Świąteczny dzwon

Otworzyłem oczy.
Leżałem twarzą na czerwonym śniegu, z odbitymi płucami, pękniętym bębenkiem i głową jak sklep Auchan w Piasecznie – bo i duży i bez sensu – i kątem oka gapiłem się jak w moją stronę frunie wielki jeleń. Albo renifer. Trochę niezbornie i z zaplątanymi kopytkami, ale w końcu to jeleń-albo-renifer, więc raczej trudno oczekiwać wdzięku baletnicy podczas lotu. Wszystko mnie bolało tak, że nie mogłem się podnieść i w ogóle ruszyć, ale wzrok działał jak żyletka, tyle, że jakby w zwolnionym tempie. Świat tonął w kiślu. Wielki jeleń-albo-renifer unosił się nade mną w powietrzu i, majtając kopytkami, sunął w moim kierunku. Wokół niego skrzyły się kolorowe płatki śniegu – co za bajkowy widok! – a ja miałem wrażenie, że zaraz zobaczę brodatego jegomościa w czerwonej czapce, z workiem prezentów i charakterystycznym „Ho, ho, ho !”.
Mrugnąłem.
W ułamku sekundy jeleń-albo-renifer zaczął opadać, tak raptownie jakoś, bez kierunku, po czym walnął z impetem o ziemię aż jęknęło. Trzydzieści centymetrów od mojej głowy.
***
Siedem minut wcześniej odkręciłem korek wlewu paliwa na stacji benzynowej i poiłem Szerszenia oktanami. Chłeptał i chłeptał a ja stałem obok i zacierałem ręce, bo dłonie zgrabiały od dojmującego zimna. Rękawiczki, zapomniane, wygodnie wypoczywały w domu. Szerszeniowi się odbiło, więc wyciągnąłem węża i poszedłem zapłacić. Po chwili znowu siedziałem za kierownicą i próbowałem zapiąć pasy, ale przemrożone palce nie bardzo dawały sobie radę z mechanizmem. „Później” – pomyślałem i pogalopowałem gonić czas. Jechałem sobie przez las, trochę szybko, bo stopy zmieniły stan stężenia, skostniały na kamień i marzyły, bym wreszcie klapnął przed kominkiem. Pusta droga, wokół drzewa, trochę ślisko ale ciągle przyczepnie i tylko z tyłu majaczyły światła innego spóźnionego gościa, który gnał, uczepiony wiernie mojego ogona. Nagle znikąd, czyli z lasu, na środku drogi pojawił się wielki jeleń. Albo renifer. Zajmował całą szerokość jezdni więc szans na jakikolwiek manewr, który pozwoli nam się z godnością wyminąć, nie było żadnych. „Trudno” przeleciało mi przez głowę, i gwałtownie majtnąłem kierownicą w prawo. Szerszeń błyskawicznie zareagował na majtnięcie i wpadł w ruch wirowy, ominął zawalidrogę, wypadł z drogi i z gwizdem ruszył na spotkanie z drzewem. Tuż przed nim odbił się od ziemi, wyrzucił mnie z siebie jak kukiełkę z Guliwera, i koncertowo wpakował się między pniak a rozwidlony konar. Ja tymczasem kontynuowałem swoją pinokiowatą podróż już bez Szerszenia, kręcąc fikołki w powietrzu i rytmicznie się odbijając. Z każdym fikołkiem stopniowo wytracałem prędkość i w końcu, trąc brzuchem o ziemię, zatrzymałem się u stóp nasypu oddzielającego drogę od lasku.
Otworzyłem oczy.
Leżałem twarzą na czerwonym śniegu.

Facet za mną przypieprzył w jelenia. Albo w renifera.

  • Anonymous

    Nowy adres odwzorowuje Panski styl. Dodaję do ulubionych oczywiście

  • dzięki

  • Anonymous

    To nie jest prowokacja polityczna, ale…ten blog jest taki…. CZARNY.

  • Użyj wyobraźni ;)

    • Anonymous

      Przy Twoich wpisach wyobraźnia pracuje sama i jakże się cieszę, ze layout się zmienił! Jest szansa, że wraz z zainteresowaniem twórczością przeniesie się ze starego adresu również mój sentyment :)

  • dziękuję, mam nadzieję, że ta (r)ewolucja korzystnie wpłynie na zainteresowanie twórczością i transfer sentymentu ;-)

  • Mo

    Szkoda łosia. Panu wyrazy szacunku i współczucia jednocześnie.

  • ania

    szkoda zwierzaka….

  • Filip Grenda

    Czytam blog, podoba mi się, znajduję podobieństwa i małe prawdopodobieństwa. W wigilię walnęliśmy w drzewo, w 2012.