Pesel

Wracałem do domu zdezynfekowany, albowiem dusza łkała, a nic mnie tak nie wkurwia jak jej rzewne kwilenie, toteż odwiedziłem Jureczka i się odkażaliśmy, to znaczy wprowadzaliśmy w obieg zerosiedem antybiotyku. Ponieważ jestem krótkodystansowcem, czyli po przekroczeniu promila mój świat staje się pluszowy, to planując trajektorię powrotu do domu staram się wybrać tę ścieżkę, która na trasie ma najmniej słupów, znaków, drzew i innych zasadzek, bowiem zwykłem nie zauważać, że rzeczone mają nieco stabilniejszą konsystencję niż ja. Najbezpieczniejsza wydaje się ulica, ale po dziewiątym potrąceniu przez tira na krajowej siódemce zacząłem mieć dosyć wybudzeń na neurologii i wywiadów dla SuperEkspresu. Przesiadka na heroinę pomogła, ale na krótko, bo po dwóch latach ćpania ochrona w mediamarkcie przyłapała mnie na ruchaniu mopa i mnie wyjebali z roboty, bo to głupio, gdy szeregowy pracownik posuwa na zapleczu szczotkę z frędzlami. Potem okazało się, że to była żona dyrektora obiektu, ale dobrze mu tak, no bo kto normalny żeni się ze sprzętem agd. Obecnie z rzadka zasilam mitochondria wysokoprocentowym paliwem, bowiem stałem się eko i swoje zainteresowania zogniskowałem wokół energii zielonej.

Tak czy siak wracałem od Jureczka łukiem, bo wiadomka – pluszsłupyznaki, gdy natknąłem się na towarzyszkę niedoli, czyli niewiastę w nieokreślonym wieku, którą brutalnie napadł był przystanek autobusowy i dość dotkliwie sprał. Leżała tedy jak worek ziemniaków, pozbawiona czucia, z ogromną śliwką na czole i broczącym nosem, toteż jąłem ją szturchać przyjaźnie, żeby uzyskać jakiekolwiek informacje typu pesel, NIP, miejsce zamieszkania i zdolność kredytową, bo taka okazja, żeby kogoś wjebać na słupa w Providencie może się długo nie powtórzyć, ale chujatam, kontaktu nie było, w wydychanym dwazero jak nic, halyna zezgonowała i cozrobisz nicniezrobisz.

Dobra, kowid nie kowid, przecież jej tak nie zostawię, minus dwa przy gruncie, więc trza jakiegoś konowała na bombach zawezwać, bo się biedactwo samo nie podźwignie. Niestety, w międzyczasie klepnęła mnie druga fala zieloności, więc zamiast dzwonić na stodwanaście, zacząłem sobie selfiaki z ćwierć przytomną halyną strzelać i rozsyłać po randomowych ludziach z fejsa z pytaniem czy ją znają, co w tamtym momencie wydawało mi się genialnym pomysłem na uzyskanie personaliów wojowniczki walczącej w imieniu nas wszystkim z reżimem przystanków.

Po około dwóch tygodniach znalazłem w końcu w necie instrukcje jak zawezwać umyślnego w stetoskopie i, po kilku minutach, dodzwoniłem się do dyżurki. Tam konsultujący funkcjonariusz okazał się być Tadeuszem Sznukiem, bowiem miał tyle palących kwestii do wyjaśnienia, że z powodzeniem mógłby prowadzić jednego z dziesięciu. Postanowiłem wziąć byka za rogi i dostać się przynajmniej do finału, ale kompletnie wyjebałem się na pytaniu o wiek zalegających u podnóża zwłok. Migotająca świadomość tychże wprawdzie co jakiś czas emitowała werbalnie informacje, ale stały one w jaskrawej opozycji do zastanych faktów, no bo ni cholery Promilowa Halyna nie była, jak twierdziła, księżną Yorku i ją to chuj obchodzi, ale ma być po nią zaraz karoca. Wizualnie mieściła się gdzieś między czterdziestką a osiemdziesiątką, ale ręki nie dałbym sobie odjąć, bowiem ostatnio oglądałem takie realiti szoł o jakichś wycieruchach na wyspie i one mówiły, że mają po dwadzieścia dwa lata, a wyglądały jakby pamiętały, kurwa, mezozoik.

Postanowiłem zatem wykorzystać swój makiaweliczny, ostry jak brzytwa, umysł i ustalić pesel rannej w sposób najprzebieglejszy z dostępnych mi w onym czasie. Ponieważ mam w sobie głęboko ukonstytuowane przekonanie, że kobiet, niezależnie od sytuacji, o wiek się nie pyta, to oblazłem rzeczoną normę w ten sposób, że, utrzymując permanentny kontakt z funkcjonariuszem na linii, zadałem z mocą precyzyjne jak skalpel pytanie:
– Halynka, a o której ty robisz zakupy w Biedronce?