Notatki susła

Nie mogę normalnie usnąć. Kręcę się po tym łóżku jak loki na głowie Gesslerowej. Dwie godziny. No dobra, nie mam siły już tak na rezerwie jechać, i gapić się przekrwionym wzrokiem na fiolkę z pigułkami nasennymi, walcząc ze sobą, by po nie nie sięgnąć. Skrót do Morfeusza. Wystarczy jedna by zasnąć, tyle, że bardziej przypomina to walnięcie stutonowym młotem, który brutalnie odcina zasilanie. Może by…

Jebać to.
Połknąłem, popiłem, wylogowałem się.

Śniło mi się, że się otworzyłem. Miałem takie drzwiczki w brzuchu, z klamką, na magnes chyba, bo charakterystycznie klikały podczas otwierania i zamykania. Wewnątrz było mnóstwo drobiazgów, jakieś biurko, setki zapisanych kartek, niektóre odręcznie, niektóre wydrukowane, kilka linijek i ekierek, chromowany but do przyciskania papieru z pękniętą zelówką i kulki Newtona, które tak bardzo chciałem mieć, gdy byłem mały. Wokół walały się setki papierowych kubków, część poukładana w stosy, niektóre przewrócone, a inne napełnione niebiesko-fioletową cieczą. Denaturatem jakimś.
Za biurkiem siedział starszy facet, z twarzą jakby ciosaną dłutem z dużym rylcem, bardzo wyrazistą i kanciastą, pociętą zmarszczkami i obdarzoną przenikliwym spojrzeniem – to spojrzenie miało w sobie coś z promieni rentgenowskich, świdrowało i przelatywało przeze mnie na wylot, jakby jego właściciel patrzył nie na mnie, ale na przedmioty za mną. Na ścianie, po lewej ręce faceta z granitową twarzą, wykwitł ogromnych rozmiarów trawnik, który z pietyzmem kosił, przy pomocy terkoczącego mikrotraktorka, inny facet, z płomiennorudą brodą, w zsuniętym na czoło słomkowym kapeluszu. Przypominał krzyżówkę Abrahama Lincolna z Pippi Langstrump. Pod mężczyzną za biurkiem nie było podłogi tylko woda, w której trzymał swoje nogi, z podciągniętymi do łydek nogawkami spodni. Za nim stała jakaś kobieta o ciągle zmieniającej się twarzy, bardzo ładnej twarzy, co chwila innej i co chwila atrakcyjnej w inny sposób. Coś mówiła. Zapamiętale. W zasadzie nie przestawała mówić nawet na chwilę, jakby nie oddychała, trajkotała o wszystkim. Wyłączałem się i przestawałem słuchać, a mimo to miałem wrażenie, że bombardują mnie piłeczki pingpongowe. Miliony piłeczek. Facet z kanciastą twarzą znosił to cierpliwiekwadrat, ale w końcu i on nie wytrzymał – pociągnął za łańcuszek spłuczki, która wystawała z krawędzi biurka i kobietę zaczął wciągać wir utworzony z wody pod biurkiem. Nawet wtedy nie przestała gadać. Zniknęła pod powierzchnią, razem z piłeczkami. Wychyliłem się z brzucha i zamknąłem za sobą drzwiczki. Wziąłem głęboki wdech, owinąłem się kołdrą i otworzyłem oczy.
Przespałem dzień.

***

Bardzo lubię to moje miasto późnym wieczorem. Lubię łazić po ulicach, które o każdej porze wyglądają inaczej, ale szczególnie wieczorami mają w sobie coś, co przyciąga i czyni je interesującymi. Włóczę się po nich bez wyraźnego celu, czasem uzbrojony w aparat, w nadziei, że uchwycę tę ich niezwykłość, ale pewnie jestem słabym fotografem, bo zdjęcia w ogóle nie oddają tego o co mi chodzi w chwili, gdy przyciskam spust migawki. Odpuściłem już sobie, trudno, zdjęcia robię do dupy, widocznie TEN moment na ulicy należy tylko do mnie i do niej.
Właśnie kolejny raz polazłem przed siebie wyposażony w aparat i jakąś książkę. Ted Chiang, geniusz. Wpadło mi do głowy, że siądę sobie w jakimś barze z tropikalnym menu, w zasadzie to może być pierwszy z brzegu bar, a menu nie musi być tropikalne, wszystko jedno, byle było cicho i nikt ryja nad uchem nie piłował, ze szczególnym naciskiem na lunch-time-apple-mothers z dziećmi z rozciapierzoną chałapą i serią selfiaków „takietamprzylanczu”
No więc znalazłem sobie kącik w takiej właśnie kafejce, zaledwie parę osób siedziało sobie gawędząc, było spokojnie i nikt nie zawracał głowy, barman lał, kelnerka podawała, zmywak zmywał, miasto w tle mruczało, uliczka naprzeciwko kusiła migawkę, no ogólnie czad. W ten sielski widok wtarabaniła się ni stąd ni zowąd koleżanka, Zosia, z obłędną dupą i niskim, zmysłowo-chropowatym głosem, coś a’la Tanita Tikaram, i, mimo, że wcisnąłem głowę w ramiona i zasłoniłem twarz książką, to wyhaczyła mnie jak myszołów i bezceremonialnie wpakowała się w mój idylliczny świat. „Kurwa” – pomyślałem i „Cześć” z uśmiechem powiedziałem. Asertywność mi siadła razem z Zosią. Pachniała mandarynkami i ogórkiem, pewnie wyjebała na ten zapach pół miliarda euro, ale robił robotę, bo przez chwilę wydawała mi się nieco mniej animowana. Czar prysł, gdy odpaliła wokal, bo o ile barwa wywolywała erekcję, to treść dość skutecznie gasiła światło. Trzeba było naprawdę wielu lat wytężonej pracy, żeby tak umiejętnie spierdolić biologiczny kapitał, w jaki natura posiadaczkę turbotyłka wyposażyła. Niestety, jako, że wokół Zofii zawsze kłębił się tłum, to po chwili knajpkę zapełniła karawana jej znajomych, parkujących wcześniej swoje samochody, rowery, skutery, wrotki, deskorolki, poduszkowce i rydwany. I natychmiast zaczęli mówić, jedno przez drugie, a ja zobaczyłem piłeczki pingpongowe z mojego snu. Nagle znalazłem się w środku jakiegoś jazgotu, gdzie wszyscy dzieją się naraz, w ogóle przy tym nie słuchając się wzajemnie, podają sobie fajki, kawy, coś od kelnerki, coś do barmana, czy to, czy tamto, czy siamto, czy sramto. Wyłączyło mi napęd i, z tępym wyrazem twarzy, gapiłem się na tę pstrokatą manifestację niedbałej-acz-wystudiowanej-niezależności-i-luzu wokół siebie. Przecież mogłem wybrać jakąkolwiek inną miejscówkę, serio, to przypadek był, że tu…

Z półsnu wyrwało mnie jowialne szturchnięcie. To Zofia się przysiadła, z jakimś dryblasem, dźgając mnie w bok, że niby porozumiewawczo. Dryblas nie dźgał. Ubrany był za to w za małą marynarkę i za wąskie spodnie. Co to się porobiło z tą modą, że im bliżej ci do postaci z komiksu, tym bardziej owijasz się streczem? Za dużo człowieka, za mało materiału, miałem wrażenie, że jak mruga to mu się kieszenie w marynarce otwierają, w ogóle nie mogłem się skupić na osobie, cała para szła w wizualne opanowanie opakowania.
Zmysłowa Zosia kończyła właśnie licytować się na nazwiska z dryblasem, co chwila wybuchając perlistym śmiechem. Za często i za głośno, pomyślałem, nic z tego nie będzie. Po kolejnym chichocie przypomniała sobie o mnie.
– Bart, chciałam ci kogoś przedstawić. Mój przyjaciel Tomasz, pozwól – mój przyjaciel Bartek. Tomasz prowadzi program w telewizji.
Bart? Jaki znowu Bart?! Mój przyjaciel Bartek? Na łeb upadłaś?! Przecież widziałem cię trzy razy w życiu. Cóż, to cena za zerwany gwint, mogłem wtedy hamować libido, ech, tyłek ciągle miała obłędny. Dobrze zatem, idźmy w to. Podniosłem się i wyciągnąłem dłoń.
– Cześć Tomasz – zagadnąłem. – Świetnie wyglądasz w tych butach.
– Co? Aaaaaaa… Hahahahahahaha. No, dzięki. Skąd się znacie z Zoś’ ? – zapytał bezbarwnym głosem. Jakby czytał, jakoś tak mechanicznie zapytał. Może mi się zdawało.
– Długa historia – odparłem zgodnie z nieprawdą. – Kiedyś pracowaliśmy razem w Centrali Rybnej w Zawierciu. Filetowaliśmy morszczuki. Kawał ryby. Lubisz ryby?
– Ryby…?
– Ryby – kiwnąłem głową. – Wiesz, ogon, płetwy, skrzela, woda. No ryby.
– Lubię… – piękny Tom zachwiał się niepewnie, ale natychmiast przechwyciła go Zofija. Adonis z ulgą przerzucił na nią swoją uwagę, wydmuchując ponad jej głowę kłęby dymu, a już po chwili żywo gestykulował, tocząc jakąś zawiłą opowieść o swoim psie, czasem tylko zerkając w moją stronę. Jakoś nie miałem ochoty na angażowanie się w kłopoty gastryczne celebryckiego czworonoga, bo znowu się wyłączyłem, usiadłem i chyba próbowałem zasnąć. Albo zniknąć. Mimo to, po 10 minutach, usłyszałem konspiracyjne pytanie Tomasza.
– Czym się zajmuje Bartek?
– Mam stadninę psów – wtrąciłem się. – Różnych. Mopsy, rottweilery. Ale głównie charty, cztery popielate Afgany i jednego azjatyckiego wyżła, ślepego, ale prawdziwego szaleńca na torze. Wspaniale biega krótkie dystanse, musisz go zobaczyć, coś niesamowitego. Masz psa? Ile waży?
– Co? – Tomasza wygięło, ale jakoś złapał równowagę. – No… tak z 35 kilo. Ale to amstaf, raczej się nie nadaje do…
– … pozwól, że ja to ocenię – wpadłem mu w słowo. – Musi być silny, masz przegub wielki jak Papaye, widziałem już takie ręce u właścicieli psów, twój aż się pali by biegać, uwierz, znam się na tym.
Prezenter spojrzał na swoje ręce.
– Nie patrz się tak – ciągnąłem – tylko przyjdź do mojego studia na Spacerową. Zrobimy pomiary. W poniedziałek rano. Zaczniemy trenować. Musisz rzucić tłustą karmę, to wpływa na szybkość. I nigdy nie pozwól mu długo leżeć po treningu! Dynamika jest kluczowa na pierwszych dwudziestu metrach.
Tomasza wyjebało z toru. Postanowił się ratować zaciągając ręczny i zmieniając temat.
– Posłuchaj, ja jestem dziennikarzem, pracuję w tv i piszę w Gazecie, nigdy nie ścigałem się psami…
Popatrzyłem na niego. Znacząco, bez słowa. 3…2…1
– W ogóle nie oglądałeś ani nie czytałeś czegoś mojego?
Ego mu się zesrało. Poczułem dym, a podłoga zaczynała falować.
– Czytam tylko kronikę kryminalną, nekrologi osób z nazwiskami na S i ogłoszenia drobne dotyczące sprzętu AGD – odparłem konkretnie. – Wiesz, odkurzacze, pralki, suszarki, czasem boilery, ładowarki do telefonów. Jaki masz telefon?
– Słucham?!
– Telefon. Takie małe pudełeczko z ekranikiem. Mówisz tam „halo” i ono odpowiada.
– Wiem co to jest telefon. Chodzi o to, że…
– … świetnie czytasz z ruchu warg?
– Co?!
– Pewnie czytając poruszasz ustami. To bezwiedne. Wielu ludzi tak ma.
– Ale, że… Nie, nie poruszam. Chyba. Poruszam? – rozejrzał się bezradnie. W miętkie dostał.
– Nie bój się. Nikomu nie powiem. Teraz muszę lecieć.
Zostawiłem go lekko zdezorientowanego i poszedłem do baru.
Za chwilę podbiegła Zofija.
– Słuchaj, dlaczego tak z nim rozmawiałeś?
– Ze strachu – spojrzałem jej w oczy.
– Przed czym?
– Przed tobą. Nim. Wami wszystkimi.
– Nie rozumiem…
– Gówno mnie obchodzi, co rozumiesz.
Usłyszałem w głowie dźwięk pociągniętej spłuczki.
Poszedłem poszukać innego baru. Z tropikalnym menu.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Notatki susła"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ania
Gość

uffff….. dzięki Bogu/Losowi/Opatrzności*, że spłuczka zadziałała. zabolało do samego czytania…. ;-)
________________________________
* niepotrzebne skreślić

klasyczna
Gość

Masz cierpliwość drzewa i szpadą słowa wytrącasz pałeczki do ryżu z rąk przeintelektualizowanych dandysów.
Aż pochłonęłam kartofla bez rozebrania z mundurka albo po rozebraniu- patrz pan nie pamiętam, ale kawy mlecznej brak wiec jakoś poszło…chyba.