To nie ja

Uwaga! Czytać z przymrużeniem oka.

No dobra, to od początku.
Wyszedłem z pracy, jak zwykle, nos pierwszy, potem reszta, trochę skrzypiąc – to normalne przy niedoborze snu – i podreptałem na przystanek, ten mój, nieopodal, on się chyba nawet nazywa Nieopodal, ale głowy nie dam, tak czy siak jest mój i niedaleko jest, więc nazwa pasuje. A na nim młody jegomość, gabarytów rozległych w każdym elemencie – miałem wrażenie, że każda jego część ma osobny kod pocztowy – przyozdobionych tam i ówdzie zamaszystym tatuażem lub charakterystycznym logo z trzema paskami i/lub łyżwą, o twarzy, jeśli to twarz była, nieskalanej jakąkolwiek próbą logicznego uzasadnienia „kimże jestem”, oraz świstającej emisji wokalu, składającej się li tylko z monosylab lub przerywników typu „yyyyyy kurwa” lub „kurwa yyyyy”. Podmiot ów wyposażony był w ogromny kark, na którym spoczywała nieforemna głowa (ni to owal ni kwadrat), i na którym to mieścił się złoty łańcuch, taki do wiązania okrętów w Gdyni, przez co dwumetrowa sylwetka pochylała się do nieco przodu, tworząc kształt zgarbionej góry lodowej. Tej samej, która pochłonęła Titanica. Kończyny naszego bohatera nie posiadały kolan i łokci, zatem nie zginały się w żadnym miejscu, zapewne z powodu nadmiaru masy mięśniowej, ale kto go tam wie, może genetyczny eksperyment w rozmiarze XXL nie przewidywał zawiasów. Tak sobie myślę, że gdybym mu wetknął znienacka pod pachy dwa telewizory Rubin, popularne za czasów mojej babci, takie ze stabilizatorem wielkości małej wioski w kujawsko-pomorskim, to by nie zauważył. Jednym słowem – raczej nie absolwent studiów doktoranckich na neurokognitywistyce, a bardziej wydziarany blokers, po wyroku, strzykający przez zęby, w bluzie dresowej. Śliskiej takiej.

Na przystanku pusto, tylko monstrum i ja. Właśnie podszedłem, zarejestrowałem dresową górę lodową i wróciłem do „Mistrza i Małgorzaty”, wygodnie się na przystanku uprzednio wykopyrtnąwszy.
Teraz wypadki zaczęły toczyć się w tempie i szybkim i zaskakującym. Góra w dresie chwilę się na mnie pogapiła, coś tam sobie przeanalizowała, zabulgotała złowrogo, następnie nadała ciału wektor kolizyjny i ruszyła ku mnie. Z jakimś zamiarem. Wyrwania kręgosłupa najpewniej. Zdążyłem tylko zauważyć łapy – jedna wyciągnięta ku mojej szyi, druga zaś zaciśnięta w pięść, sposobiąca się do zadania ciosu, który urwał by mi głowę. Przy samej dupie. Prawie mnie skurczybyk podniósł z mojej ławeczki i przybliżył swoją twarz do mojej. Tu czas zwolnił nagle a myśli moje, gdy sobie tak beztrosko wisiałem w powietrzu, uniesiony przez olbrzyma, poszły w trzech kierunkach, równolegle. Pierwszy to „o rany, jakiż on jest monstrualny!”. Drugi to przypomniało mi się świadectwo z ósmej klasy, zawsze mi się przypomina, gdy następuje zagrożenie życia lub zdrowia. Tu akurat – życia. Trzeci to przekonanie, że nie poddam się teraz bez walki, zaraz bydlakowi wypierdolę bombę w ryj, gówno mnie obchodzi, że złamię sobie rękę, wszystko mi jedno, zdechnę tu czy nie, skurwiel tak czy siak zapamięta to spotkanie. Czas znowu zaczął przyśpieszać. Zacząłem się w sobie zwierać, tak skupiać ze wszystkich sił, żeby z partyzanta rzucić się z szablą na czołg, gdy zobaczyłem kątem oka, że fizis potwora wykrzywia proces myślenia. Znaczy chyba nad czymś intensywnie myślał, bo żelazny uścisk lekko zelżał, a ja niemal widziałem, jak jego obydwie synapsy przesyłają informacje prawie dymiąc. Przyglądał mi się przy tym intensywnie jeszcze przez chwilę, ciągle dusząc, po czym zawyrokował – „To nie ty, kurwa”. I puścił. Wszystko ze mnie zeszło, ręce mi opadły i – uświadomiwszy sobie jak wyglądała cała ta sytuacja – zacząłem się śmiać. Dryblas też się chyba uśmiechnął i mruknął – „Sorry, kurwa, myślałem, że to ty”.
Pierwszy raz w życiu poczułem ulgę, że ja to nie ja.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
ania Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ania
Gość
ania

no tak… czasem bezpieczniej nie być sobą ;-)