Pseudo

To było w zeszłym stuleciu, latałem za piłką po różnych kartofliskach i szpanowałem dziwną grzywką w pazurki i szeleszczącym dresem, któren był mnie nobilitował w oczach miejscowych blokersów niezwykle, bo logo klubu na rzeczonym odzieniu droższe im było niźli krew własna. W efekcie, w razie kaszany pod własnym dachem, zawsze miałem gdzie spać, a i w okolicy nikt do mnie raczej nie wyskakiwał z jakimś chujowych tekstem.

Byłem najmłodszy w drużynie rezerw, więc żeby okręgowy związek piłki kopanej nie przyjebywał się do klubu o występ juniora, jechałem na cudzych papierach. Czasem to nawet śmieszne było, że na skrzydle szalał najmłodziej wyglądający trzydziestolatek w historii. Taki trochę Benjamin Button. Trener miał do mnie słabość i mimo mojej oślej skłonności do zaburzania biegu rzeczy, nie patrzył w papiery od chrztu i na ogół miałem pierwszy plac. To miała być dla mnie trampolina do wielkiej kariery – strasznie chciałem zadebiutować w poważnej lidze, w której grała pierwsza drużyna i czułem, że jestem w gazie.

To było na meczu z jakimiś strażakami z Lublina czy Rybna, jeden chuj, w każdym razie mecz o nic. Na drugi dzień pierwszy zespół miał grać ważny mecz, a ponieważ wiedziałem, że na trybunach ogląda nas główny trener, to strasznie chciałem się pokazać, jaki to jestem Maradona. No i wkurwiałem prawego obrońcę tych strażaków, strasznie drewnianego, cały czas go objeżdżając i przygadując – a to na zamach siadł na tyłku, a to go załatałem jakoś bezczelnie, a to sombrero dostał – generalnie za fajnie ze mną nie miał. Mój trener w przerwie mówił, żebym się nie popisywał tylko grał, ale discopolowa natura kazała mi z chrupka drzeć łacha i dodupytam z radami mądrzejszego – przecież Pierwszy patrzy, trzeba błysnąć.
No i koło 70 minuty ten ich prawy, chłopina metrdziewięćdziesiąt, nie wytrzymał i dostałem to, co mi się należało – po kolejnym fajerwerku z piłką po prostu wziął i mi zajebał. Normalnie mi wypierdolił bombę, aż się nogami nakryłem. No i wiadomo – zmiana, bandaże na ryj, jakieś wiadro z lodem, ogólnie kibel. Ponieważ to nie były czasy jakiegoś wielkiego siana w piłce okręgowej, więc na ostry dyżur zawiózł mnie trener, zostawił w poczekalni i obiecał, że wróci. Jakoś mnie opatrzyli, nos nastawili i do chłopaków przywiózł mnie jako Arsene Lupina – przy rozkwaszonym nosie opuchlizna rozlewa się na oczy i człowiek wygląda jak szop pracz. W szatni tydzień beki.

Po kilku dniach jednak triumfowałem – Pierwszemu spodobała się moja brylantowa technika i zawezwał mnie na konsultacje do siebie. Mało co się nie zesrałem ze szczęścia i każdemu w kółko o tym trajkotałem, jaki to ze mnie Baggio i w ogóle, i że niebawem Juventusy i Reale będą się o mnie zabijały.
W dniu konsultacji, dumny i blady zapieprzałem na trening, gdy złapałem kumulację – upierdoliła mnie pszczoła. Nic specjalnego, zwykła taka, tyle że byłem na nią uczulony. Do klubu jakoś dotarłem, ale czułem się fatalnie – miałem gorączkę, dostałem mordy jak bizon, zapuchnięty, dyszący, wyglądałem jak Perepeczko w „13 posterunku”. Nasz lekarz szybko dał mi standardowy zastrzyk, po którym od razu przechodzi, więc jakoś się pozbierałem, popiłem wapnem i dawaj, lekko spóźniony, na trening z Pierwszym. Wbijam na boisko, wszyscy już są, spełnienie marzeń, bo pierwsza drużyna i w ogóle czyli emocje i sraczka. Trochę się czułem nie tego, bo wszystko bolało i miałem nadzieję, że nie będzie mną orał, ale na pewniaka podtruchtałem na koniec ogonka z zawodnikami, że niby już jestem i cześćwszystkim, będę z wami grał. Pierwszy natychmiast mnie przyciął i od razu zareagował:
– Ej, ty… – zawiesił się na chwilę, żeby przypomnieć sobie moje imię i nazwisko, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Przyjrzał mi się uważniej, tej mojej zapuchniętej twarzy i piździe pod okiem z Lublina czy Rybna i się rozpromienił. – Ej, ty, panda, u mnie nie ma spóźnień. Pięć kółek wokół boiska.
Tak że tak. Panda.