Rola

Jakiś czas temu, w przelocie, pracowałem w recepcji w klinice, która zajmowała się naprawianiem ludziom wzroku. Szczegółowa diagnostyka, skomplikowane metody badawcze, sprzęt za pierdyliard dolarów i światowej sławy autorytety w dziedzinie jaskry, zaćmy i tym podobnych. Praca mało wymagająca i raczej nieskomplikowana, więc błyskawicznie opanowałem system pozwalający ogarnąć obowiązki w trzy godziny i resztę czasu buszować po necie, po klinice, po piwnicach, po pomieszczeniach gospodarczych i w ogóle wszędzie. Dość szybko zorientowałem się, że sporą część odwiedzających klinikę podmiotów stanowią starsze osoby z za dużymi portfelami, których sposób funkcjonowania ugruntował się w poprzednim ustroju. Krótko mówiąc dziadki odpierdalały wszystkie numery, na jakie stać jeszcze nie-leciwego ale już mocno zaawansowanego metrykalnie przedstawiciela minionego establishmentu. Za zwykłe załatwienie sprawy raczony byłem niespożytymi zasobami tofifi, kawy, wódki, rafaello, a za odmówienie pomocy w załatwieniu czegokolwiek z powodów formalnych, spotykałem się z konsekwencjami w postaci baterii epitetów umieszczonych w niezbyt życzliwym i zazwyczaj anonimowym donosie, nagranym na sekretarkę przez szmatkę, żeby głos zniekształcić.
Po jakimś czasie zrozumiałem zasady gry i powoli zaczynałem wypełniać się nitrogliceryną, czyli buntem, który wcale nie zamierza czekać na iskrę. Czułem, że prędzej czy później jebnę kwitami, bo dziadki z tym charakterystycznym, protekcjonalnym zaśpiewem i jowialnych mizianiem po policzku mnie wkurwiają pod korek, a poklepywanie po plecach i wtykanie giftu z tym takim, kurwa, mrugnięciem znaczącym, to grzebanie w bombie. Niby miło, ale wiadomo kto jest kim i jakbyś mógł jeszcze, chłopczyku, po herbatkę skoczyć, dwie łyżeczki słodzę.

Bezpieczniki puściły, odpinamy wrotki, to teraz ja zapraszam, jebać konsekwencje.

Pewnego razu szefowa przybytku, żywy pomnik polskiego okulizmu, Główna Okultystka, postać tak znamienita, że jej przybycie do pracy obwieszczał umyślny w stroju pazia na białym koniu i i stu rycerzy ze skrzyżowanymi mieczami, przyjęła do pracy nowego lekarza, doktora O., podmiot kompetentny i zdeterminowany, by zrobić karierę w naszej klinice, wschodzącą gwiazdę świata okulistyki i Wielką Nadzieję Zaćmy. Niestety, start w nowej pracy zaczął od postrzelenia się w stopę, czyli zadzwonił, że się spóźni, albowiem utknął w czymś i będzie się przebijał opłotkyma, ale nie wie za ile mu się to uda. Zerknąłem na listę zapisanych do niego pacjentów i trochę zbladłem, bowiem okazało się, że na pierwszy ogień przybył kolunio starszy od węgla, ale dość mocno zakotwiczony w onegdajszym systemie, któren z przytupem wprowadził był go raczył do pierwszej setki Wprostu, co oznaczało w skrócie, że rzeczony podmiot liryczny przywieźli ochroniarze w szczerozłotym bentleju uprzednio zablokowawszy ruch lotniczy na Okęciu. Wleźli do poczekalni w dwudziestu, a za nimi, jak na defiladzie, weszła Jego Wysokość Pan Ślepnący Milioner z Pierwszych Stron Gazet, otoczony wianuszkiem doradców, którzy wyglądali tak samo i mieli nesesery.

Tacy ludzie nigdy nie czekają. Nigdy.

Postanowiłem dźwignąć temat i improwizować czyli zwietrzyłem swoją szansę na wrotek odpięcie. Czym prędzej udałem się do gabinetu Doktora O. i wzułem na siebie wszelkie dostępne atrybuty wybitnego okulisty – biały kitel, tę taką latarkę czołówkę z lusterkiem, sto wzierników do każdej kieszeni, chodaki, kurwa, nawet stetoskop niedbale sobie przez szyję przewiesiłem i nieczytelnie się podpisałem na jakiejś starej recepcie. Tak uzbrojony zaprosiłem pierwszego pacjenta, Jego Milarderowatą Wysokość, wraz z umyślnymi, do mojego tymczasowego królestwa. Zanim magnat zaszczycił mnie swoją uwagą, tłumek przydupasów jął mi wyłuszczać szczegóły zawiłej choroby, która podstępnie zaatakowała oczy pryncypała, okraszając każdy jej aspekt stosowną dokumentacją sukcesywnie wyciąganą z kolejnych neseserków. Wyciągali i wyciągali, było tego tyle, że prawie natychmiast skończyło mi się biurko, więc zaanektowali kozetkę obok i konsekwentnie wyjaśniali w czym rzecz. Nie miałem pojęcia o czym oni do mnie w ogóle mówią, ale czoło marszczyłem jak jakiś Religa, fachowo w chuj. Chwyciłem za te ich papiery i próbowałem cokolwiek wywnioskować, ale nie rozumiałem dziewięćdziesięciu procent zamieszczonych tam treści – angiografia indocyjaninowa płynnie przechodziła w trabekuloplastykę zza której wychylała się chytrze mikroperymetria. No ja pierdolę, kto im to wymyślał, nie czarujmy się, ja bym nawet nie umiał głośno tych nazw wymówić, a co dopiero wiedzieć co z czym do czego przymierzyć. Wyglądało po prostu na to, że facet ma z tym swoim wzrokiem przejebane i nie za bardzo da się coś zrobić, no w każdym razie ja na pewno nie będę w stanie mu pomóc, bo jestem lekarzem od, kurwa, trzech minut.

Postanowiłem zatem zagrać na czas, więc fachowo przewracałem oczami i ćmokałem przy każdej nowej informacji, ale te napływały z neseserków w jakimś posranym tempie i sytuacja powoli zaczynała wymykać się spod kontroli. Plan miałem tylko do momentu przebrania się i nie spodziewałem się, że kolejnym krokiem będzie pływanie w akwarium z aligatorami – dotarło bowiem do mnie, że jeśli niczego zaraz nie powiem, to te jego schaby, co stoją za drzwiami i chuj wie co ochraniają, otworzą ogień. To już nie była improwizacja tylko walka o życie, nie byłem pewien, czy przypadkiem nie przeszarżowałem troszeczkę z tą inscenizacją.
Dobra tam, szybko się otrząsnąłem, nie ma co się poddawać czarnym myślom, ta szklanka jest do połowy pełna, co ja się martwię, przecież jestem lekarzem, mam chodaki i stetoskop, to się nie może nie udać. Z pięć minut jeszcze posłuchałem co oni tam pierdolą – wykorzystując ten czas na przygotowanie się do roli życia, czyli profesjonalne zaznajomienie się z wieloletnią historią choroby i precyzyjną diagnozę – po czym odchrząknąłem z całą mocą wyimaginowanego autorytetu wychylającego się zza kitla i stanowczo oznajmiłem: „Podejrzewam jęczmień”.

Nie przeszło.

3
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Młaxpiliwnowa Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
iwnowa
Gość

No nie powiem odważny to był ruch, żeby wdziać ten kitel i zawiesić sobie stetoskop i wdziać chodaki … I strzelić do nich tym jęczmieniem. :) Mam nadzieję, że jakoś jednak doczekałeś na przybycie lekarza na białym hmmmm rumaku i on jakoś uratował sytuację. :)

xpil
Gość

Jakby nie doczekał to byśmy teraz nie czytali blogu. Tak że tego, ten ;)

Mła
Gość
Mła

pytanie,w jakim stanie doczekał…