodnie później moją skrzynkę odwiedził lakoniczny mail od Michała Anioła ze skalpelem – „Zleciał mi pacjent w czwartek. Kroimy?”

***

Po czterech dniach zaległem na stole operacyjnym i od razu pokryłem się gęsią skórką. Z zimna chyba, nie wiem, gęsia skórka ma kilka rodzajów. Jakaś asystentka zaczęła mnie podpinać pod całą tę tajemniczo pikającą aparaturę, monitorującą stan każdego narządu, ze szczególnym uwzględnieniem organu rytmicznie bijącego. Czułem się trochę jak dziwoląg ze Star Treka, z którego wystają te wszystkie kable, przewody, rurki i który jest bardziej rzeczą niż człowiekiem. Po dwudziestu minutach pojawił się jakiś pogodny facet, włączył radio i tanecznym krokiem poturlał się na zaplecze, skąd przyciągnął monstrualny stabilizator, z imadłami, na kółkach i przynitował mi do niego rękę, dzięki czemu poczułem się jeszcze bardziej maszyną. Właśnie tego potrzebowałem! W radiu Brian Adams tłumaczył mi, że wszystko co robi, robi dla mnie, więc chyba nie powinienem się tak spinać.
Tymczasem wesołek wpiął się w mój wenflon, z jakąś chemią, która zaczęła paraliżować bólem całą rękę, ale zanim zdążyłem się z nim zapoznać, z bólem w sensie, czyjeś ręce wetknęły mi ssak w usta i zatknęły triumfalnie maskę na nosie. Usłyszałem „Wdiech!” – pomyślałem, że strasznie ładnie brzmi miękka wersja wdechu – i odpłynąłem.

Po drugiej stronie powiek znajdowało się, zawalone masą przeróżnych sprzętów, mieszkanie. Od drobnego AGD typu blender, aż po kosiarkę do trawy, wyposażoną w dwusuwowy silnik Yamahy. Jakiś brzydki jak pumpernikiel facet, w za dużych butach i gustownych, białych kalefiksach, po kolei uruchamiał każdą maszyn(k)ę i, chichocząc, zostawiał ją włączoną na pastwę losu. Próbowałem go o cokolwiek zapytać, ale wszechobecny jazgot skutecznie pochłaniał moje słowa i do wielkobutego nic nie docierało. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko ruszyć w tour de AGD i po kolei powyłączać cały ten majdan. Krok po kroku wyciągałem wtyczki i odcinałem zasilanie, ale po chwili zauważyłem, że to robota głupiego. Co ja odpiąłem jakiś sprzęt, to Pan Chochlik odpalał inny i, per saldo, ilość uruchomionych urządzeń pozostawała bez zmian. Musiałem przyspieszyć. Zapamiętale przełączałem wyłączniki i, po kilkunastu minutach, uzyskałem przewagę i stopniowo zacząłem doganiać wesołkowatego fana zdobyczy-cywilizacji-ułatwiających-cotambądź. Wreszcie, po godzinie, zbliżyłem się do niego na odległość sokowirówki marki Bosch z turbowirowaniem i triumfalnie pstryknąłem „off”. Chochlik znieruchomiał, po chwili odwrócił się w moim kierunku i, z bezczelnym wyrazem twarzy, przestawił włącznik z powrotem. Posłałem mu gromiące spojrzenie i wyłączyłem urządzenie. Ten, niewiele się zastanawiając, ponownie je uruchomił. Ja ponownie je unieruchomiłem. On znowu „on”. Ja znowu „off”. Coraz szybciej i szybciej. Co ja wyłączałem sokowirówkę, Chochlik ją błyskawicznie włączał. Ze śmiechem. W końcu nie wytrzymałem i trzasnąłem go w tę ucieszoną papę.  Jego zaskoczona mina tak mnie rozbawiła, że sam zacząłem się głośno śmiać. Mrugnięcie później poczułem piekący ból w  ramieniu. Skurczybyk mi oddał! Oddał, ale nie trafił. Ślepy knur! Ten jego automatyczny, niecelny cios rozśmieszył mnie tak bardzo, że aż przysiadłem. Po chwili doszedłem do siebie, wyprostowałem się, zastanowiłem sekundę i znowu go palnąłem. On mnie też. Od razu. I od nowa to samo – ilekroć trzaskałem go w palnik, tylekroć on mi odtrzaskiwał, waląc niecelnie, w ramię. W końcu nie wytrzymałem – wyrwałem przewód zasilający z sokowirówki marki Bosch z turbowirowaniem i, iskrzący, wraziłem w swojego kalesonowego adwersarza. Huknęło jeden, Chochlik zesztywniał, zamigotał na niebiesko, po czym huknęło dwa i odrzuciło go gdzieś między sprzęty. Z impetem.
Po chwili usłyszałem jak się gramoli, sapiąc, spod kupy porozbijanych wirników, rurek, skobelków, zaślepek i mruczy coś po chochlikowemu. Wstał w końcu, otrzepał kubrak, poprawił dymiącą czapkę i rozejrzał się wokół. Poodkopywał kilka przedmiotów z pobojowiska i w końcu znalazł, to czego szukał – gruby, jak rura od odkurzacza, przewód, zasilający chyba jakieś małe lotnisko. Chwycił go z pasją, zaparł obcasami tych swoich za dużych butów i wyrwał, nakrywając się nogami. Znowu w te śrubki, rurki, zaślepki. Gruchnąłem śmiechem, ale po chwili mina mi trochę zrzedła, bo Pan Zemsta, odgruzowawszy się, ruszył ku mnie, z iskrzącym nemesis w ręku. „Ujć” – pomyślałem i chciałem jakoś tak cichcem się wymknąć, że niby to nie ja, ale natknąłem się na ścianę, która skutecznie redukowała moje szanse na angielską ewakuację. A tamten lazł w moim kierunku i lazł, chichocząc i iskrząc. W końcu się zbliżył na odległość rażenia, popatrzył na mnie, na przewód, wzruszył ramionami i przytknął mi do klaty pięć tysięcy woltów…

…aż mnie wygięło w krzyżu. Rany, ale pierdolnięcie! I jeszcze raz! I znowu! „Jeeeeeeezuuuuu, juuuuż!” – wycharczałem, krztusząc się i wymiotując, a czyjeś ręce, o smaku uszczelki do okien, majstrowały w mojej buzi, wyciągając język i wycierając wszystko dookoła.
„Mamy cię!” – usłyszałem obok głos, chyba do mnie, ale nie bardzo rozumiałem o co chodzi. Kogo mają – mnie?? Kto mnie ma? A Chochlik?
„Mamy go! Mamy!” – jakaś kobieta, właścicielka piskliwego falsetu, krzyczała nade mną w przestrzeń, jak Tomasz Zimoch w finale igrzysk w Atenach motylkiem. Powieki miałem ciężkie, wszystko było za mgłą, ramię napierdalało tak, jakby ktoś mi je urżnął piłą łańcuchową, niewiele do mnie docierało, poza ogólnym chaosem i wrażeniem, że strasznie tu dużo ludzi, oraz głosem faceta, który ciągnął mnie za włosy i tłukł po twarzy, co chwila pohukując: „Bartek, nie śpij! Nie możesz zasnąć! Nie śpij, Bartek!”. Nagle dostałem jakiegoś strasznego telepu, zaczęło mną rzucać jak tą dziewczynką z „Egzorcysty”, wyłączyło mi wizję, fonia zmiksowała dźwięki, poczułem ukłucie i …koniec.

Odcięło mnie.

Obudziłem się, parę godzin? tygodni? lat? później,  w jakiejś ogromnej sali, sam, wśród skomplikowanych maszyn, z których wystawało milion przewodzików. Cała ta elektronika pikała i informowała radośnie, że raczej żyję. Ból w barku stępiał, ale kompletnie nie umiałem wyemitować z siebie czegokolwiek, by o tym poinformować świat. Musiałem być solidnie naćpany, bo prawa część twarzy mi opadła, pewnie przypominałem basseta, nie panowałem nad mimiką i płynami ustrojowymi. Śmiać mi się chciało, bo przypomniałem sobie Stallone’a w „Rocky’m”, jak rzęził, z tą na wpół sprawną facjatą, że „najgorszy jest poranek po walce – bolą cię włosy, oczy, czasem masz ochote zadzwonić po taksówke, żeby cię zawiozła do łazienki”. Krzyknąłem „Halo!” ale nie wydobył się ze mnie żaden dźwięk, tylko coś zabulgotało i maszyna obok zapiskała wysokimi tonami, które szatkowały mózg zardzewiałymi żyletkami. Rany, niech to ktoś wyłączy, proszę, bo tężca dostanę! Jak na komendę, spod ziemi wyskoczyła pielęgniarka. Rezolutna. Z fryzurą rodem z „Dynastii” i uśmiechem, który rozżarzał jarzeniówki – robiło się jaśniej i cieplej. Taki typ. Z powołaniem. Wyglądała jak ptaszek.
Podeszła do mnie, poprawiła profesjonalnie poduszkę, moja świadomość mrugnęła zawadiacko, wylogowując mnie ze świata, kolejny raz, na kilkanaście sekund, ale generalnie cośtam-niecoś rejestrowałem.
– Ocochodzi? – chwacko wybulgotałem z siebie, ale zabrzmiało to jak pralka w ostatnim cyklu wirowania. Nie-do-zrozumienia.
– Już wszystko w porządku – odpowiedziała pierzasta Alexis, nie miałem pojęcia, skąd dowiedziała się o co pytałem.
– Aleco? – kontynuowałem, niezrażony swoim bulgotaniem.
– Pana ramionko, o to, tu. – zaświergotała życzliwie. – Operacja się udała, wszystko będzie dobrze, niech się pan nie martwi, jakoś udało się to wszystko poskładać, pan doktor jest świetnym fachowcem… – dalej już nie kontaktowałem, bo mi zaczęła zanikać, miałem wrażenie, że wsiąkam w łóżko, a tam dźwięki nie przebijają się za wyraźnie. W każdym razie szumiała w tle ćwierkając, a mi było z tym ćwierkaniem bezpieczniej. Obiecałem sobie, że następnym razem wezmę do szpitala pełną kieszeń ziarna.
Trzydzieści lat później otworzyłem jedno oko i nad sobą znowu zobaczyłem skrzydlatą pielęgniarkę. Mogło zatem minąć trzydzieści sekund, no ale wiadomo – nie ogarniałem.
– Ale pan narozrabiał, panie Bartku, uhuhuhu. –  tym razem zahukała jak sowa. Jak ona to robiła? Czym żywią się sowy?
Skupiłem się ze wszystkich sił.
– Jaktonadjsklcbnfiiałem? – zapytałem rzeczowo i konkretnie.
– No narozrabiał pan jak nie wiem, jak tylko pan zasnął.  Najpierw pacnął pan anestezjologa tą drugą, zdrową ręką tak, że wyrwał pan sobie wenflon – o, tu, pod bandażem, będzie blizna – a potem coś pan chciał koniecznie wyrwać komuś innemu. Strasznie był pan niespokojny. Musieliśmy pana związać jak baleron, tak pan machał. No i jeszcze ta reanimacja… – głos jej się zawiesił.
– Jakibaljfjreronjakareanimhfiouhgkcja? – wybulgotałem, bo aż mi ciśnienie podbiło basy, o czym niezwłocznie Panią Pisklak poinformowała podpięta pode mnie aparatura.
– No, już-już, pan się nie denerwuje, panie Bartku, już jest po wszystkim, teraz to się nie ma co denerwować – uspokoiła mnie od razu i wyłączyła zardzewiałą żyletkę, tę od tężca. – Bardzo boli?
Pokręciłem głową przecząco. Bardzo bolało.
Gapiłem się tylko pytająco tym moim jednym sprawnym okiem, bo mnie, kurwa, zatkało.
– No normalnie nam pan zaczął schodzić. – zlitowała się po chwili. – Asystenta to tak pan przestraszył, że chłop dwa razy defibrylator ładował, ponoć to był jego pierwszy raz, nawet pan doktor mówił, że kiepsko z panem, nie mogliśmy pana wybudzić, dopiero trzecia dawka pana ruszyła, no ale ona to by konia poderwała, a pana to tak ledwo-ledwo, lichutki pan był, zapaści potem dostał, nasz anestezjolog to prawie zwariował…

Chochlik. Na sto procent Chochlik.

10
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
T1000AnonymousBartek Biernacki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonymous
Gość
Anonymous

Joł, joł, joł! Pierwszy! Na razie to się tylko cieszę, reszta na później. A na wszelki wypadek obmacałem sobie obie łapy jedną taką, uff, twierdzi, że zdrowe. Bartek :-)
( to był bezmiar radości, ofc).

Anonymous
Gość
Anonymous

w końcu!!! doczekać się nie mogłam, przebierałam nóżkami! Miłego końcalutego:)

Bartek Biernacki
Gość

Dziękujęwzajemnieniemazaco ;)

Anonymous
Gość
Anonymous

A widzisz, Bartek…To jest ta zdehumanizowana służba zdrowia. Grzecznie by zapytali, co człowiekowi trzeba, dali jointa, żeby się przedtem łagodnie najarać, to zamiast Chochlika widziałbyś cycate panny (na skuterach – taki hałas byłby do zniesienia) i różowe jednorożce.
A jak tam wrażenia z cewnikowania? Komfort w efekcie, nie? Zero spinki, luzik total :-P
Kup sobie gupku kastet i bejsbola, to barku nie będziesz wy…wy…wywichiwał, prostując ciemnotę. I proszę bardzo (w miarę możności) nie mówić na „liczbę” – „ilość”. Opowiadanko bardzo żwawe, bardzo śmieszne, tylko mnie wszystko bolało :-( thx God, że wystąpił ćwierkający Biały Anioł. Ech, personelu pielęgniarski, chwała Ci wieczna! Żebyś jeszcze dostawał z przydziału seksowną bieliznę… :-P

Bartek Biernacki
Gość

Mi skręciło w cycate jednorożce. Na skuterach. Różowych.
Nie wtedy.
Przed chwilą ;-)

Anonymous
Gość
Anonymous

Ty bajkowy zoofilu. Z motoryzacyjnym skrzywieniem. Siedlisko rozpusty i zboczeństwa wszelkiego. Oddalam się z wyniosłą godnością. I nie próbuj za mną piszczeć w bramce :-P

Anonymous
Gość
Anonymous

Wróciłeś!!!

Anonymous
Gość
Anonymous

Halo, druga połowa marca, prosimy o prezenty:)

Anonymous
Gość
Anonymous

Przeczytane. Jednym tchem, trzymając się za brzuch ze śmiechu :)

T1000
Gość
T1000

nie „thanks god”, tylko „thank god” (jeden z najczesciej popelnianych przez obcokrajowcow bledow).