O kocim spojrzeniu

Załóżmy, że jednak istnieję. Żyję. Piję, oddycham, trawię – czynności życiowe w normie, nie licząc trzech otworów w barku, regularnie pacyfikowanych ketonalem i morfiną – on obezwładnia jak młot Thora, a ona wprowadza tęczę w sny i dziwne postaci. Kontrola całej reszty wskazuje na zawartość życia w powłoce, którą wszyscy zwykli nazywać „mną”, niezręcznie się uśmiechając.
Ale to już nie jestem ja, we „mnie” jest już ktoś inny.Kiedy to się zaczęło? Na początku. Zawsze jest jakiś początek. Czasami jest tak banalny, że w chwili, gdy „się dzieje”, nie da się uchwycić momentu, że coś się zaczęło. Coś się zmieniło. Trochę tak, jakby ktoś sypnął piachem w tryby wirującego świata, ten na chwilę zgrzytnął, chrobotnął, ale nie przestał się kręcić. Ten drobny zgrzyt, niezauważalny przez ludzkość, wywraca życie jednego człowieka do góry nogami, pozbawia grawitacji, czasem łamie kręgosłup i rzuca o ścianę, a czasem tworzy kogoś zupełnie nowego. Nową tożsamość. Powłoka się zgadza, DNA i linie papilarne pozostają takie same, ale w środku to ktoś całkowicie inny.  Całkowicie. I każdy kolejny „początek” wymusza kolejny i kolejny i kolejny, aż w końcu jest się sumą startów, tyle, że wtedy już się nie pamięta, kiedy się zaczęło. I gdzie. I z kim.
Większość ludzi rodzi się w szpitalu. Ktoś inny cierpi, wypychając z siebie upapranego we flakach noworodka i to tyle, jeśli chodzi o początek. Natura zadbała, żebyśmy tego nie pamiętali, bo w przeciwnym wypadku startowalibyśmy z ujemnym bilansem, długiem wielokrotnie przekraczającym wartość tego, czym obciążają nas ekonomiści. Ci sami, którzy wyliczają potem skwapliwie, przez całe życie, każdą złotówkę, jaką wisimy mitycznym wierzycielom, dzięki którym mamy wspaniałe autostrady, sto nitek metra i obłędny socjal. Restart pamięci, ot, jedna kostka RAMu mniej, oszczędność cierpienia, które kończy klaps w pupę od przyjmującego poród lekarza. Miękkie lądowanie ze zmianą konsystencji – wcześniej bezpieczne wody i brak obowiązków, a potem cała masa funkcji społecznych w mniej przyjaznym środowisku. Później ten cykl się powtarza co jakiś czas, zmienia się stężenie dzieciństwa w żyłach, które wypłukiwane jest rytmicznie tętnem wydarzeń, na które raz mamy wpływ, a innym razem niekoniecznie. I tak krok po kroku gramolimy się na miejsce zbiórki, jedząc tęczowo-druciane ciasteczka.

Pojechałem sobie pociągiem, wykorzystując wolne chwile, jakie łaskawy czas wykroił ze swojej tarczy. Planowałem załatwić to co konieczne, a przy okazji, zrobić rundę po wiosce mojego dzieciństwa i odświeżyć to, co upaprała patyna legend rodzinnych. Takie trochę szukanie trufli między korzeniami. One – legendy – zawsze zakrzywiają minioną rzeczywistość. Ogólny rys wprawdzie pasuje, ale gdyby przyjrzeć się szczegółom, to historyjki, jakimi karmi się tak-zwaną-rodzinę czy innych napatoczonych, przy okazji przeróżnych spędów, są gówno warte. Czas kuleje, topografia szwankuje, postaci się nie spinają, bo „kto inny stał tam, a kto inny nie stał, bo siedział wtedy, ten wyszedł, ów wbiegł był, ale jak wbiegł był, przecież kule, kule miał, to może nie ten, no-jak-nie-ten-jak-ten-przecież-pamiętam”. W gąszczu wyjaśnień kulił się zawsze sens pierwotny opowieści okołowigilijnych, więc doszedłem do wniosku, że łatwiej sprawdzę z czego mnie lepiono, gdy spoiwa dotknę własnymi rękami. A jeśli, między wiersze, wpisany jest przyszywany wujek-pedofil, który w stroju psa Pluto wbijał do pokoiku z lampką-księżycem, albo jaskrawo są podkreślone moje umiejętności telekinetyczne, wyparte dramatycznymi wydarzeniami z cholernie szybko przemieszczającą się siekierą w roli głównej, to i tak chcę tego dotknąć. A prawda was wyzwoli.

Wysiadłem na przystanku po czterogodzinnej podróży pociągiem i dwugodzinnej szarpaninie małym busikiem pozbawionym mocy w sfatygowanym silniku.  Postałem chwilę z papierosem w dłoni, zbierając siły na konfrontację z koniecznym i, westchnąwszy, poturlałem się, noga za nogą, w kierunku wsi mojego dzieciństwa.
Trzydzieści lat później dotarłem w końcu na miejsce. Przeszłość wychylała się z każdego krzaczka, drzewka, budynku, ale jakaś taka pomniejszona o kilka rozmiarów. Skałka z dzieciństwa, która była ulubioną „bazą” okazała się być trochę większym kamieniem, pole z garażami, na którym pierwszy raz żonglowałem futbolówką, które w pamięci było lotniskiem, w rzeczywistości było lichym plasterkiem ugoru pięć-na-pięć-metry i w ogóle wszystko wokół niewymiarowe, niedorośnięte, w krótkich gaciach i w piaskownicy. Czułem się tak, jakbym wszedł do skansenu dla hobbitów. Drzewek bonzai tylko brakowało. I jakiegoś karła, który robiłby fiflaki i setnie się przy tym bawił.
Wdrapałem się na górkę znajdującą się w centrum miejscowości, tą samą z której onegdaj pędziłem na sankach na kreskę – wtedy była Mount Everestem, teraz przypominała kupę piachu na budowie – i rozejrzałem się po okolicy. Jak okiem sięgnąć wokół rozpościerał się las, ubrany we wszystkie kolory świata, dokładnie taki, jakim go zapamiętałem – gęsty, ogromny, czasem tajemniczy, w niektórych miejscach mroczny, a gdzie indziej gościnny i jasny, ale niezmiennie potężny i wzbudzający podziw. Z szacunkiem. Ze środka iglasto-liściastego morza  prześwitywała wyspa, na której się znajdowałem – wydarta ręką ludzką łysa dziura, z siedmioma domkami i mikroinfrastrukturą w postaci sklepu ze wszystkim, przedszkola, hotelu dla kadry pielęgniarskiej i pętli autobusowej o pojemności jednego pojazdu słownie. Trochę dalej, powyżej, mieścił się gargantuiczny szpital o powierzchni dwóch milionów kilometrów, ultranowoczesny i szklany, ośrodek zawodowy i koło zamachowe całej miejscowej mikrogospodarki. Wszyscy tam pracowali, każdy znał każdego, ot, folklor lokalny z czerwonym krzyżem w tle. Tam się kiedyś rozpocząłem.

Wszedłem do sklepiku, takiego ze wszystkim po jednej sztuce – jabłko, zmywacz do paznokci, herbata assam, pączek z muchami nad pączkiem, salceson, chipsy, piwo, krzyżówka panoramiczna 100, spulchniacz i Pani Małgorzata, obowiązkowo w fartuchu i trwałej na farbowanych włosach. Z przepaską. Kleczkowska taka. Przyjrzała mi się znad periodyku, opiewającego najnowsze wydarzenia w domu Mostowiaków czy innej rodziny sprawującej władzę nad Polską B i, wracając do lektury, oświadczyła:
– Dopiero wstawiłam do lodówki, jeszcze ciepłe będzie.
Przeczytała mnie bezbłędnie.
– Pani da jakie jest – odparłem z uśmiechem, bez wyjaśniania czegokolwiek. Lubiłem taką prostolinijną inteligencję użytkową u ludzi, którzy nie są jakimś pomysłem na siebie, tylko, po prostu, są. Kleczkowska jest Kleczkowską, a powycierany menel powycieranym menelem. Czyli mną na przykład.
Wyszedłem przed sklepik, usiadłem sobie na murku z marmurku i pociągnąłem z ciepłej butelki. Jakiś kot, z wyglądu przypominający ścierkę pomieszaną z watą szklaną, przypałętał się w moje okolice i usiadł w bezpiecznej odległości. Życie, w tej małej osadzie pośrodku lasu, ciekło sobie wolno w towarzystwie kota-w-butach, pani w sklepie i faceta leżącego pod samochodem marki golf, rocznik na oko ‘89 ubiegłego wieku, który uparcie stukał młotkiem w jakiś element zawieszenia. Spodnie mu się zsunęły z bioder i wystawała górna część dupy. Klasyk. Co jakiś czas wyczołgiwał się spod auta z pracowicie wydłubaną jego częścią i, wyraźnie zadowolony, wyginał usta w szczerbatym uśmiechu, błyskając pogodnie jednym kłem i niewidzącym okiem równocześnie. Lubię takie obrazki, gdy nic się nie dzieje, a czas płynie zgodnie z tętnem otaczającej rzeczywistości, która znajduje się na marginesie prawdziwego świata, z dala od mobilnej mody wspartej paranoiczną pogonią za „nowym” i botoksowaniem pomiętej teraźniejszości.  Nawet ciepłe piwo wtedy smakuje lepiej. Inaczej. Wolniej.
– To co, mistrzu, będziesz tu tak siedział i medytował, czy w końcu odważysz się pójść załatwić to, po co tu przyjechałeś? – zapytał ni stąd ni z owąd kot, gapiąc się na mnie kocimi oczami. Oczyma. Gapił się. Intensywnie tak jakoś.
Odwróciłem się do niego i pociągnąłem łyka.
– Nie wiem – odparłem.
– Nie wiem – powtórzył za mną i brodą wskazał na flaszkę. Znacząco. Podniosłem ją do góry i wykonałem zachęcający gest.
– Chcesz? – spojrzałem pytająco. Wyglądał na spragnionego.
– Czemu nie – ucieszył się w odpowiedzi i sięgnął po piwo. Przypadkowo drasnął mnie pazurem, ale nie zwrócił na to uwagi, tylko łapczywie przyssał się do flaszki. Patrzyłem jak pije, mrużąc oczy. Obaj mrużyliśmy.
– Ej, ej, koleżko – powiedziałem w końcu po chwili – nie wszystko jest dla ciebie.
Zreflektował się i oddał mi butelkę.
– Ciepłe – sapnął cicho. Do siebie chyba.
Przyjrzałem mu się uważniej. Ot, zwyczajny szarobury podwórkowiec, z zielonymi oczami i dość sfatygowanym futrem, nie sprawiał jakiegoś piorunującego wrażenia. Po prostu kot jak kot. Tyle, że lubił piwo.
– Boisz się? – zapytał.
Nie miałem siły. Nie teraz.
– Nie boję się. Po prostu mnie tu jeszcze nie ma – powiedziałem cicho.
– To może chcesz, żebym ja za ciebie poszedł, hm?
– I co niby powiesz? – teraz ja westchnąłem.
– Nic. – odparł – Nic nie powiem. Jestem kotem.
I dalej siedzieliśmy tak we dwóch, co jakiś czas pociągając z butelki łyka i gapiliśmy się na faceta, który walczył z golfem. Faktycznie był kotem.
Naraz, kilkadziesiąt lat później, za moimi plecami, skrzypnęły ciężkie drzwi od sklepu i pojawiła się w nich Kleczkowska. Z fajkiem. Zobaczyła burego wielbiciela napojów niskoprocentowych i z okrzykiem „Psiiiikoo Behemot! Już cię tu nie ma!” zamachnęła się na niego ścierką przyspawaną do ręki z fajkiem. Kot odskoczył, z refleksem pazia Wolanda unikając ciosu i, prychając, wdrapał się kilkoma susami na dach sklepu i stamtąd, przyglądał się przez chwilę swojej prześladowczyni. Z fajkiem. W końcu miauknął i, z godnie podniesionym ogonem, zniknął mi z pola widzenia. Nie pomógł.
– Jeszcze coś, bo zamykam? – Kleczkowska stała nade mną ze ścierką i patrzyła pytająco. Z fajkiem.
– No. Jeszcze jedno takie same. Na drogę. – powiedziałem i podniosłem się z murka.
Pogapiłem się jeszcze na resztkę słońca nad lasem i, w końcu, powlokłem się w stronę szpitala, żeby wypełnić dokumenty niezbędne do wydania ciała.

18
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
BartekZKartekOla WałowskaAnonymousBartek Biernacki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonymous
Gość
Anonymous

Jest Pan coraz lepszy. Z tym, że za rzadko Pan publikuje. Dla nowego czytelnika trochę tego jest, ale ci, których Pan przyzwyczaił do siebie długo muszą czekać

Anonymous
Gość
Anonymous

Uśmiecham się, widząc tego Pana i treść historii. Bo chyba najfajniejsze w niej (i nie tylko w niej) jest to,że opowiada ją koleś siedzący koło mnie na schodku z piwem. Dorobiłeś się swojego stylu, bart, to rzadko spotykane zjawisko. Szczerze gratuluję.

Anonymous
Gość
Anonymous

po prostu pozdrowienia i podziękowania, że jesteś:)

Anonymous
Gość
Anonymous

Rzeczywiście, masz swój język i sposób narracji. Czasem, moim zdaniem, jest on tak gęsty, że wymaga od czytelnika uwagi napiętej do granic, ale umiesz go poprowadzić do celu. Gdy czytałam twoje pierwsze opowiadania, myślałam, że łatwo się wystrzelasz, bo to co powinno mieć kilkanaście stron, kondensujesz do jednej, za to tak intensywnej, że następnej już nie da się napisać…
Pomyliłam się.
A teraz, o bogowie, poznaję twoją rękę i nawet kilka dni po przeczytaniu, coś mnie tu ciągnie z powrotem. Zostaje inny smak, zostają myśli. Odkrywam nową jakość w tym, co już przeczytałam wcześniej.
Keep walking

Anonymous
Gość
Anonymous

No i co Bartku? Długa przerwa, niecierpliwiących się jest pewnie więcej niż 1.

Bartek Biernacki
Gość

Pochłania mnie spełnianie marzeń, gdy kończę, zwyczajnie nie mam siły. Doświadczenie podpowiada, że „ładuje się” nowa transza historii Susła, ale teraz one po prostu się dzieją. Nie przerywam, zostawiam miejsce na te chwile, gdy będę oddychał rękawami, a życie na chwilę zaciągnie ręczny.
Cieszę się, że jesteś – tak to już bywa, że zazwyczaj zostają ci, dla których warto.

Anonymous
Gość
Anonymous

b art w ten weekend Targi Książki.

Bartek Biernacki
Gość

Tak, wiem, spędziłem tam kilkanaście godzin, tonąc w literach. Teraz gapię się tępo w okno, zakleszczony w kaftanik, w pluszowym pokoiku bez klamek ;)

Anonymous
Gość
Anonymous

No i mam tego białego kruka z drugiej ręki. Moim zdaniem świetnie obroni się narynku. A konkretnie to kupiłbym gdyby był dostępny. Popracuj nad wstępem, dorzuć notatkę ze zdjęciem na koniec i kup krakersy na spotkania autorskie.

Anonymous
Gość
Anonymous

To może chociaż haiku? ;D

Bartek Biernacki
Gość
Anonymous
Gość
Anonymous

comment image

keep going

Bartek Biernacki
Gość

Teraz, gdy jestem już pisarskim objawieniem dekady, drukowanym w opiniotwórczych periodykach, czekam na ekranizację.

Anonymous
Gość
Anonymous

Wrzuciło mnie tu od Malwiny-Pe. Wciągnęły teksty. A przy tym tekście, po ostatnim zdaniu aż mną rzuciło. Proszę, pisz Pan więcej.

Bartek Biernacki
Gość

Czyli jednak Pan…
Niewolnik PESELu ;)

Anonymous
Gość
Anonymous

Ależ nie, owo „Pan” to z szacunku dla iskry bożej ;)
Bo z racji mojego PESELu, to winnam napisać: Pisz, chłopcze….

Wpadam tu niemal codziennie, więc do roboty, chłopcze!

Ola Wałowska
Gość
Ola Wałowska

Zaczęło mnie już nużyć czytanie – blabla dla wielbicielek paulokoelo i znudzonych studentek bibliotekarstwaizarządzania, pomyślałam, kończę z gościem.
A tu taki strzał w poroże…
Współczuje to wyświechtane słowo, ale mój zasób słów nie jest imponujący i nie wiem czym innym można je zastąpić.
Więc…

BartekZKartek
Gość