Plaga

Wywłoka w koronie zastała mnie kompletnie nieprzygotowanego na apokalipsę, toteż pierwsze moje działania charakteryzował chaos – zapobiegliwie wykopałem schron, dociągnąłem światło, kanalizację, zaminowałem wejście, pozmieniałem hasła do WiFi, kupiłem 60 kilometrów papieru toaletowego czterowarstwowego o zapachu konwalii w szwajcarskich Dolomitach wiosną, zerwałem kontakty z bliskimi, część skrytobójczo usuwając z kolejki do tronu, a pozostałych więżąc w basenie jak Simsy. Dodatkowo zmieniłem czas na zimowy, skończyłem studia oraz odbyłem przypadkowy stosunek z mopem, który z wyglądu przypominał dziewiąty odcinek „Śpiewających fortepianów”. Ponieważ z rozpędu zmieniłem także grupę krwi, płeć, kolor skóry i akcent to dotarło do mnie, że w zasadzie ja to nie ja, więc nic mi nie grozi w przypadku zostania przydybanym przez stosowne organa. Niby ulga, ale i tak z psem wychodziłem tylko po zmroku, przebrany za krzaczek lub bałwanka. Tydzień szoku minął i okazało się, że tak zdziczałem, że zapomniawszy jak wygląda drugi człowiek, przez godzinę tłumaczyłem się stojakowi na rowery, że wyszedłem tylko na chwilę w celu zrealizowania kwestii niezbędnych do zaspokojenia potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego.

Postanowiłem zatem nawiązać kontakt z jakąkolwiek kulturą, bowiem zachodziła obawa, że regresując się w takim tempie, dość szybko skończę jako wielbiciel kabaretu Rak, zasilając równolegle szeregi grupy społecznej, której przedstawiciele porozumiewają się ze sobą nie używając spółgłosek i doznają zawieszenia afektu przez twe oczy zielonezielone . Telewizja odpadała, bowiem w ostatnim czasie oglądałem ją tak często, że spikerzy zaczynali mnie poznawać i nie ruszali z pytaniem na śniadanie, dopóki nie zrobiłem kawy. Czyli radio, a ponieważ wychowałem się na Mannie, Metzu i Niedźwieckim, to odpaliłem Trójkę. Po godzinie wypiłem duszkiem udrażniacz do rur, albowiem jakiś słuchacz zadzwonił i oświadczył, że korzystając z okazji chciałby pozdrowić rodziców, a w szczególności mamę i tatę.