Pośrednik

Postanowiłem pozbyć się nieruchomości, którą okresowo zasiedłałem przez ostatnie 12 lat. Ruszyłem tedy ku pierzejom lerułamerlę, by tam zakupić akcesoria niezbędne do odrestaurowania pieleszy, albowiem ostatnia dekada dość mocno odcisnęła się na kondycji rzeczonego lokum, czyniąc zeń, eufemistycznie rzecz ujmując, pierdoloną melinę. Po czterech kursach tirem i kilku betoniarkach później wieloletni pojemnik na mnie okazał się być dość przyjemnym zestawem pomieszczeń, a pozytywnie zaskakującym odkryciem było odnalezienie dodatkowego pokoju, któren całe lata ukrywał się był za drzwiami, których istnienie zarejestrowałem po zdrapaniu kilku ton resztek, będących konsekwencją eksperymentów pirotechniczno-gastronomicznych, którym się z lubością onegdaj oddawałem. W pokoju tym ukrywała się grupa roznegliżowanych dzikusów z dzidami, która na ścianach zostawiła dość prymitywne malowidła przedstawiające głównie mamuty i sceny polowania. Na widok zapalniczki uznali mnie za boga i bez gadania podpisali wszystkie dokumenty konstytuujące mnie jako jedynego właściciela posesji. Obecnie siedzą w piwnicy, gdzie kompletnie rozpierdolił ich widok koła.

Po odremontowaniu postanowiłem wystawić lokum na sprzedaż, umieszczając stosowne ogłoszenie na branżowym portalu, z zastrzeżeniem, że sprzedaję bezpośrednio i serdecznie dziękuję za współpracę agencjom. Kliknąłem enter i zanim dotarłem do kubka z kawą, rozwarły się czeluście piekieł czyli na łowy ruszyli nieruchomościowi nindża, którzy głęboko w chuju mieli moje zastrzeżenie. W ciągu kilku godzin odebrałem kilkadziesiąt telefonów z informacją, że cud architektoniczny, który zamieściłem w ogłoszeniu to święty graal wszystkich nieruchomościaży na planecie, że jego sprzedaż stanowiłaby perłę w koronie każdego agenta, że wyżej to już tylko kurwa Tadżmahal, oraz że za kilkuprocentową prowizję to oni się jednak podejmą.
Postanowiłem włączyć filtry i umawiać się na miejscu tylko z bezpośrednio zainteresowanymi, ale szybko okazało się, że znakomity ich odsetek to agenci pod przykrywką. Początkowo na lidera wbił pan Tomasz, który ze startu zaczął mnie opierdalać, że co ja sobie myślę z tą sprzedażą, skoro się nie znam i takie rzeczy to trzeba załatwiać tylko z profesjonalistami i że on by reflektował i że nie jest już urażony i by przysłał umowę, nie muszę teraz podpisywać.
Tuż po nim pan Mariusz oświadczył z mocą, że przejdźmy na ty, ale na wieść, że jednak konsekwentnie bez prowizji, to jednak wróćmy na pan i że on sobie to zapamięta.
Rozczulająca była pani Marzenka, która się poryczała i między szlochami dyktowała adres mailowy, na który mam przysłać skan podpisanej umowy na wyłączność.
Pan Jędrzej starał się być poważny, ale mleko się rozlało, gdy wyszło, że ma czternaście lat doświadczenia zawodowego a żyje dwadziescia pięć. Na moją uwagę, że pierwsze umowy w takim razie musiał podpisywać przed mutacją, obraził się i mnie wyprosił, dopiero po chwili reflektując, że to jednak moje mieszkanie, a to przepraszam i zostawię wizytóweczkę.

Królem polowania został natomiast pan Roman, który opowiedział mi historię, jak to kiedyś, z takim Darkiem, tynki skuwali. I przyszła taka jedna, nie wiem, z 90 lat miała i hurr durr, że co wy tu te tynki tak, no i Darek jej powiedział, że co że tynki i że on to nie wie, bo ma robotę do zrobienia i robi, a jak ona ma jakieś „ale” to niech się zapyta pana Grześka. Ona na to, że tego Grześka to zna od smarka, i że on też niezły numer jest, więc się Darek chciał dowiedzieć, że jaki numer, to ona tylko powiedziała, że wie, że on do Niemiec jeździł do tej swojej cizi i jak ma tak dalej być, to już ona z nim pogada. No to się Darek jej pyta, normalnie, ale że co cizi, a ona, że nic, nic, co ją to obchodzi, ona tylko mówi, że jeśli on tam tak jeździł to po co? To Darek wyciągnął telefon i powiedział, że on teraz jej zdjęcia zrobi, bo jak ona taka jest to nie wiadomo co może zrobić jak nas tu nie będzie. I wtedy ona zawołała takiego grubego, że oni są od tego Grześka z parteru, to jej powiedziałem, że ja tam do pana Grześka nic nie mam, bo jak trzeba było, to wziął furgonetkę i nam kanapę pomógł przewieźć i za wachę nic nie chciał, a jak Piotrka z parteru żona rodziła, to kwiaty kupił i pojechał, nawet nie pytał czy to jego czy nie, tylko pojechał. Więc jak nas poprosił, żebyśmy mu te tynki skuli, to nawet głupio było się migać, no bo ile tego jest, może ze dwa metry. Grubego na to to chuj strzelił, bo on to ekipę zamawiał i zapłacił, a nie jakieś łapsy, za kanapę mu tu będą tynki tłukli pod oknem, na co wyszła jego żona i jak nie ryknie, że to, że tamto i że „Adrian do domu!” i gruby tylko uszy po sobie skulił i poszedł, a nam ta babcia co pana Grześka tyle lat zna, powiedziała, że on to nawet Adrian nie jest. Tak, że wie pan, z nieruchomościami to tak różnie bywa.

Kurwa, zwiędłem.

Na szczęście zadzwonił domofon i okazało się, że miejscowe sztajmesy zobaczywszy światło w oknie, imprezę pożegnalną mi urządziły, bo bez ciebie kierownik to już nie będzie to samo, dawaj do nas na dół, opierdolimy pożegnalną połówkę albo co. Usiedliśmy sobie przeto na naszym murku i jęliśmy zerować wspominkowe procenty. Wszyscy normalnie, w plastikowych kubeczkach, tylko Giezik jechał z gwinta.
Nie wytrzymałem.
– Gieziu, kurwa, czemu ty walisz z gwinta, przecież są kubeczki?
Gieziu otarł usta i odparł z uśmiechem:
– Nie lubię pośredników.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
xingaikus Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
aikus
Gość

Bartek… Wynosisz się? Z miasta? Ale na blogu zostaniesz…?

xing
Gość

来看看,因为,总能学到东西!