Szerszeń

Miałem w życiu kilka furek, bo odkąd pamiętam lubiłem kręcić fajerą i majtać wajchą, gwiazdka-niepotrzebne-skreślić. Początek budżetowy, wiadomo, ale z każdym kolejnym modelem budziłem w sobie Vina Diesela, któren szybko i wściekle dowodził, że im gablota bardziej gromka i większy na niej spojler, tym stężenie testosteronu w okolicach bikini szybciej zahacza o tę część rejestrów, którymi interesują się otipsiałe sztunie z miseczkami od E w górę. Pierwsza Łada dupy nie urywała, ale im bardziej na wschód tym łatwiej z nią było, więc nakurwiałem regularnie nad kolano Bugu, do takiej Magdy, która była ochroniarzem na dyskotece, co sporo mówi zarówno o jej wdzięku łamanym na urodę jak i o moich ówczesnych możliwościach reprodukcyjnych. Te były sprzężone zwrotnie z ilością szpachli jaką byłem w stanie zaakceptować w obu przypadkach.
Zatem niektóre z moich wehikułów były w chuj odbajerzone, z łyżwą i parapetem, takaklasyka, i idealnie pasowały mi do dresów i pantofli, z czasem jednakowoż grawitowałem ku komfortowi, który zaczynał się od braku grzyba w klimie i obecności murzyna w kierownicy, a po kilku latach ewoluował w pamięć foteli z masażem i dźwięk fałósemki. Kilka kolejnych lat to zakręty, które drenowały portfel oraz te części mózgu, które są odpowiedzialne za nawiązywanie znajomości i aż w końcu wylądowałem na pomostku z wędką i rybka z kruszcu powiedziała, że mogę spełnić jedno motoryzacyjne marzenie, w miarę rozsądne, czyli nie Aston Martin.

Mój Graal to rudy kwadracik ps. „Parchatek”, dla przyjaciół Szerszeń. U mnie ma dożywocie, bo wszystko w nim jest wypełnione duszą wraz z przyległościami czytaj smarem. Pełnoletniość osiągnął tak dawno, że jak odkręcałem mu wahacze, to na ramie znalazłem malunki mamutów identycznych jak te w Pech Merle. Nie przeszkadza mi to zupełnie w podejmowaniu wysiłków utopienia go po klamki w jakimś grzęzawisku i rozpaczliwych prób przywrócenia mu świetności potem, gdy miłość eksploduje w czwórnasób, bo jak on się stamtąd wydostał, to ja nie wiem. Turlam się nim po okolicy i świecie, bywa, że namajtam się kółkiem tak, że laryngolog sprząta mi przewodzik wyciorem do luf czyszczenia, bo najcudowniejszą wadą Szerszenia jest to, że decybelami lubi wprowadzić właściciela w stan hibernacji. W środku wygodnie jak w Żuku, czyli czad, siedzi się jak na skrzynce po jabłkach, szyby-na-piechotę, a włącznik spryskiwaczy wygląda jak normalny kontakt w domu, ten duży, podwójny taki. Waży toto ponad dwie tony i jak go rozhuśtam na poważnie, to zanim zahamuję, zmienia się strefa czasowa i w zasadzie to ja już śpię. Kocham to pudło miłością dramatycznie beznadziejną, wszystko mu wybaczam, bo ilekroć się nim wytarabaniam na rozstaje czy gdzieś, zawsze mnie uśmiecha i burczy.
Posiadanie Szerszenia wiąże się też ze sposobem spędzania wolnych chwil. Otóż czasem łamane na często włażę pod niego na podwórku i grzebię w bebechach, bo tam do wszystkiego można dojść z latarką, młotkiem, tretytkami, dwoma kluczami, wiadrem smaru i Adasiem, który ma własny warsztat z wiedzą i parchatka kocha platonicznie, co wielokrotnie mu po kielichu wyznawał. Bywa zatem, że tak sobie pod nim leżę i leżę i mocuję, aż przychodzi któryś z okolicznych sztajmesów i mówi, że listonosz mi awizo przy kole zostawil w zeszłym tygodniu, a pani Paulinka, ta od fartucha, już dwa razy wzywała policję, bo zgłosila samobójstwo przez przejechanie, patrz pan, jeszcze nogi wystają, i się okazuje, że już środa, a ja mam dwa tysiące w nieodebranych i trzy dni na debecie.
Dziś znowu wlazłem pod to swoje pudełko na miłość i zagrzebałem się w zawieszeniu, co w sumie sprowadzało się do odkręcenia śrub okrętowych od ramy, bo to przecież normalne, że producent bierze pod uwagę, że jak ktoś ma szerszenia to pewnie go, ni stąd ni z owąd, do morza na rok wpierdoli, żeby zaraz po wyciągnięciu, na cito, do delikatesów po krupczatkę pojechać, bo szarlotka na szymanowskiej to się na chuj nadaje. Toteż całem popołudniem walczyłem z tym zapieczonym żelastwem ze wszystkich sił, mało się nie usrałem, ręce pozdzierałem do krwi i wypsikałem do zera butlę WD-40. Została jedna, najbardziej oporna śrubka i brakowało trzeciej ręki.
Wygrzebałem się spod kółek i zadzwoniłem domofonem po posiłki.
– Myryzygy wjsjcynhdkz kurwa – odezwał się przyjaźnie Adaś, bo nasz domofon zakładał jeszcze Jan III Sobieski, więc czasem zniekształca. Trzeba się wsłuchać.
– Weź no zejdź żesz, bo się męczę z tą śrubą jak Piotr Zelt z testem na ojcostwo, nie wiem, zaspawały ją skarwieńsyny czy co? – retorycznie czułem się mocny. – Ręki mi brakuje, bo tam dojście jakieś takie z dupy.
– Gakadjcycn kdifbrk z kdifnd dopiero i hdhcicnd lewarek i jcnejdudmdmsusn butem h jksnsn. Hdhcudnenk, jdhc uehdtber. – Adaś nie lubił owijać w bawełne i się rzeczowo odniósł do problemu.
– Dobra, to za ile? – zapytałem.
– Kfh idm kdkdkxieh – odpowiedział konkretnie mój kumpel mechanik z drugiego piętra.
– Spoko, to ja czekam. Aaaa, i WD przynieś, bo to inaczej się nie da.
Po dziesięciu minutach Adaś, zgodnie z tym jak się umówiliśmy, przyszedł i przyniósł WD.

Śruba tkwi jak tkwiła, a nam się urwał film.

  • Maciek D

    WD! WD!!!
    Mistrzu!

  • Obserwator

    Znaczy przyniósł TĄ WD?