Sprzęgło

Jak byłem mały uwielbiałem się ścigać. Rywalizować. Pokonywać. Wygrywać. I w ogóle startować we wszystkich możliwych konkurencjach, bo to święte prawo dziecka. Najbardziej wymiernym czynnikiem, który determinował te moje wyścigi, był czas. Wkurwiało mnie strasznie, że wszyscy są tacy nim zesrani i że wszystko się kręci wokół chronologicznego terrorysty. Miałem wtedy takie, ciągle powracające przy okazji kolejnych walk, marzenie – by ograć czas na jego własnym terenie, zdmuchnąć ten gówniany uśmieszek z tarczy zegara, wymyślić inny sposób przemieszczania się po następujących po sobie wydarzeniach. To była prawdziwa obsesja każdego zadania, z jakim się mierzyłem. Z łatwym do przewidzenia skutkiem.

Teraz największą przyjemność w pisaniu daje panowanie nad czasem. Gdy opowiadam jakąś historię, nie muszę przyspawywać się do chronologii, nie muszę dbać o monotonną liniowość kolejnych zdarzeń, mogę je układać jak puzzle, przestawiać, zamieniać miejscami, spłaszczać, rozciągać. Sięgać pięć minut w przyszłość i skakać dwa lata w przeszłość w jednym zdaniu. Wracać pamięcią i wybiegać w niepamięć. Lepię sobie te historie z okruchów, którym nadaję znaczenie tylko ja, a nie dwunastostopniowe kółko na ścianie. Środkowy palec, złamasie, wygrałem.

***

Cztery miesiące kąpieli w szarości, z buksującym ABS-em w głowie, pozbawiłoby witalności nawet zaburzonego dwubiegunowo psychopatę. W fazie maniakalnej. Z ADHD. Wreszcie słońce odgrzebało łopatą zaspę z chmur i chlusnęło światłem. Potrzebowałem tych luksów jak garbaty-kulawy-leworęczny-czarny-homoseksualny-rudy-karzeł-pochodzenia-semickiego tolerancji wśród neonazistowskich członków Ku-Klux-Klanu. Siadłem sobie na schodkach na klatce, a sąsiadka, która co rano wtarabania się do mnie na poranną kawę przed naszą pracą, oświadczyła, że czuje się jak motyl. Bo się wszystko w niej lata. Uśmiechnąłem się, sieknęliśmy po kofeince i polazłem do sklepu Pani Fretkowej po drugie śniadanie. Przy regale z chlebami jakiś szczurowatopodobny świstak przywalił mi drzwiami lodówki, zaaferowany wydostawaniem zawartości. „Ostygnij kolego”- pomyślałem a „Kurwa” – wysyczałem. Lub na odwrót. Świstak ani „przepraszam” ani „niechcący”, tylko coś powarczał, obficie emitując ślinę, i potoczył się do kasy. Dobra tam, ważne, że jest słońce, świstaki anonsują wiosnę, nie ma się co napinać. Zapłaciłem, uśmiechnąłem się do Fretkowej i pogwizdując podreptałem zarabiać.
Po południu umówiłem się ze znajomym mechanikiem Jurkiem, że mu podrzucę autko, bo coś tam sprzęgło chrobocze. Jurek zadzwonił „za pięć dwunasta”, z pytaniem, czy nie moglibyśmy się zderzyć na ulicy P. w osiedlowej knajpce D., i tam dam mu kluczyki i auto i w ogóle, bo on testuje inny samochód i tak mu będzie najwygodniej. Dobra, co za różnica, może być i na księżycu, tylko żeby naprawił to cholerne sprzęgło. Bo chrobocze. Podjechałem na miejsce, chwilę przed czasem i zaparkowałem naprzeciwko. Wokół panowały klimaty cokolwiek orientalne, było cholernie daleko od stwierdzenia, że dzielnica poradziła sobie z przestępczością i całkiem przypadkiem można by było, w afekcie, otrzymać jedenaście ciosów nożem. W okolice otrzewnej. „Pewnie tu będą kręcić dokument o Łomiarzu Skadśtam” – pomyślałem proroczo i poszedłem w kierunku knajpki. Mimo niezbyt sprzyjających okoliczności topograficzno-społecznych nie spodziewałem się specjalnych kłopotów, aż do momentu, w którym, przed wejściem, zobaczyłem …znajomego świstaka-pogromcę-lodówek, w towarzystwie trzech kolegów. Wszyscy, kurwa, luźni jak na bok daszkiem kaszkiet.
Teraz czas się rozciągnął, bo wydarzenia zaczęły dziać się wszystkie naraz. Najpierw zadzwonił telefon – to był Jureczek informujący, że „się pięć minut pośliźnie”. Dokładnie w momencie, w którym odebrałem połączenie, Ekipa Świstaka ruszyła ku mnie, machając rękami i coś pokrzykując. Nie byłem w stanie ich zrozumieć, bo słabo dzielę swoją uwagę, a ta była zogniskowana na rozmowie z mechanikiem, więc tylko wizualnie starałem się ich rozkodować. Wyszło mi, że szarżują, więc, niewiele się namyślając, z telefonem przy uchu, uderzyłem pierwszego, najwyższego świstaka, na ślepo, więc trochę niezbornie, w szyję i z głośnym „Wypierdalać!” wpadłem do knajpki i zabarykadowałem za sobą drzwi. Wciągnąłem z sykiem powietrze, odwróciłem się i z lekka zdębiałem. Knajpka pełna ludzi, wszyscy maksymalnie eleganccy, garnitury, suknie koktajlowe i w ogóle, nakrycia na wysoki połysk, do tego dramatyczna cisza i wszyscy, ale to wszyscy! się na mnie gapią. Tak świdrująco. Dobra tam, wściekły byłem, więc przedefilowałem, klnąc pod nosem, przez cały lokal, odprowadzany przez wszystkie, ale to wszystkie! spojrzenia i dotarłem do baru, za którym stał, z rozdziawioną buzią, barman. Sądząc po aparycji członkiem Mensy raczej nie był. Za to gabarytowo mieścił się gdzieś między słoniem afrykańskim a masywem górskim na Uralu . Szybko oceniłem – ma pierdolnięcie.
– Ty, koleś! – ryknąłem do niego. – To normalne, że przed wejściem do waszej knajpy jakieś dresy zaczepiają klientów?!
– Ale, że co… – zaczął, rozglądając się niepewnie na boki.
– …gówno! – bezceremonialnie mu przerwałem. – Chodź ze mną to zobaczysz!
I ruszyłem z kopyta z powrotem do drzwi. Gigant posłusznie ruszył za mną, odprowadzany wzrokiem przez wszystkich, kompletnie zdezorientowanych, zebranych. Wszystkich. Dotarliśmy do drzwi, chwilę poszarpałem się z zamkiem i wypadłem na zewnątrz. Świstaki, zaskoczone, stały zbite w kupę przed lokalem, wyraźnie poruszone.
– I co teraz, leszcze kurwa?! – huknąłem wściekły. – Może teraz macie coś do powiedzenia?!
Wszyscy obecni – człowiek-słoń, Świstak i jego ekipa – wymienili porozumiewawcze, cholernie zaskoczone spojrzenia.
– Przepraszam pana bardzo – zaczął wyraźnie zażenowany całą sytuacją góropodobny barman – ale my tu kręcimy film…..
Moja mina powiedziała wszystko.

***
Po wszystkim, gdy już doszliśmy do siebie i wyjaśniliśmy sobie całą sytuację, barman-aktor powiedział mi, że dzień wcześniej cała ekipa dramatycznie się spiła i był święcie przekonany, że scena ze mną była przygotowana przez reżysera, tyle, że on, aktor, zgubił gdzieś ten kawałek scenariusza. Postanowił więc szyć na żywca i grać pod to, co widzi. Reżyser myślał w pierwszej chwili, że to scenarzysta wprowadził poprawki i moje wejście było zamierzone, a scenarzysta uważał, że ta nowa scena to wymysł reżysera. A Świstak z kumplami należeli do zespołu technicznego.

17
Dodaj komentarz

avatar
12 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
aniaMoVulgaryzatorAnonymousBartek Biernacki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonymous
Gość
Anonymous

Uwielbiam, po prostu uwielbiam!

Anonymous
Gość
Anonymous

Napisz coś, please

Anonymous
Gość
Anonymous

Absolut, Chapeau Bas, przeczytałam cały, zarwałam nockę. W dzień wróciłam do fragmentów mi bliskich. Czujemy bardzo podobnie, tyle że Ty potrafisz to opisać. Dziękuję, że mogłam przeczytać przetrawione i nazwane. Bardzo inspirujące. Magdalena

Bartek Biernacki
Gość

Cholernie miło jest dostawać takie komentarze, dają kopa. Dziękuję.

Anonymous
Gość
Anonymous

Ja również dziękuję :) cholernie miło jest czytać blog, w którym można się odnaleźć, nietuzinkowy i daleki od plastiku. Ukłon w stronę inteligentnie złośliwego poczucia humoru, zawsze mnie to „jara” w mężczyznach ;) pomiędzy geniuszem a troglodytą. Powtórzę się, Jesteś bardzo inspirującą osobą. Z zapartym tchem. Magdalena

Anonymous
Gość
Anonymous

Wyślij sms o treści „jeden” jeśli uwazasz, że Magdalena…. Ament.

Bartek Biernacki
Gość

Trochę nie wiem jak zareagować na tak okazywaną fascynację tym co piszę. Bo, bez wątpienia, to kapitalny sposób na łaskotanie ego, to prawda, z drugiej jednak strony znam sporo napompowanych pychą świetnych-twórców-o-cholernie-krótkich-fiutach-w-złotych-oprawkach-zachwytu. Wolałbym nie wyrżnąć ryjem o przekonanie, że jestem taki KurwaZajebisty.
Piszę. To jest świetne. Mnie wystarczy ;)

Anonymous
Gość
Anonymous

Jak rozmawialismy na planie to niczego nie powiedziałeś. Jak coś twojego przeczytam, to zupełnie inny człowiek.
To kim ty jestes, Kierowco?

Bartek Biernacki
Gość

Bo nie bawią mnie wasze chujowe środowiskowe żarty z dziewczyny, która pierwszy raz była filmowana i to, że liżecie sobie dupy, gdy macie interes. Teraz wystarczająco wyraźnie?

Anonymous
Gość
Anonymous

W trakcie zdjęć mówiłeś dokładnie to samo :-) Piszesz fajnie ale poza tym niewyraźnie cię słychać

Bartek Biernacki
Gość

nikim.

Anonymous
Gość
Anonymous

No dobra Paniusiu, trochę to już skandaliczne, końcówka marca, śniegi topnieją, na fb zamieszanie, że posty, że zapraszam i te wszystkie rzeczy, człowiek wchodzi, a tu kuźwa od miesiąca nic nowego. Wszystko rozumiem, że dla siebie, że przyjemność z pisania, że doba się nie rozciąga.. Ale do cholery, co to spragnionych i wiernych czytelników obchodzi? Czekam!

Anonymous
Gość
Anonymous

Kuźwa to i tak lepiej niż łapcie…z całym szacuneczkiem. A poza tym kuźwa to kuźwa – nie drąż.

Bartek Biernacki
Gość

Dzięki, z lufą przy skroni dużo swobodniej się pisze ;)
Zamar(z)łem chwilowo a w głowie, zamiast literek, echo.
Kto jeszcze mówi „kuźwa”?

Vulgaryzator
Gość

taaaa, a świstak siedzi, bo sreberka były kradzione z kuchni babci Fridy. a Eldath dalej będzie jeździć walcem. używasz sobie tej pani wyobraźni ładnie…

Mo
Gość
Mo

Miodzio!

ania
Gość
ania

hihi – dobre :-) i nie przywalaj ryjem w żadne przekonania. Bądź sobą i pisz dalej )))) a swoim czytelnikom pozwól na szczerość w wyrażaniu opinii. No podoba się nam i już :-)