Początek

Kiedy wisisz na ściance, 25 metrów nad ziemią, i próbujesz wpiąć zabezpieczenie w szeklę, to nie masz za wiele czasu na myślenie. A ja właśnie wtedy się depersonalizuję i gapię na samego siebie, z kliniczną ciekawością, z boku. Tam właśnie, na górze, wpadają mi do głowy pomysły, które, im niżej, tym szybciej wyparowują, zmieniając stan skupienia. Szukanie potem tego kawałka myśli, który na wysokości był precyzyjny i jasny, na dole jest zabawą w Kopciuszka i oddzielaniem grochu od soczewicy – cała para w gwizdek, napięta uwaga i przypominanie sobie wzrokiem smaku. Synestezja lub laboratorium pomyłek, wszystkie dokładnie zmierzone i zważone, po tysiąckroć odtwarzane, tylko po to, by na koniec wylądować w koszu z gównianymi ideami, zaśmiecającymi autoprzestrzeń. Człowiek, który wymyśli pigułkę „ctrl+z” dostanie Nobla za zwycięstwo nad Alzheimerem. A mi pozwoli łazić po ścianach bez zabezpieczeń.
***
Początek. Zawsze jest jakiś początek. Czasami jest tak banalny, że w chwili, gdy „się dzieje”, nie da się uchwycić momentu, że coś się zaczęło. Coś się zmieniło. Trochę tak, jakby ktoś sypnął piachem w tryby wirującego świata, ten na chwilę zgrzytnął, chrobotnął, ale nie przestał się kręcić. Ten drobny zgrzyt, niezauważalny przez ludzkość, wywraca życie jednego człowieka do góry nogami, pozbawia grawitacji, czasem łamie kręgosłup i rzuca o ścianę, a czasem tworzy kogoś zupełnie nowego. Nową tożsamość. Powłoka się zgadza, DNA i linie papilarne pozostają takie same, ale w środku to ktoś całkowicie inny.  Całkowicie.
Kilka lat temu dysponowałem rządem dusz – kierownicze stanowisko, jednolita grupa, młodzi, weseli, bogaci, w wieku produkcyjnym, wszyscy wielkie ego, duże siusiaki, turbodupy i w ogóle co jeden to czołg, a co druga to rakieta. By utrzymać się w siodle kradłem, kręciłem, oszukiwałem, bo wyobraźnia kotłowała obraz za obrazem, a wszystkie były snami o potędze – im więcej przywłaszczysz, podpieprzysz, im bardziej wypchasz kieszenie i napchasz do ociekającego luksusem ryja, tym bardziej będziesz miał wpływ na wszystko wokół i kupisz rzeczywistość. Byle więcej, byle bardziej, byle grubiej. A jak prąd się kończył, to ćpałem co się dało, wywracałem swój świat do góry nogami, malowałem całość na różowo i tytłałem w pluszu. Mój Boże, czego ja wtedy nie próbowałem! Gorzała, piguły, grzyby, koks, panoramiksy lub gooffie, twarde, miękkie, to wszystko spowite zielonym dymem, ja pierdolę! Powinienem mieć jakąś encefalopatię czy coś, mózg był już mocno spleśniałą galaretką, której podstawowe funkcje sprowadzały się do wlewania w siebie wszystkiego, co zgniatało arterie, żarcia, srania i cyklicznej ejakulacji w obrębie jakiejś, podziwianej przez gawiedź, laski z dużymi cyckami albo zgrabną dupą. Albo jedno i drugie.
Wpadłem w nieważkość. W związku z tym, jedynym punktem odniesienia byłem ja sam i podejmowałem decyzje, jedna za drugą, które wypychały mnie, coraz bardziej i bardziej, poza margines społeczeństwa. Tyle, że wtedy cyferki w sklepie z towarami ekskluzywnymi się zgadzały, mogłem kupić wszystko, także swoją godność, więc nikt mnie nie zatrzymywał w tej podróży za kreskę.
I tak się obudziłem pewnego dnia, wyjebany z pracy, z pękniętą oponą, gdzieś na ścieżce pod Białymstokiem, z wyzerowanym kontem i halucynacjami po jakichś, kurwa, grzybkach. Złaziło ze mnie wolno, więc turlałem się wzdłuż trasy E67, z pustym żołądkiem, od czasu do czasu wskakując za drzewo i wywalając z siebie to, co zbędne, w dowolnej formie. Późnym popołudniem znalazłem jakiś przydrożny motel, taki dla tirowców i tirówek, klasyka, z migającym neonem i nylonową firanką pod prysznicem. Facet, który dawał mi klucze, mógł być kobietą, bo gdy mówił, to co chwilę zmieniała mu się twarz – raz była wąsata i poorana bruzdami, by chwilę potem być piękną, gładką, porcelanową buzią japońskiej księżniczki z ruchomych obrazów Kurosawy, a po chwili zmienić się w nalaną mordę bohatera niemieckich filmów porno z połowy lat osiemdziesiątych, a jeszcze moment później w trójkątne lico, otoczone chmurą blond loków, znanej paniusi z reklamy środka przynoszącego ulgę. Tylko głos był cały czas ten sam, gruby, z ciężkim akcentem, więc raczej jednak facet. Nie miało to wielkiego znaczenia, bo i tak nic nie rozumiałem z tego, co do mnie mówił, telepało mną strasznie, marzyłem, by przez najbliższe trzydzieści lat nikt się do mnie nie odzywał i w ogóle, żeby się wszyscy odpierdolili. Jakaś laska, wyposażona w nogi do samej dupy, podeszła do mnie jak duch, nie wiem skąd się wzięła i o co pytała, mi się wydawało, że jest stewardessą, bo było coś o lataniu, ale nie bardzo wiedziałem o  jakie linie chodziło, więc odwróciłem się bez słowa i powlokłem do pokoju. Przez chwilę miałem wrażenie, że za mną idzie, ale chyba miała jakąś odprawę czy coś podobnego, bo gdy się odwróciłem, była już tylko rozmazanym pikselem na końcu korytarza. Albo jej w ogóle nie było, a motel obsługiwała rodzina Bates’ów.
Zagrzebałem się w moim tymczasowym gnieździe, zastawiłem drzwi krzesło-taboretem, jak jakiś debil, nie mam pojęcia czemu, pewnie przez te gówniane filmy z przebiegłymi bohaterami i ich krzesłami, które stanowią zaporę nie do przebycia dla ewentualnych włamywaczy i odpłynąłem na kilka godzin, akurat na tyle, ile było mi potrzebne do wyzerowania drżących zmysłów.
Obudziłem się strasznie zmęczony, nago, obok łóżka. Coś na siebie włożyłem, wywlokłem się z pokoju i stoczyłem na parter, bez słowa minąłem recepcję i wsiadłem do samochodu. Musiałem gdzieś wrócić, gdziekolwiek, bo za nic nie chciałem zostać sam na sam ze swoją historią, ze sobą, pośrodku niczego, na trasie E67. Pod Białymstokiem.
Prawie od razu zasnąłem. Śniła mi się jakaś kompletnie pokręcona historia o drzewach, na których wisiały jeszcze niedojrzałe dzieci i trzeba było je spryskiwać preparatem przeciwmszycowym, one marszczyły nosy, prychały i, od wstrząsu wywołanego prychnięciem, spadały. Kompletnie niedojrzałe, jeszcze zielone. Musiałem je z powrotem przymocowywać, żeby dojrzały, taśmą srebrną, miały takie zaczepy z tyłu, ta taśma coś tam niby łapała, ale tak raczej mniej niż więcej, więc, jak tylko podwiesiłem jedno, to trzy inne się obrywały i łupały o ziemię. Rany, jak ja się z tymi bachorami umordowałem!
Obudziło mnie walenie w szybę. Było jasno, w pierwszym momencie kompletnie nie ogarniałem gdzie jestem, dopiero po chwili dotarło do mnie, że leżę w samochodzie pod motelem, a w szybę wali jakiś grubas. I się wydziera. Wygrzebałem się ze środka i odkryłem, że samochód, w którym dokończyłem noc, ni cholery nie przypomina mojego auta. Grubas się wydzierał, ja wyglądałem głupio i mało godnie w jednorazowych klapkach kąpielowych z logo motelu, słońce waliło w głowę, ludzie się jacyś zbiegli, ktoś mnie zaczął szarpać, że ponoć w nocy urwałem zlew w łazience, kurwa, wszystko zaczęło szumieć i wpadło w korkociąg, te dzieci zielone, ta laska z nogami, coś we mnie pękło i wtedy, pierwszy raz w życiu, poczułem, że jeśli czegoś ze sobą nie zrobię, to wpadnę w przepaść, z której nigdy się nie wydostanę i przepierdolę swoje życie. To był początek.

  • Anonymous

    hmm..

  • Anonymous

    Popie…oną masz tą biografie jak nie wiem

  • Anonymous

    Nowy layout bloga! Fajnie, jaśniej i bardziej przejrzyście. No i czcionka wszędzie ta sama ;)

  • Dzięki; część pary tym razem poszła w formę, mam nadzieję, że wygodnie(j) się czyta ;)

  • Anonymous

    pamiętam jak wróciłeś po tej awanturze w Białymstoku i jak wywaliłeś kartę od telefonu na moście Świętokrzyskim :-)

  • Wtedy to ja się sam wywaliłem. Latający sim był symbolem ;)

  • Anonymous

    To poleciałeś..

  • Anonymous

    Tak czytam i myślę, że było bardzo burzliwie. A z innej beczki – po takich eksperymentach ty jeszcze coś pamiętasz? bo opisy są niezwykle kwieciste

  • Większość zapomniałem ;-)

  • Anonymous

    Rzeczywistość to rzecz względna, mózg odwala kwiecistą robotę. Całe szczęście, po co komu wiedzieć jak wyglądało to oczami „trzeźwo patrzących”

  • Wiesz, ci trzeźwi siedzą w dyspozytorni i trzymają lejce.
    Wchodząc tu, zdejmujesz buty. A czy chodzisz po kwiatach czy po żwirze – sam/sama oceń. Ważne, że boso. Dla mnie najważniejsze, że tu jesteś.

  • Anonymous

    przebieram raciczkami za kolejnym wpisem. spać się nie opłaca, jak dane było obserwować cię w różnych akcjach, a teraz czytać niby niestworzone historie;)

  • A mi mózg do zamrażarki wpadł, leży między kabaczkiem a filetami z morszczuka. Ciasno, światło nie wpada.

  • Anonymous

    Be art :) Please.

  • Ale w sensie, że co? ;)

  • Anonymous

    Zleciałeś z tej ścianki? Przepierdoliłeś życie? No napiszże coś wreszcie!!

  • Anonymous

    No ja nie wiem właśnie…długo jeszcze???

  • Dobrze, już dobrze… Zaraz ;-)