Potrącony

– Dzidziuś, nie pij już, wyglądasz jak własny ojciec – zagaiłem przyjaźnie do swojego odbicia w lustrze czyli Dzidziusia, który po tych kilku dniach wlewania w korpus goudy jechał na długich i zamieniał się w swoją karykaturę.
Piliśmy obaj po jakiejś Bożence, bo sobie ujebałem w głowie, że teraz to ja jestem twardziel z reklamy Marlboro z trzydniowym zarostem, który nie czuje bólu gdy rany polewa wódą, do tego ma świszczący oddech, chwiejny chód i snejkajsy. W sensie spojrzenie groźne ma. Natura trochę ze mną naonczas przycięła w chuja, bo obdarzyła urodą zgoła nietwardzielską – włosy blond, zarost jakby ktoś zapałki w gówno powkładał, wzrok marki fenek-w-porywach-alpaka, oblicze pogodne łamane na zębówpełenpysk, raczej jednak chłopiec niż Maczeta. Do tego ekonomiczny, bo po ćwiartce korba i migotanie taśmy z filmem, z tendencją do rzeczonej urywania.
Ale Bożenka mnie przeorała, bo po tych wszystkich przygodach z laskami chciałem wreszcie ochłonąć w towarzystwie niewiasty, która miała być spokojną przystanią na szalonych wód akwenach oraz stabilnym rusztowaniem dla skołatanego serca i lekko zużytej powłoki. Trafiło na Bożenkę, która dysponowała olśniewającym licem, takąż dupą i nogami długości autostrady A1 z węzłem w Strykowie. Wydawała się znakomitą lokatą na drodze do banku powszechnej szczęśliwości, w którym domek z czerwonej cegły, biały płotek, gromadka dziatek wesoło plątająca się wśród listowia i ogólne szaleństwo podczas gry w monopol przy skrzącym kominku. Niestety projekt był jebnął, bo Bożenka okazała się dość gościnna, nie tylko dla mnie, w okolicach bikini, a oweż niewiarygodnej długości legendarne nogi były niezwykle ekologiczne – rozkładały się prawie natychmiast w obecności androgenów. Spuściłem nieszczęsną do kibla i jąłem nurzać się w cierpieniu, co w konsekwencji doprowadziło do zaników pamięci czyli dwa miechy później wyglądałem jak własny ojciec.
Dzidziuś usłyszał komendę od swojego lustrzanego vis-à-vis i postanowił zmienić wszystko – porzucić myśl o byciu twardzielem z Marlboro, wykąpać się, zrobić coś ze sobą czy z ciuchami i podjąć pracę zarobkową, bo dalsze podpierdalanie siana z okolicznych fontann nie gwarantowało życia na poziomie, do którego onegdaj był przyzwyczajony. Podniósł się chwacko z barowego stołka, podziękował za dwa miesiące lotu na zeszyt i zniknął w drzwiach.
Po pół godzinie drzwi knajpy otworzyły się z hukiem i jacyś ludzie wnieśli Dzidziusia sponiewieranego i we krwi, która buchała rzęsiście z rozwalonego łba.
– Samochód go jebnął – wysapał jeden z niosących – Ta go znaleźliśmy, jak leżał sam na ulicy. Ciężki, kurwa.
Ciepnęli dzidziusiową powłoką o stolik, bo ta prezentowała się zgoła nieciekawie – czacha broczyła, spodnie zasikane, oczy wywrócone i zero kontaktu.
W barze zawrzało – przez te dwa miesiące wszyscy chłopa polubili, był jednym z nich i w głowie się nie mieściło, że ktoś go potrącił i zostawił tak pokiereszowanego na środku ulicy. Szybko uformowała się grupa pościgowa, która postanowiła czym prędzej znaleźć pirata drogowego czytaj dzidziusiowego zabójcę i ruszyła, wściekle wykrzykując, ku drzwiom w poszukiwaniu sprawiedliwości. Gapiłem się na to jak na scenę z filmu, bo jechałem na długich i strasznie rwała mnie bania, a do tego chyba się poszczałem z tych nerwów.
Po pięciu minutach tomilidżonsy wróciły, uchachane czemuś. Dzidziuś faktycznie wpadł pod samochód. Zaparkowany.