Pojedynek

Skoro już się nadźgałem tak, że zdarło papę z dachu, to wymyśliłem, że wracając do domu zadzwonię do Krzyśka. O trzeciej. W nocy trzeciej.
– Siemasz, śpisz? – zainteresowałem się spomiędzy dymu, któren szczelnie owijał mi mózg, bo podróż tęczowieje, gdy pomiędzy uszami w synapsach wieje.
– Nie, skąd, kurwa, czekałem na twój telefon – Krzysio chyba spał, bo jakiś nie w sosie.
– Słuchaj, to ważne jest – kontynuowałem niezrażony. – Jesteś najgrubszym z moich przyjaciół, więc będziesz wiedział. Kto z naszych znajomych robi najlepszy rosół, hm?
– Co kto robi?! – krzyśkowe uszy stanęli w słup.
– Rosół – powtórzyłem, co tu wyjaśniać?
– Kurwa, Bartek, noc jest, rano mam wokandę! – co powiedziawszy Krzysio jebnął był słuchawką, gdyż rano miał wokandę, bo był znanym prawnikiem z zegarkiem za dwa miliardy złotych, który wskazywał czas nawet w nocy.
– Wokanda-sranda – wymruczałem do sygnału w słuchawce i się zadumałem nad kondycją współczesnych relacji. Niby przyjaciel, a jak przychodzi co do czego to znikąd pomocy, zero, nic, o rosół zapytać nie możesz. Musiałem zajarać.
Po trzech minutach przyszedł sms. Od Krzyśka. „Moim zdaniem Sebastian albo Marysia. Ale bardziej Seba”.
Czyli Seba.
– Halo? – ten też chyba spał, bo głos miał jak zza grobu.
– Strzała. Wyzywam cię na pojedynek na rosoły, leszczu! – zakrzyknąłem z mocą, bo co się będę z nim pierdolił.
– Co?!
– Jestem Connorem McGregorem rosołu, rozwalę każdy twój rosół na atomy! Jakby rosół był dyscypliną olimpijską miałbym dożywotnie złoto, jarzysz?! Nie ma takiego rosołu na świecie, z którym nie mógłbym się zmierzyć, nie ma!
– Co?! – poczułem, że o trzeciej w nocy to Sebcio mógłby co najwyżej pojedynkować się intelektualnie z rozwielitką, gdzie mu do rosołu, z czym do ludzi.
– Rosół. Mój wygra z twoim. Zupa taka – streściłem precyzyjnie.
Cisza w słuchawce trwała ze czterdzieści sekund. Dolatywało.
– Chuja, nie ma szans – odparł w końcu. – Robię zajebisty rosół.
Czyli doleciało.
– A jadłeś kiedyś mój?
– No nie jadłem, nigdy się na rosół nie zapraszaliśmy z tego co pamiętam.
– To nic nie wiesz o rosole – krótko, zanim się rozkręci. – Mój rosół jest Małyszem wśród rosołów. Swoje CV zaczynam od rosołu.
– Tak?! – w głosie Seby pojawił się ogień. – Moja matka nie karmiła mnie mlekiem tylko rosołem. W domu zamiast herbaty piliśmy rosół, pływać się nauczyłem w rosole, ja się powinienem nazywać Rosół.
Dwie dekady znasz człowieka i nagle wyskakuje ci z takimi informacjami. Co myśmy przez ten czas robili, ja pierdolę, tyle lat zmarnowanych…
Kolejne pół godziny ustalaliśmy zasady pojedynku oraz kryteria doboru sędziów kompetentnych, przetykając je fachowymi uwagami typu „musi tak na gazie pykać tylko”, „a włoszczyzna to jak mięso zmięknie” albo „a potem klaruję fusy”.
W międzyczasie dotarłem do domu, więc resztę szczegółów postanowiliśmy dograć nazajutrz. Podziękowałem za niezwykle rozwijającą dyskusję, grzecznie się pożegnaliśmy, po czym spokojnie otworzyłem drzwi i za progiem ujebało mi film.
Gdy rano zwlokłem się z podłogi zawinięty w dywanik z łazienki, byłem pewien, że jestem już po drugiej stronie tęczowego mostu i że zaraz radośnie przywita mnie krasnal z garnkiem złota. Zamiast tego znalazłem w kuchni inny garnek, wielki jak Stadion Narodowy, który pykał na gazie wypełniony dwudziestoma litrami wody i jedną(!) kostką rosołową. Ponieważ zamiast głowy miałem wgłębienie czytaj lej, a moje ciało dość sugestywnie anonsowało obecność zbędnych produktów przemiany materii, którą raczyłem wczoraj pochłonąć po powrocie – pizza, nutella, ogórki kiszone z keczupem i płatki orkiszowe (reszty nie pamiętam, przez mgłę kojarzę, że było coś na głębokim oleju ale głowy sobie uciąć nie dam) – to udałem się do punktu, w którym przeznaczenie spotyka się z fizjologią. Tam, zdrożon wielce, rozpocząłem proces emisji wspomnień nocnej szarży na zawartość kuchni ze szczególnym uwzględnieniem lodówki i chyba znowu przysnąłem. Ja wszystko rozumiem, serio, rozmowy nocne o współczesnych technikach preparowania posiłków oldskulowymi metodami, łażenie w gaciach do sklepu, opłacanie studiów Nonye z Abudży, kolonia termitów na balkonie, naprawdę luz, ale strolowanie samego siebie na urwanej taśmie to już przegięcie pały aka walenie w chuja. Bo obudziwszy się, po wyemitowaniu szczątków ubiegłonocnej brawury, moim oczom ukazał się taki oto widok:

                                                   img_0620

  • Aga D

    aka mistrzostwo ;)

  • „(…) znalazłem w kuchni inny garnek, wielki jak Stadion Narodowy, który pykał na gazie wypełniony dwudziestoma litrami wody i jedną(!) kostką rosołową” – brzmi dokładnie tak, jakbym to ja gotowała. Na trzeźwo.

  • mph

    Przeciez to kurczak pazurem wyryl, jak spiprzyl przed swoim garnkiem przeznaczenia. Wrzucil kostke, wykaligrafowal ckliwe pozegnanie, wzial se i spiprzyl. Nie pamietasz, bo Ci sie tasma urwala.

  • Obserwator

    To ja bym do zawodów zgłosił teściową. Mmmmmmmmmmmmmm, ta jak gotuje….. Głodny się zrobiłem……..