Pesach

Pesach znaczy przejście. Z niewoli do wolności, z ciemnego w jasne, stamtąd-tu. Cicho w środku, cicho na zewnątrz, nie dmuchać, żeby nie spłoszyć, na palcach, szeptem, nie marszcząc brwi, z otwartą przyłbicą, w ogóle otwarcie, wejdź w swiatło świecy, żeby zatrzeć granicę między tobą a cieniem, jeszcze ciszej, zamierasz, martwiejesz, prawie nie oddychasz… Słyszysz wreszcie? To idź Tam, strefa zmartwychwstania, przełaź przez dziurę w płocie z twoich „wątpię” i „nie teraz” – odmartwiony czyli nie-martwy i niezmartwiony. ŻYWY.

ON tu JEST, zawsze był, tylko, że łatwo zakrzyczalny, bo w tym roku Wielkanoc is sponsored by epidemia, a rzeżucha i makowiec w koronie dziwnie smakują posmarowane obawami o przyszłość, która trzeszczy od wieszczy – specjalistów od nieistnienia serwujących mentalny pavulon.

Tymczasem nadzieja nie jest wynikiem wiedzy o tym, że posiadanie – czasem racji, a czasem papieru toaletowego – jest gwarancją przetrwania. Nadzieja jest wbrew, to trzeba wszystko-na-jedną-kartę, bez próby wyważenia, policzenia, zbilansowania, na ryzyko, bez ludzkich zabezpieczeń, tylko z „ufam” w drżącym umyśle snującym swoją plątaninę.
Dlatego ważne, że cicho…