Patent

Ja nie wiem gdzie ja żyję, ale czy tu wszystko musi banglać na patencie? Jak kibel to spłuczka na drut, jak rura to opierdolona dookoła srebrną taśmą, żeby nie ciekła, jak lakiernik, to bez podkładu, jak witryna, to prąd ze słupa. Wszystko, kurwa, na trytki.
Wypierdoliłem się w święta na ryj pod domem, bo zamarzył mi się powrót a’la Grzegorz Filipowski z Calgary i zamiast podwójnego ritbergera z telemarkiem na przykucu, wywinąłem potrójnego fiflaka z japą w trotuar. Coś chrobotnęło przy policzku, ale byłem lekko zmielony, więc bardzo się nie przejąłem, tylko kontynuowałem szaleńczą pogoń za marzeniami i w efekcie upaprałem juchą pół klatki.
Czucie w dziobie wróciło dopiero nazajutrz i się okazało, że wyglądam jak Mickey Rourke w „Zapaśniku” albo jak Ewa Minge po kąpieli. Jedna strona twarzy to jeszcze jako tako, ale druga to japierdolę, nic się nie domykało i do tego ciekło. Omajtałem się na szybko pierwszą z brzegu ścierką, waty w ryj nawtykałem z pół tony i dalejże na jakiś SOR, żeby mnie polepili. Ze dwa dni jechałem, bo trochę mgła w lewym oku, ale w końcu dotarłem i się w rejestracji, a jakże, zarejestrowałem. Po siedmiu godzinach byłem jedenasty, czyli można powiedzieć, że miałem farta, bo leciało jak błyskawica. W międzyczasie zacząłem czuć, że zamiast twarzy mam bitwę na łuku kurskim, więc na wszelki wypadek opierdoliłem pół fiolki ketonalu. Prawie natychmiast zrobiło się tęczowo, ból ustąpił, a ja na fantazji polazłem zajarać przed budynkiem, bo inaczej to bym chyba gaśnicę odpalił.
Stałem tak sobie przed głównym wejściem, jarałem i nie wierzyłem własnym oczom. Bo oto naprzeciw, z pięćdziesiąt metrów ode mnie, ścieliła sobie łóżko jakaś staruszka. Na środku podjazdu dla karetek! W pierwszej chwili pomyślałem, że ten ketonal to jednak ma pierdolnięcie, więc starałem się wyregulować oddech w nadziei, że kobiecinka zniknie. Nic z tych rzeczy! Im spokojniej oddychałem, tym bardziej babcia się na tych swoich tasiach pokładała. Ej, no kurwa, na środku ulicy kobieta układa się, z całym majdanem, do spania! W grudniu, styczniu prawie! I nie że upadła czy coś, tylko normalnie sobie układała legowisko z siatek i tej srebrnej od szyb w samochodach, maty takiej. Wlazłem do budynku i dorwałem pierwszą z brzegu chodakowską w fartuchu.
– Na podjeździe jakaś pani sobie pościeliła i… – zacząłem niezbornie.
– Co?! – pielęgniarkę wygięło w pół, tak zahamowała. Tymi chodakami stukającymi.
– Pani jakaś leży … – sam sobie zdawałem sprawę jak to bez sensu brzmi.
– Gdzie?! – sanitariuszka działała jak automat, natychmiast zadała odpowiednie pytanie.
– Tam, o – wskazałem ręką. – Na podjeździe.
Spojrzała przez drzwi. Nie że bezmyślnie, tylko tak z sensem, jakby łączyła wątki. Bystra, jebana, pomyślałem z dumą, takich ludzi nam w służbie zdrowia potrzeba. Bystrych. Uśmiechnąłem się, bo nie wiem jak, zupełnie przypadkowo, ale wszystko wskazywało na to, że od razu trafiłem na batmana. Jesteśmy w domu.
Piguła przeszła do działania
– Baśka! – ryknęła w kierunku recepcji. – Wyślij na podjazd Darka z Maćkiem, jakaś kobita znowu się pokłada.
To „znowu” mnie lekko wyjebało z pantałyka, ale nie było czasu, bo baśkowe chłopaki jeno śmignęły mi koło nosa, uzbrojone w defibrylator i składane nosze. Nie minęły dwie minuty, jak babcię owinęli, zapakowali i zatargali w głąb szpitala, nawet pół tasi nie zostało.
Po piętnastu minutach ciągle byłem jedenasty, a staruszka z podjazdu nijak nie chciała opuścić mojej głowy. W końcu nie wytrzymałem i podszedłem do recepcji.
– Pani Basiu – sprytnie wykorzystałem nabyte przed chwilą informacje dotyczące personaliów królowej SORu. – Ta kobieta, co na podjeździe leżała, to gdzie ją zabrali?
– Która kobieta? – pani Basia czujna była jak ważka, niejednego cwaniaka przy okienku miała, ci poimieniu to najgorsi.
– No ta tu, z tego podjazdu tutaj – wyjaśniłem konkretnie.
– Aaa, ta…. A pan to kto? Rodzina? – zmarszczyła nos nieufnie.
– No nie, ja tu na pogotowie przyszedłem i na nią wpadłem przy wejściu i to wszystko szybko tak jakoś, a ta pani w chodakach poleciała, że nawet nie zdążyłem zapytać… – zjadałem zgłoski. Ketonal chyba puszczał, bo sam siebie słuchać nie mogłem, te zdania kleciłem na taśmę, jakbym bułgarski na maturze zdawał.
– Nic jej nie jest, standardowe badanie – przerwała mi w pół zdania.
Ujć, kurwa. Konkretna ta Baśka.
– Skąd pani wie? Przecież dopiero co ją stąd zabrali.
Chyba ją rozczuliłem tą troską, bo spojrzała na mnie z mieszaniną sympatii i politowania.
– Wie pan, szpitalowi skończył się kontrakt na tomografię z enefzetu, bo koniec roku jest i limity przekroczone. Chyba że kogoś z wypadku przywiozą – wtedy inna rozmowa, obowiązkowo trzeba tomograf zrobić. No i teraz, żeby pół roku ze skierowaniem nie czekać, to się babcie seriami pokładają przed wejściem.

  • Obserwator

    Jak Mickey Rourke – to się do wesela zagoi, ale ta Ewa Minge mnie niepokoi…

  • mph

    Po trupach do celu, czy jakoś tak…

  • abl

    Cudne. Od dawna czułam, że staruszki to najbardziej innowacyjna grupa społeczna. No i, jak się popatrzy na ich butki, to aż zazdrość bierze, że są na tym etapie, że tylko wygoda i ciepło się dla nich liczy. Zazdraszczam.