POBUDKA

Trochę z nudów a trochę z dupy kupiłem mieszkanie, bowiem kombinowałem sobie tak, że ludzi na świecie coraz więcej a ziemi tyle samo, połączyłem kropki i wyszło mi, że, z ekonomicznego punktu widzenia, wbicie z sianem w nieruchomości ma przyszłość. Odjebałem się zatem w najlepszy dresik z jedwabnymi wstawkami i pojechałem chandryczyć się z deweloperem, którego reprezentował pan Marcel, piękny jak z żurnala, z butami wsuwkami bez skarpet. Opylił mi elegancko chatę i dwa lata później wpadł do dołu z cementem, bo mnie tak wkurwiał tym kręceniem przy odbiorze, że go jebnąłem łopatą, aż mu te wsuwki spadli. Epizod ten znacznie usprawnił procedurę, tyle, że na spotkania Marcel zaczął przyjeżdżać we trzech, co nawet było zabawne, bo te jego schaby to ni chuja w żadnym języku i ciągle elektryczne.
Tak czy siak idea budynku była taka, że jedna firma matka stawiała szkielet wraz z wypełnieniem, natomiast sieć firm córek wykańczała wszystko na ostatni guzik, tak że odbierało się kluczyk z mieszkaniem gotowym do wprowadzenia od już. Nawet sztućce dowyposażali. Ekstraklasa.

Po załatwieniu formalności z Marcelem nastąpiło nieuniknione, czyli parapetówka, która, zamieniła się w oblężenie K2 i trwała, kurwa, z tydzień.

„Żyjesz?” – zerwałem się po wszystkim na równe nogi z rozkopanego łóżka, mokry i przemielony przez nocne koszmary. Jakiś koleś, wyglądający jak wysrana jagoda, w potarganych włosach, z erekcją i zapuchniętym ryjem, krzyczał coś w moim kierunku, stojąc dwa metry ode mnie. Głos miał wytarty jak Tom Waits, za nic nie mogłem go zrozumieć, ale sprawiał wrażenie faceta nasączonego gorejącą niechęcią i jednocześnie przerażonego moim widokiem. Jasnychuj, w co ja wdepnąłem, matko, ale się posrało, gdzie ja wylądowałem, zaraz, zaraz, przecież to ten nowy dom jest?! Nie wiem skąd wziałem taki kolor farb na ściany, ale kształt się zgadza, więc to on. Zamknąłem oczy, żeby wyrównać trochę trzęsący się obraz i wyszeptałem z wysiłkiem: „Wypierdalaj!”. Gość zamilkł wreszcie i dopiero wtedy dotarło do mnie, że gadam z własnym odbiciem.

Zawinąłem się w jakiś koc, śmierdzący psimi stópkami i powlokłem się pod prysznic. Tam zafundowałem sobie orgazm, wygładziłem twarz zimną wodą, wypłukałem usta brakiem szczoteczki i, przypominając już trochę człowieka, wszedłem do kuchni i stanąłem jak wryty. Na wysokim hokerze siedziała jakaś laska, ubrana w samą koszulę, z mokrymi włosami, jadła kanapkę z pomidorem i piła kawę z kubka. Chyba kawę. W tylkokoszuli!
Usłyszała jak wszedłem i podniosła głowę. Kawałek pomidora kapnął jej w okolice kieszonki na piersi.
– Cześć – odezwała się i odłożyła kromkę na talerzyk. Spojrzała na plamę wykrzywiając usta i próbując coś z nią zrobić. Strzepnąć w sensie lub wsiąknąć.
– Fajne cycki – odparłem na pewniaka i trochę na autopilocie podszedłem do czajnika. Kurewsko potrzebowałem kawy. Moja głowa przypominała ul – każda myśl stanowiła osobny byt, wszystkie brzęczały i zagłuszały się wzajemnie, co w przełożeniu na normalny język oznaczało, że łeb mnie napierdalał hucząc.
– Co? Aaaa, hahahahahahahahahahaha – zaśmiała się laska w odpowiedzi. Ładnie to robiła, oczy jej się wyginały w podkówki, przypominała mi postacie z filmów rysunkowych. Z Mangi. W tylkokoszuli. Gdyby nie pojedynek pod prysznicem, pewnie miałbym erekcję.
W końcu znalazłem jakiś kubek i kawę. Rozpuszczalną. Wsypałem trzy czubate łyżeczki, wrzuciłem parę kostek cukru i zalałem wodą z czajnika. Uzbrojony w kofeinę postanowiłem zmierzyć się z sytuacją. Przyjrzałem się dziewczynie spode łba. Wysoka, zgrabna, długie włosy, długie nogi, ładna twarz. W porządku , koleżanko-szklanko, zobaczmy, w takim razie, gdzie leżą konfitury.
– No dobra – rozpocząłem nowe otwarcie znad kubka z zamiarem przejęcia inicjatywy – to skąd się tu wzięłaś i o co chodzi, hm?
– Co?! – parsknęła śmiechem, ale po sekundzie, widząc mój wzrok, spoważniała.
– O co chodzi? – powtórzyłem tym samym, beznamiętnym, tonem.
– Ale że co o co chodzi? – brwi dziewczyny powędrowały pod mokrą grzywkę.
– No o to wszystko tutaj, z tą tylkokoszulą i włosami i co tu robisz, rozumiesz, boso, z tym pomidorem… – wyrzucałem z siebie swoje wątpliwości, ale jakoś tak chaotycznie, że sam w końcu nie wiedziałem o czym mówię, chociaż doskonale wiedziałem o czym mówię.
– No nie pierdol, że nic nie pamiętasz? – podkówkowooka przyglądała mi się uważnie spod mokrych włosów.
– No ale co mam pamiętać? – zdenerwowałem się, ale chyba bardziej na swoją detektywistyczną nieporadność niż na jej zestaw zdziwień.
– No wszystko, z wczoraj, z dzisiaj, wszystko.. – odtwarzała płytę, która jakoś hulała w innym formacie niż moje sterowniki, bo nijak nie dochodziło do mnie co ona mówi.
– Dobra, czekaj, spokojnie. To inaczej, bo widzę, że wbiliśmy się na rondo. – zmieniłem ton, wpuszczając trochę miękkich dźwięków. – Od początku. Jak ty w ogóle, no wiesz, jak masz na imię, co?
Chyba ją zaskoczyłem, bo jej oczy stały się idealnie okrągłe, a szczęka stuknęła o podłogę. Z kafelków o podłogę. Chwilę pogapiła się na mnie z otwartą buzią.
-Zgrywasz się, nie – ni to stwierdziła ni spytała. Pokręciłem głową.
– Maja – powiedziała w końcu wolno. Bardzo wolno. Mógłbym przysiąc, że zmienił jej się głos. I temperatura spadła.
– No dobra, Maju – kontynuowałem – to opowiedz mi skąd się tu wzięłaś i dlaczego masz tylko koszulę na sobie, mam wrażenie, że cię już gdzieś widziałem, wybacz, ale pojęcia nie mam gdzie, strasznie mnie to frustruje, do tego boli łeb, więc, proszę, po kolei…
– Ej, jesteś jakiś popierdolony?! – wybuchła przerywając. – Wbijasz się do mnie najebany jw środku nocy, dziamgotasz coś, że awaria…
– Jaka awaria?! O czym ty gadasz?! – teraz moja szczęka załomotała o kafelki
– Sraka, świrze. Złamałeś klucz w drzwiach.
– Co?! W jakich drzwiach?!
– W twoich. Wejściowych. Do domu. – strzelała krótkimi seriami.
– Zaraz, zaraz – złapałem się za głowę, która chyba zaczynała przeciekać, bo nie mieściły się w niej podkówkookie informacje. – Jak to wbijam do ciebie? Do CIEBIE ?!! – ostatnie słowo wyryczałem, bo mnie jednak sytuacja trochę przerosła.
– No a gdzie myślisz, że jesteś!? – przejęła inicjatywę mokrowłosa, gapiąc się na mnie z niedowierzaniem.
Rozejrzałem się badawczo. Moja kuchnia. Moje meble. Moja podłoga. Nie mój stojak na wina i nie mój stół. No kurwa, zlew też jakiś nie mój. Ale mieszkanie moje. Lub conajmniej jak moje. W sensie prawie jak moje. Ja pierdolę! Powoli jakaś iskierka zrozumienia zaczęła się przedzierać przez moją skołataną głowę.
– Czekaj, czyli, że … – zacząłem niepewnie, powoli domyślając się o co chodzi.
– …mieszkasz dwa piętra wyżej, pojebie – dokończyła Maja, rozwiewając wątpliwości.