Odpowiedź

Tym razem nieco inny warsztat i inny sposób narracji. Historia sprzed lat kilku. Z dedykacją. Trochę szkatułkowa, ale ważny jest krajobraz mentalny w jakim się toczyła.
Pojechałem z M. na Festiwal do miejscowości L. Takie dziwne miejsce, gdzie na trzy dni zleciały się najdziwaczniejsze wynalazki jakie tylko można sobie wyobrazić. Pstrokate i wesołe, depresyjne i hipomaniakalne, zamknięte i otwarte, podskakujące i szurające, żółte, niebieskie, czerwone, białe i czarne. Generalnie społeczeństwo w przekroju. Kolorowo raczej. Każdy z obecnych na Festiwalu oferował coś, co umiał robić. Były więc warsztaty kowalstwa artystycznego, można było nauczyć się rzeźbić, dmuchać szkło, pisać scenariusze, uczyć się języka migowego, rzucać bumerangiem czy nawlekać korale. W tle na okrągło, na trzech scenach odbywały się koncerty, obejmujące zakresem każdy rodzaj muzyki – od smyczków po garażowe kapele, niektóre grające naprawdę przyzwoitą muzykę. Ogólnie rzecz biorąc było bardzo intensywnie, głośno i integracyjnie. Kładliśmy się spać zwykle ok 5 rano i to nawet nieźle synchronizowało się z miejscem, na którym rozbiliśmy swój namiot – naprzeciw sceny głównej. M. ochrzcił to miejsce „placowatym fragmentem pustości” co w pełni oddawało jego urok. I miejsca i M. Plusem lokalizacji była przestrzeń – byliśmy jedynym namiotem w tamtym rejonie – minusem natomiast był obezwładniający łomot od 8 do 5 rano. 21 godzin. Tak, że tak…
Po dwóch dniach tej ciągłej dysocjacji sensorycznej wyginającej zmysły w wymyślny pałąk, wgramoliłem się w końcu do namiotu, z cholernie mocnym postanowieniem utonięcia w objęciach Morfeusza, bo zamiast mózgu miałem galaretkę zanurzoną w smarze od przekładni hydraulicznych, ale za mną wtoczył się M. Na zewnątrz jeszcze jako tako się trzymał, ale w środku szalała burza. Z piorunami. Gradowa. Zaczął mi opowiadać historie swoich kompletnie powikłanych relacji, każdej z nich doprawiając odpowiednio długą brodę, utkaną z poczucia beznadziei, żalu i smutku. Im dłużej opowiadał, tym bardziej czułem, że pochłania mnie czarna dziura, że to kopanie-i- kopanie nigdy się nie skończy, że zalewa mnie jakaś kompletnie nieprzenikniona mroczna fala, udekorowana potrzebą M. rozdzielania włosa na czworo. Zacząłem gasnąć, bo nie umiałem znaleźć żadnej odpowiedzi na jego pytania. Żadnej odpowiedzi. W końcu odpłynąłem.
Obudziłem się wieki później, po dwóch godzinach. A raczej obudził mnie dudniący bas jakiejś nieznanej kapeli. Ponieważ czułem, że właśnie umarłem i kompletnie nie mam żadnej władzy nad swoimi organami, to kontynuowałem zaleganie na placu boju, otulony w, rytmicznie wyrywający ostatnie neurony z mózgowej galaretki, riff gitary basowej, z poczuciem, że mam wszystko w dupie, nie ruszam się, zostaję tu, urządzenie elektryczne – nie dotykać! Znowu zacząłem odpływać i, tak na granicy jawy i snu, usłyszałem opowieść frontmana zespołu, którą wplótł między swoje popisy wokalne. Kilka lat wcześniej, na jakimś koncercie, poznał dziewczynę, która wtedy śpiewała w chórkach. Dużo ze sobą rozmawiali i bardzo się polubili, a traf chciał, że dziewczyna zrobiła później oszałamiającą karierę na Zachodzie. Pamiętała o koledze-muzyku i przy jakiejś okazji zaprosiła go do siebie, do USA, by wziął udział w kilku koncertach. Przyjechał, zagrał, spodobał się i, po wspólnej trasie, wylądowali w domu artystki. Tam poznał męża gwiazdy, Chada, który, po trzeciej butelce, opowiedział mu, jak był w Iraku i co tam przeżył. Opowiadał o napięciu, o śmierci kolegi, o tym jak oznaczali teren do nalotu, o strzelaniu do ludzi, o zabijaniu, o tym jak myślał o dezercji, o samobójstwie. Kiedyś, myśląc, że zaraz zwariuje, poszedł do swojego sierżanta, ostrego i surowego, i powiedział mu wszystko co się z nim dzieje, że nie wytrzyma, że nie może strzelać do ludzi, że już nigdy nie pojedzie na patrol, że chce uciec. Sierżant wysłuchał go, długo milczał i wreszcie powiedział: „Im bardziej kopiesz, tym głębiej wpadasz”.
Tę historię usłyszałem po ciężkiej nocy, na granicy snu i przytomności, zmęczony jak pies, zasypany walącym się światem M. I jemu te słowa sierżanta dedykuję.

***

Ta historia ma w sumie wesołe zakończenie. Chad opowiedział muzykowi, że pracuje w sekiuriti, czyli, że jest ochroniarzem. Po kilku dniach, rano, tuż przed odlotem do Polski, muzyk został sam w wielkim domu gwiazdy. Artystka musiała nagrać jakąś reklamę, a mąż-ochroniarz pojechał do pracy. Ranek, jak to ranek, wiadomo – spuchnięta głowa, włosy jakby piorun walnął w rabarbar, gacie, kawa, jakaś bułka z dżemem czy coś, drapanie się po tyłku. W pewnym momencie usłyszał dzwonek do drzwi, więc powlókł się chwiejnym krokiem, z kubkiem kawy w dłoni i otworzył. Po drugiej stronie stał Barack Obama.
Chad był ochroniarzem prezydenta USA i taką niespodziankę przygotował dla swojego gościa.

7
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
BartekZKartekMartaNCAnonymousBartek Biernacki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonymous
Gość
Anonymous

Inny styl narracji a czyta się świetnie b.art. Moze czas na książkę? Juz z samej tej strony można byłoby na całkiem ciekawe czytadło zebrać.

Anonymous
Gość
Anonymous

Mialamtakie same przemyslenia (odnosnie ksiazki) co Anonimowy poprzedni :) Super, b.art, keep doing!

Anonymous
Gość
Anonymous

Ja pierdole , znasz człowieka 15 lat a nic o nim nie wiesz. Szacunek Bartek, az mnie zatkalo.

Bartek Biernacki
Gość

Fajnie jest takie komentarze przeczytać, coraz bardziej lubię to swoje pisanie ;-)

Anonymous
Gość
Anonymous

Napisz cos nowego PLEASE! Czekam :)

MartaNC
Gość
MartaNC

Niezależnie od rodzaju narracji wsiąkam… Nie wiem jak to robisz, skąd u Ciebie tak niezwykły sposób myślenia i przelewania tego na literki, ale nie przestawaj… Choćby z uwagi na nas – spragnionych :)

BartekZKartek
Gość

Coś tam dziubię w przerwach na życie ;)