Pobudka

Ostatnie miesiące spędziłem na zagłuszaniu tego pieprzonego metalicznego chrobotu, który wydzielał się, razem z serotoniną, w mojej głowie. Tłem był niepokój a rzeczywistością przemęczenie, takie wypierdalające z energii,  graniczące z odcięciem wszystkiego, co doprowadza zasilanie. Ciężko mi się pracowało, bo w zasadzie kręciłem się w kółko po wytartych ścieżkach między pracą, domem i kłopotami rodzinnymi, a obowiązki, jakie mnie w związku z tym pochłaniały, nie zostawiały nawet milimetra prześwitu, przez który wpadałoby światło. Czułem, że powoli zbliżam się do ściany, że drżą mi ręce, że słabo śpię, że mówię skrótami, że powoli oddalam się od samego siebie. Tego siebie, którego znam.
„Chuja tam!” – zerwałem się któregoś dnia na równe nogi z rozkopanego łóżka, mokry i przemielony przez nocne koszmary. Jakiś koleś, wyglądający jak wysrana jagoda, w potarganych włosach, z erekcją i zapuchniętym ryjem, krzyczał coś w moim kierunku, stojąc dwa metry ode mnie. Głos miał wytarty jak Tom Waits, za nic nie mogłem go zrozumieć, ale sprawiał wrażenie faceta nasączonego gorejącą niechęcią i jednocześnie przerażonego moim widokiem. Jasna cholera, w co ja wdepnąłem, matko, ale się popieprzyło, gdzie ja wylądowałem, zaraz, zaraz,  przecież to mój dom chyba?! Na pewno?! Nie te kolory ścian i nie ten rozstaw mebli, w ogóle nie te meble, ale kształt się zgadza, więc wygląda, że mój. Zamknąłem oczy, żeby wyrównać trochę trzęsący się obraz i wyszeptałem z wysiłkiem: „Wypierdalaj!”. Gość zamilkł wreszcie i dopiero wtedy dotarło do mnie, że gadam z własnym odbiciem. Ten wydzierający się popapraniec, ze zmasakrowaną twarzą i makabrycznym głosem to byłem ja, psiakość, ja we własnej osobie! Rany, co ja, do ciężkiej cholery,  nawyrabiałem, przemeblowałem dom i pomalowałem ściany, a nic z tego nie pamiętam! Chyba jakaś paranoja mnie dopadła, może miałem epizod depresyjny w połączeniu z jakąś dysocjacją, to by wiele tłumaczyło, szczególnie te luki w pamięci, obejmujące znaczące zmiany w geometrii przestrzeni życiowej.
Zawinąłem się w jakiś koc, śmierdzący psimi stópkami i powlokłem się pod prysznic. Tam zafundowałem sobie orgazm, potem umyłem zęby jakimś kikutem przypominającym szczoteczkę, wygładziłem twarz kawałkiem ostrego metalu i, przypominając już trochę człowieka którego znam, wszedłem do kuchni i stanąłem jak wryty. Na wysokim hokerze siedziała jakaś laska, ubrana w samą koszulę, z mokrymi włosami, jadła kanapkę z pomidorem i piła kawę z kubka. Chyba kawę. W tylkokoszuli!
Usłyszała jak wszedłem i podniosła głowę. Kawałek pomidora kapnął jej w okolice kieszonki na piersi.
– Cześć – odezwała się i odłożyła kromkę na talerzyk. Spojrzała na plamę wykrzywiając usta i próbując coś z nią zrobić. Strzepnąć w sensie lub wsiąknąć.
– Fajne cycki – odparłem i trochę na autopilocie podszedłem do czajnika. Kurewsko potrzebowałem kawy.  Moja głowa przypominała ul – każda myśl stanowiła osobny byt, wszystkie brzęczały i zagłuszały się wzajemnie, co w przełożeniu na normalny język oznaczało, że łeb mnie napierdalał.
– Co? Aaaa, hahahahahahahahahahaha – zaśmiała się laska w odpowiedzi.  Ładnie to robiła, oczy jej się wyginały w podkówki, przypominała mi postacie z filmów rysunkowych. Z Mangi. W tylkokoszuli. Gdyby nie pojedynek pod prysznicem, pewnie miałbym erekcję.
W końcu znalazłem jakiś kubek i kawę. Rozpuszczalną. Wsypałem trzy czubate łyżeczki, wrzuciłem parę kostek cukru i zalałem wodą z czajnika. Uzbrojony w kofeinę postanowiłem zmierzyć się z sytuacją. Przyjrzałem się dziewczynie spode łba. Wysoka, zgrabna, długie włosy, długie nogi, ładna twarz. W porządku , koleżanko-szklanko, zobaczmy, w takim razie, gdzie leżą konfitury.
– No dobra – rozpocząłem nowe otwarcie znad kubka z zamiarem przejęcia inicjatywy – to skąd się tu wzięłaś i o co chodzi, hm?
– Co?! – parsknęła śmiechem, ale po sekundzie, widząc mój wzrok, spoważniała.
– O co chodzi? – powtórzyłem tym samym, beznamiętnym, tonem.
– Ale że co o co chodzi? – brwi dziewczyny powędrowały pod mokrą grzywkę.
– No o to wszystko tutaj, z tą tylkokoszulą i włosami i co tu robisz, rozumiesz, boso, z tym pomidorem… – wyrzucałem z siebie swoje wątpliwości, ale jakoś tak chaotycznie, że sam w końcu nie wiedziałem o czym mówię, chociaż doskonale wiedziałem o czym mówię.
– Nic nie pamiętasz? – podkówkowooka przyglądała mi się uważnie spod mokrych włosów.
– A co mam pamiętać, do cholery? – zdenerwowałem się, ale chyba bardziej na swoją detektywistyczną nieporadność niż na jej zestaw zdziwień.
– No wszystko, z wczoraj, z dzisiaj, wszystko.. – odtwarzała płytę, która jakoś hulała w innym formacie niż moje sterowniki, bo nijak nie dochodziło do mnie co ona mówi.
– Dobra, spokojnie. Inaczej, bo widzę, że wbiliśmy się na rondo. – zmieniłem ton, wpuszczając trochę miękkich dźwięków. – Od początku.  Jak ty w ogóle, no wiesz, jak masz na imię, co?
Chyba ją zaskoczyłem, bo jej oczy stały się idealnie okrągłe, a szczęka stuknęła o podłogę. Z kafelków o podłogę. Chwilę pogapiła się na mnie z otwartą buzią.
– Maja – powiedziała w końcu wolno. Mógłbym przysiąc, że zmienił jej się głos.
– No dobra, Maju – kontynuowałem –  to opowiedz mi skąd się tu wzięłaś i dlaczego masz tylko koszulę na sobie, mam wrażenie, że cię już gdzieś widziałem, wybacz, ale bladoróżowego pojęcia nie mam gdzie, strasznie mnie to frustruje, do tego boli łeb, więc, proszę, po kolei…
– Rany, ale ty jesteś popierdolony – przerwała mi bezceremonialnie. – Wbijasz się do mnie w środku nocy, coś mi pieprzysz o sytuacji podbramkowej, że awaria, że nie wiesz co masz robić w takim wypadku, bo nie masz kontaktu ze sztabem kryzysowym – nawet to zabawne było, bo prawie nie miałeś na sobie ciuchów – i na koniec oświadczyłeś, że zostajesz, bo nie będziesz przecież bezdomnym psiakiem, miałeś ze sobą butelkę, mówiłam ci, żebyś sobie już odpuścił, ale ty wiedziałeś lepiej, spiliśmy się, puściły hamulce i w końcu zasnąłeś, jakby ci się film urwał. A teraz chcesz mi powiedzieć, że nic nie pamiętasz?!
– Jaka awaria?! O czym ty gadasz?! – teraz moja szczęka załomotała o kafelki
– Sraka, świrze. Złamałeś klucz w drzwiach.
– Co?! W jakich drzwiach?!
– W twoich. Wejściowych. Do domu. – strzelała krótkimi seriami.
– Zaraz, zaraz – złapałem się za głowę, która chyba zaczynała przeciekać, bo nie mieściły się w niej podkówkookie informacje. – Jak to wbijam do ciebie? Do CIEBIE ?!!  – ostatnie słowo wyryczałem, bo mnie jednak sytuacja trochę przerosła.
– No a gdzie, twoim zdaniem, jesteś, kosmito? – przejęła inicjatywę mokrowłosa, gapiąc się na mnie z niedowierzaniem.
Rozejrzałem się badawczo. Nie moja kuchnia. Nie moje meble. Nie moja podłoga. Nie mój stojak na wina i nie mój stół. No kurwa, zlew nawet nie mój. Ale mieszkanie moje. Lub conajmniej jak moje. W sensie prawie jak moje. Moje? Ja pierdolę! Powoli jakaś iskierka zrozumienia zaczęła się przedzierać przez moją skołataną głowę.
– Czyli, że … – zacząłem niepewnie, powoli domyślając się o co chodzi.
– …mieszkasz dwa piętra wyżej – dokończyła Maja, rozwiewając wątpliwości.
– O, kurwa – sapnąłem i usiadłem na podłodze.

  • Jak tylko autor wspomniał o kawie rozpuszczalnej domyślałem się że może nie być w swojej kuchni.

  • To nie mogłeś dać znać?!

  • Zupełnie obok, choć tekst lubię bardzo – ty masz pojęcie skąd się wzięło „zafundować sobie orgazm”? U nas też się zawsze tak mówiło, ale dopiero tu mnie uderzyło, że to w sumie absurdalne połączenie ;)

  • Zorro

    Olga Tokarczuk „Bieguni” str. 442-443