Omlet

To było niedawno, w Sylwestra, z dziesięć lat temu. Zaczęliśmy normalnie, jak to w Sylwestra, dwudziestego siódmego grudnia i tak się jakoś sprawy potoczyły, że wylądowaliśmy na domówce u takiej Moniki, co to jej się Marcinek do gaci skradał i w zasadzie to już ostatnia prosta, a że ja z Marcinkiem razem od ćwierć wieku, to nie trzeba było namawiać. Rzecz w tym, że do tej Moni sąsiad z niemca wjechał na krzysia, bo też moniowymi gacima był zainteresowany i chytrze moment wykorzystał, że niby imprezę na piętrze słyszy, a że sylwester jest, no to zajrzał. No i nie sam, tylko z jakimiś dwoma ziomkami, którzy tak bardzo legia, że co chwila widzewpsy. Mnie tam chuj, niech się o te gacie pozagryzają, ja sobie nawet popkornu ugotuję – tym bardziej, że w żyłach to mi domestos nakurwiał – byleby był spokój i nirwana i lśniące intelektem sztychy łamane na błyskotliwe riposty, będzie wesoło, mój kumpel go pozamiata, bo co jak co, ale baby za Marcinkiem czwórkyma do nieba szli, jak ogórkowa za Jakimowiczę.

Niestety, śmiesznie było tylko do momentu, aż się Monia nie porobiła i nie złapała korby, że ona nie jest agencja towarzyska, żeby sobie każdy mógł tak wchodzić i wódkę pić i Marcinkowi zlecenie wystawiła, żeby krzepkiego sąsiada z przydupasami wyeksmitował. Sytuacja mało fortunna o tyle, że się ów lokator prężyć akurat zaczął i coś tam na sofie wyjaśniać z chudym Moniki bratem, a te dwa jego cały czas, że legiatolegiatamto. No i się innym obecnym niezręcznie zrobiło i wszyscy powoli na fajka, do kibla, muzykę poszukać, a że dom rozległy, to nagle w salonie tylko sąsiad, przydupasy i ten brat w kształcie spinacza. Oczywiście Marcinek wpierdolił mnie na podwykonawcę monikowego zlecenia, czyli na stronę mnie wziął był do jakiegoś wyniunianego pokoju z precjozami za pierdyliard i no wiesz Bartuś, ty masz zawsze fajne pomysły, subtelne i w ogóle, a tamten jakiś taki nie łapiący, no a ta Monia malynowa, żal z ronda zjechać, musimy ich wysiudać, sam nie chcę kwaśnych akcji robić, no wieszżesz, wymyśl.
– Marcinku, trzy dni w natarciu jesteśmy, mam zupę zamiast mózgu, co ja ci wymyślę w cudzym mieszkaniu, jak ja tu ledwo drzwi do kibla znalazłem?
A ten dalej swoje i swoje, Bartuś no weżże i no weżże Bartuś, bo mnie się ta Monia wymknie, a chuć mi trzewia perforuje, noweżże.
– Ale…
– Noweżże.
Dobra, chujtam, odpalamy race.
Rozejrzałem się po obiekcie. Na ścianie wisiała maska jakiegoś czarownika z Afryki, największa jaką w życiu widzialem, nie ma bata, narpiew musieli ją tu wstawić, a dopiero potem obudowali toto domem. Na oknie kwiaty w doniczkach, w szafie żelazko. Połączyłem kropki.
– Dobra, Marcio, nie ma czasu na tłumaczenia. Zdejmuj maskę, i za nią wleź, wielka jest, nie będzie widać, że to ty, bierz w drugą rękę kwiatka i wbijaj tam do nich do salonu, cichcem do kontaktu i zgaś światło. Ja wbijam w tę ciemność z żelazkiem i napierdalam nim na oślep jak Kmicic Wołmontowicze, mniej więcej pamiętam jak siedzą. Po wszystkim zapalasz światło, chwilę gapisz się na jatkę i zaskoczony mówisz „O, przepraszam, pomyłka” i wręczasz temu sąsiadowi kwiatka, że niby sorry, nastąpiło nieporozumienie. Taki plan.
– Dobra – rozpromienił się wstępnie Marcinek zachwycony konceptem, po czym momentalnie zasępił. – No a ten brat Moni? Siedzi tam z nimi…
No tak. Brat. Chwilę pomyślałem i zdecydowałem.
– Jebać go. Nie zrobisz omletu, nie rozbijając jaj.