Ślimak

Kilka dni temu wpadłem na ulicy na laskę, która wichurę mi w trzewiach uczyniwszy, zostawiła ze szczęki opadem i numerem telefonu romantycznie wymazianym czerwoną szminką na rękawie. No dobra, bez szminki było, po prostu mi go podyktowała, ale jąłem się żarzyć od wewnątrz, bowiem podmiot ów licem dysponował olśniewającym, a i kibić miał ze wszechmiar do podbojów zachęcającą, toteż wyobraźni używając zatopiłem się w rozważaniach nad strategią kolonizacji jej dziewiczych rejonów i imieniem naszego ewentualnego potomka marki Edek. Czyli jak randka, to wiadomo – mydło, szampą, laczki i dresik w kant, coby siary u Basiury na obiekcie nie odjebać.

Wylawszy na się liter diora, ruszyłem ku przeznaczeniu czyli na randewu z Kają czy Mają, odjebany jak woźna na dzień nauczyciela. Ponieważ mżyło, siąpiło i niebo dżdżu nie skąpiło, to kicałem między kałużyma jak ta sprężyna co sama po schodach schodzi, gdy nagle, na chodniku przed sobą ujrzałem armageddon – jakieś dwa miliardy ślimaków, wilgocią zachęcone, wyruszyły bez ładu i składu na wycieczkę dookoła świata ze szczególnym uwzględnieniem trotuaru i ulicy, po których ruchem konika szachowego usiłowałem przedostać się ku strefie bikinium mojej wybranki, matki niebawem Edwarda. Ręce mi opadli, bowiem mięczaki nie wyglądały na zbyt ogarnięte w kwestii przepisów kodeksu ruchu drogowego i bezceremonialnie tarabaniły się na rzeczony chodnik i jezdnię, nieświadome mieczu Damoklesa, któren był zawisł nad nimi w postaci dziesiątek bezrefleksyjnie toczących się opon lub chaotycznie stąpających butów.

Dobra tam, chuj z tą całą KajączyMają, trza te miękkie gałgany ze świderkiem na plecach jakoś ogarnąć, więc kucnąłem i zacząłem jednego po drugim transportować na skwerek w zieloność. Oczywiście jednocześnie pod nosem mruczałem do nich, trochę odęty, że mi wieczór z lekka spierdoliły, bowiem chuć mnie zżerała, a KajaMaja powoli oddalała się w niebyt, gdyż ślimaków było na chodniku po horyzont i nie zanosiło się na to, bym w tym roku misję ukończył. Moje wysiłki nie uszły uwadze trzem sebiksom z drugiej strony ulicy, którzy w niewybredny sposób skomentowali mruczące proślimacze działania. W normalnych warunkach pewnie bym olał, ale jakoś tak żal mnie wypełniał za kajkowymimajkowymi gaciami, do tego ubabrany już byłem od tego klęczenia na mokrym i plecy mnie bolały, więc kazalem się im odpierdolić, bo wprawdzie motorycznie to może i górują nad ratowanymi mięczakami, ale intelektualnie to raczej nichuja. Sebiksy się zagotowały i ruszyły na skuśkę przez dwa pasy, żeby mnie wyjasnić i dopiero wówczas do mojej zaślimaczonej świadomości dotarło, że jestem sam a ich trzech, a wartość militarno-bojowa dwóch miliardów ślimaków jest raczej znikoma, z uwagi na ich marginalną mobilność. Czułem jednak ich gorące wsparcie, toteż niewiele się zastanawiając, zzułem okrycie wierzchnie i wyszedłem naprzeciw, by się przywitać cegłą, którą dojrzałem przy studzience i która wydawała się nieco bardziej kompetentnym sojusznikiem niż przyjaciele w skorupkach.

Traf chciał, że całą tę sytuację obserwowała, z pobliskiej bramy, grupka rezydentów miejscowej siłki, z którym onegdaj na huki poszło, bo się przyczepili do mnie o to, że się autem od przeprowadzki na ich podwórko wbiłem i mieliśmy tyleż niewyjaśnione co napięte stosunki, bo im też naonczas kazałem się odpierdolić. Wyszli w sześciu z tej bramy, wychodzili i wychodzili, bo wszyscy kwadratowi i po dwa metry, a ich wódz wprawdzie najmniejszy, ale cynkówka i mgiełki pod okiem wytatuowane i chód taki resorowany, widać, że z paru pieców chleb wcinał i raczej na szychcie nie pękał. No to kombo, pomyślałem przełykając ślinę, będzie kurwa lincz, ale chujtam, ilu się da zabiorę ze sobą, jedziemy panie zielonka z tą imprezą, ślimaki za mną!

I tu, kompletnie z dupy, nastąpił nagły zwrot akcji, bowiem oczaty postanowił dobitnie przedstawić swój punkt widzenia na zaistniałe okoliczności.
– Co jest, kurwa, cwele?! – ni to się wydarł ni wycedził zdecydowanie nie w moim kierunku. – W garach się pojebało?!
Sebiksów wryło, mnie zresztą też.
Nagle, na środku ulicy stanęło dziesięciu chłopa, z czego sześciu było napompowanymi kulomiotami, trzech zdębiało, a tylko ja bez koszulki. I dwa miliardy kibicujących ślimaków.
Jeden z sebiksów wyhuczał coś z dupy o nietwojejsprawie, ale zgasł momentalnie, jak wyłapał sierpa od neardentala w bluzie z orzełem. Zanim zdążyłem pomyśleć „co tu się….?!”, to schaby poskładały sebiksów manualnie jak Rubik kostkę. Latały te sebkowe dresiki po całej szerokości ulicy, jakby ich ktoś do kombajnu wrzucił, wszystkie zaliczyły twarde lądowanie z pominięciem strefy zgniotu, aż w końcu cały ten jazgot ucichł tak szybko jak eksplodował, w ułamku sekundy. No Grunwald, kurwa. Grunwald.
Ten z tatuażem pod oczami pierwszy się otrzepał z resztek po jatce i popatrzył na mnie.
– A ty co się tak kurwa gapisz?
Wypuściłem głośno powietrze.
– Pijesz? – nie spuszczał ze mnie wzroku. Chyba mniej bym się zdziwił, gdyby zapytał o iloczyn pola podstawy oraz wysokości graniastosłupa. Kiwnąłem głową.
– To chodź! A wy, kutasieryje, teraz… – Oczaty rozejrzał się po rozsypanych sebiksach i ad hoc postanowił zorganizować im wieczór – …elegancko powyzbieracie wszystkie ślimaki z całej ulicy i to, kurwa, na pazurkach! – i gestem nie znoszącym sprzeciwu skinął na mnie. – Dawaj!

No i koniec końców, zamiast zaprzyjaźniać się z łonem KaiczyMai, najebałem się z moim nowym kolegą oczatym Marcelem i spółką w bramie niedaleko od domu.
– Ty, ziomek, też miałes wpierdol obskoczyć – Marcel, gdy mógł jeszcze mówić, to postanowił rzucić światło na przyczynęiskutek. – Ale ta moja powiedziała, że jak w ciąży była, to jej kiedyś wózek i zakupy wtargałeś na trzecie piętro i że normalny jesteś.

No to brzdęk, zdrówko, a sebiksy w tym czasie wszystkie ślimaki przeniosły na skwerek.