Pęknięta głowa

Najpierw długo wisiałem, uczepiony gzymsu. Ani to wygodne ani poręczne, bo gzyms generalnie słabo czepliwy jest i raczej się ślizga. W końcu obaj – gzyms i ja – straciliśmy cierpliwość, ostatnie szybkie spojrzenie i runąłem w dół, jednostajnie przyspieszając. Choć lot trwał nie dłużej niż mrugnięcie, to miałem wrażenie jakbym spadał cały dzień. Rozglądałem się zatem z zainteresowaniem dookoła, dostrzegając tak drobne szczegóły jak faktura budynku czy nieregularność pokrycia mijanych balustrad, wiatr w tym czasie gwizdał w uszach, kolory wirowały, a przyciąganie żarło kolejne metry, dzielące mnie od ziemi.
Ciemno.
Chyba zdrowo pieprznąłem, bo z roztrzaskanej głowy wychynęła kolorowa chmura, która zaczęła rzucać przeźrocza na ścianę budynku, z którego zleciałem. Kolejne obrazy zachwycały dbałością o szczegóły, miały w sobie jakieś historyczne zacięcie i pokazywały, uchwycone w intymny sposób, wycinki z mojego życia. Przyglądałem się temu z mieszanką wstydu i podziwu, bo, z jednej strony, były piękne w tej swojej chirurgicznej precyzji, z drugiej natomiast, były cholernie osobiste i pokazywały sceny, które wolałbym bardziej zasłonić niż wyświetlać. Na ścianie budynku. Ponieważ na skutek upadku zginąłem, to tymczasowo utraciłem mobilność i średnio miałem możliwość zasłaniania czegokolwiek. Stopniowo zacząłem się przyzwyczajać do zaistniałej sytuacji i kontemplowałem sobie swoje życie, które wymknęło się w postaci obrazów z rozszczelnionego mózgu.
Przyglądałem się wielu osobom, z którymi miałem do czynienia w przeszłości, zarówno tym z trzeciego rzędu od końca po lewej, jak i tym, których dotykałem onegdaj oraz tym, które stanowiły pomost pomiędzy kolejnymi etapami w życiu. Dwa bieguny emocjonalnego krajobrazu, namiętność w panierce obojętności – od pożaru do potopu. Widziałem to wszystko dziwnie, bo nie tylko w trzech dostępnych fizycznie wymiarach, ale także w czwartym – tym, którego istnienia czas nie przewidywał. To było dostrzeganie wszystkich wspólnych chwil na raz, w jednym momencie – momencie, który tworzył coś pośredniego między barwą obrazu a jego długością i głębokością. Najprzyjemniejsze wspomnienia były ciepłe, pomarańczowo-rude – one miały swoją własną grawitację, zasysały, otaczały i zachęcały do wsiąknięcia. Natomiast te, które najbardziej dotkliwie drenowały wnętrze, były stalowo-niebiesko-laboratoryjne – gryzły silnym światłem i odbijającymi się wszędzie twarzami jednej i tej samej osoby, powykrzywianej skrótami perspektywy.
Nagle, znikąd, pojawił się jakiś chudy staruszek, trochę bez zębów i trochę bez spodni, wytatuowany od stóp do głów, z ogromnymi słuchawkami na uszach i równie wielką torbą na plecach, wypełnioną po brzegi farbami, tuszami, pigmentami, pędzlami, pędzelkami, sprejami i w ogóle całym asortymentem ze sklepu dla graficiarzy. Nie zwracał uwagi na moją chmurę, tylko wysypał cały ten majdan na ziemię i, jak gdyby nigdy nic, mrucząc do siebie, zaczął zamalowywać fragmenty wyświetlanych na bloku slajdów. Systematycznie, kawałek po kawałku, zacierał to, co było wyraźne i domalowywał bezczelnie nowy kontekst. Zaraz, moment – no kurwa, ej, jakiś koleś, z gołą dupą, majstrował przy moich wspomnieniach! Ja sobie spokojnie nie żyję, a jakiś obdartus majta pędzlem, w cały świat, bez szacunku, po moim przedwczoraj! Co jest do cholery, co to za bezceremonialne wpieprzanie się z farbą czy czym-tam-bądź w moje życie?! No tak, tylko, że ja się przed chwilą zabiłem, spadając z budynku o krzywych balustradach i moje możliwości interwencji zostały dość mocno zredukowane . Mogłem się tylko na intruza gapić – znacząco – i nic więcej.
Gdy minęło pierwsze oburzenie działalnością gołodupego wandala, zacząłem się przyglądać temu, co on tam sobie tymi sprejami psiuka. Z początku nie wyglądało to za dobrze, bo właził w głąb obrazu, gdzieś znikał za scenografią, wychodził po chwili, upaprany czymś, z drugiej strony, coś przestawiał, coś przenosił, zmieniał pędzle, chlapał, kucał, to znów podskakiwał – generalnie wydawało mi się, że próbuje stworzyć chaos – ale, po dłuższej chwili, zdałem sobie sprawę, że dziadek ma plan. Działał metodycznie, krok po kroku odtwarzając jakąś większą całość, która im pełniejszych kształtów nabierała, tym bardziej odsłaniała jakąś tajemnicę, której tylko on był świadom i był jej architektem. Kawałek po kawałku zmieniał cały mój przeszły świat, lepiąc wymyślone kształty z różnych twarzy i epizodów. Potrafił malować w kilku miejscach na raz i zmieniać barwę wydarzeń. Skupił się głównie na tych mrożących i jakoś je podświetlał, oswajał i ocieplał, coś w nich przeinaczał albo w ogóle zamazywał, chichocząc przy tym jak chochlik przestawiający jedną literkę w wyrazie, zmieniając tym jego pierwotny sens. Im dłużej to robił, tym bardziej miałem wrażenie, że odpływam i przestaję kojarzyć podstawowe, konstytuujące mnie aksjomaty, takie jak pion, poziom, ciężar, zapach, kolor, dźwięk. Nie mogłem tego wszystkiego ogarnąć i dopasować – jakbym mózg włożył do słoika z wybielaczem – biała kartka i Szalony Kapelusznik, którego najbardziej lubię z „Alicji” – coraz jaśniej i jaśniej…
…aż w końcu się obudziłem, zaplątany we własne łóżko. Pomacałem głowę, centymetr po centymetrze, szukając pęknięcia, przez które mój świat wydostał się na zewnątrz, ale nic nie znalazłem. Wypuściłem powietrze ze świstem i pomyślałem, że powrót stamtąd to nie tylko kwestia otworzenia oczu.
Zwlokłem się z łóżka i podreptałem, wzywany głosem instynktu, do miejsca, gdzie emisja amoniaku przynosi, jedyną w swoim rodzaju, ulgę. Po drodze zahaczyłem małym palcem u nogi – tym, którego jedyną funkcją jest walenie się o kant mebli – o próg i gwizdnąłem zająca, wydzierając się po drodze wniebogłosy i lądując na koniec twarzą w muszli. Podnosząc się miałem wrażenie, że słyszę chochlikowy chichot.

9
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
aniaVulgaryzatorBartek BiernackiAnonymous Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonymous
Gość
Anonymous

Prawie synestezja. Przyjemne to?

Bartek Biernacki
Gość

Nie wiem, spałem…

Anonymous
Gość
Anonymous

Przyzwyczajasz do lekkiego pióra a co jakis czas walisz kilofem. Nie można sie z tobą nudzić.

Bartek Biernacki
Gość

Trochę orzeł, trochę górnik
Czasem plecak, częściej piórnik
Raz oryginał, a raz wtórnik :-D

Anonymous
Gość
Anonymous

Ale ty jesteś ześwirowany :)

Bartek Biernacki
Gość

comment image

Vulgaryzator
Gość

some people never go crazy. what truly horrible lives they must lead

Vulgaryzator
Gość

namiętność w panierce obojętności, fajne.

ania
Gość
ania

hejka :-) trafiłam na Twojego bloga przez udostępniony na FB wpis o opiece nad bullinkiem w markecie. Sposób opisu mnie „zauroczył” ;-) na tyle, że postanowiłam podelektować się innymi tekstami. I tak sobie czytam chaotycznie gdyż zabrakło mi bystrości umysłu by bez komplikacji dotrzeć do pierwszego posta i jechać dalej chronologicznie. Ale czy to w sumie ważne? Fajnie piszesz, mam nadzieję, że napiszesz duuuuużo – bo wtedy będzie dużo do czytania :-) Pozdrawiam :-)