Wakacje

Mój kumpel, Paweł, zawodowo trudni się byciem właścicielem bardzo dobrze prosperującej firmy, która odciska ślady. Kontrakty, miliony, spotkania na szczycie i szczytów opicie to dla niego zawodowy standard. Poważny biznesmen w gajerku za równowartość Kotliny Kłodzkiej.
W cywilu za to Pawełek ma nawalone pod pokrywką. Serio, czujniki dymu się włączają jak wpada na pomysł, a bramki na lotniskach piszczą, gdy rzeczony pomysł wprowadza w życie. Tym razem poleciał do Wietnamu na rympał, czyli kompulsywna decyzja we wtorek, że w środę leci, zero sensu, zero szczepień, zero pomyślunku, po prostu miał jakieś tam pieczątki z Tajlandii z tego roku, udało się jedno pod drugie podciągnąć, ktoś klepnął, ktoś inny przybił pieczątkę, Pawcio leci, świat jest łebkiem szpilki.

Po wylądowaniu na miejscu okazało się, że panbiznesmen słabo w jakimkolwiek języku, natomiast świetnie w uniwersalnych sposobach prezentowania myśli na forum, czyli „pijemy do odcięcia a potem się zobaczy jakiego koloru masz skórę”. Po kilku dniach okazało się, że biznesmen Pablo jest miejscową gwiazdą socjogramu, wszyscy go znają i kochają, ze szczególnym uwzględnieniem tych plażowiczów, w których alkoholu krwi nie stwierdzono. Plażowiczem, który sobie Pawełka najbardziej upodobał, był Janek wyglądający jak Bogdan czyli krótkie portki, ogromny brzuch, wąsy i uderzające podobieństwo do miejscowej atrakcji, tapira malajskiego, dziwnej mieszanki konia i skrzypu polnego.
Po trzech tygodniach Pablo zwiedził wszystkie okoliczne wyspy i wśród miejscowych zyskał zaszczytne miano ajronmena. Po części dlatego, że potrafił wlać w siebie wszystko i żyć, ale głównie z powodu wycieczki w samych klapkach – tylko klapkach! – na drugą stronę wysepki po gorzałę, ze świecącym telefonem dyndającym na piersi.

Ostatniego dnia Pawełkowi wszyscy urządzili pożegnanie godne króla, po którym nasz bohater zaległ był zmożon na jakiejś wydmie i stracił wątek. Czyli urwał film i się przewinął dziesięć godzin w przód. Powrót do żywych idealnie zbiegł się z momentem wpychania go do jakiegoś stuletniego pojazdu-w-zamyśle-autokaru, który miał go przetransportować w 7 godzin do stolicy, gdzie po kolejnych 16 godzinach miał mieć samolot powrotny. Zdaniem miejscowych to było optymalne połączenie, więc Pawcio jakoś specjalnie nie oponował. Wielbiciel Janek, wraz z tłumem, pożegnał go soczystym buziakiem w okolice ust i zapewnieniem, że jak wróci to, żeby pamiętał. Ajronmen nic nie rozumiał, ponieważ mentalnie w tamtej chwili przypominał rozwielitkę, więc tylko skinął dłonią upstrzoną jakichś ogromnych rozmiarów sygnetem z dziwnego kruszcu i jął uzupełniać melatoninę. Sygnet był prezentem od Janka, za przysługę, której Pablito kompletnie nie pamiętał.

Podróż zleciała jak z bicza strzelił, ani się pogromca azjatyckich bezdroży obejrzał, jak wylądował w Hanoi. Jakoś się wykaraskał z Vietbusa i ruszył w kierunku lotniska. Po dotarciu na miejsce, ostatkiem sił nadał bagaż i, ustawiwszy budzik w komórce, wykopyrtnął się w ichniej poczekalni, by stracić sobie spokojnie przytomność-czytaj-zasnąć.

I wtedy Pawełkowi wrócił film. Nie cały, w zasadzie tylko jeden wątek, ale wystarczyło. Otóż przypomniał on sobie, że poprzedniego dnia, podczas uświęcania promilami procedury swojego opuszczania przyjaznego azjatyckiego państwa, jego najbliższy naonczas przyjaciel Janek aka Bogdan, którego Pawcio widział dwa razy w życiu, zapakował mu do bagażu ziółka na wątrobę dla swojej mamy. Z komentarzem, że jak Pablo doleci, to mamusia zadzwoni i rzeczone ziółka odbierze.
Zimny pot zlał skronie podróżnikaprzemytnika, bo w Wietnamie transferu środków powszechnie uznawanych za odurzające raczej nie tolerują. Do odlotu pozostało 15 godzin, bagaż nadany, nie ma żadnej możliwości, by podjąć jakiekolwiek działanie, a do tego całe lotnisko wypełnione jest wojskowymi pilnującymi, w asyście psów, porządku na obiekcie. Szybki skan alternatyw przywiódł rezolutnego Pawełka do wniosku, że jedynym działaniem, jakie podejmie, gdy podejdą – a podejdą zaraz na bank! – będzie skok przez okno i próba przedarcia się do domu przez zieloną. Bo w opozycji do tego pomysłu stała perspektywa dożywocia w wietnamskim więzieniu, czyli poruchają z dziesięć lat i do piachu, więc nawet jeśli będzie się przedzierał manualnie przez granicę, jak jakiś Yeti-człowiek-gór czy coś, to przynajmniej da sobie szansę. No bo co powie?! Że to nie jego, tylko takiego Janka, krzyżówki tapira z Bogdanem, którego nazwiska nie zna?!
W ciągu tych piętnastu godzin strażnicy-żołnierze podchodzili do Pawcia kilkanaście razy i za każdym razem Pawcio był o krok od wypierdolenia na pełnej epie przez okno, ale jakoś nic się nie działo. Podchodzili, coś gadali i odchodzili, a nasz bohater przestawał ściskać urwaną w międzyczasie poręcz.
W końcu wsiadł do samolotu i bez przeszkód doleciał do Frankfurtu, a stamtąd, niemal z marszu, do Polski. Większą część lotu spędził w kiblu pozbywając się zawartości swoich trzewi na wszystkie możliwe sposoby. Na Okęciu odjebało mu ze szczęścia, został papieżem, bo zaczął całować płytę lotniska i obściskiwać przypadkowych ludzi i w końcu, nie niepokojony przez nikogo, bezpiecznie dotarł był do domu.
***
Janek-Bogdan faktycznie przesłał mamusi ziółka na wątrobę. A Pawełek w ciągu tych kilkunastu godzin osiwiał na skroniach.

  • Całą historię przeczytałam z zapartym tchem. Ach te emocje :)

  • każdy Twój tekst jest najlepszy!

  • Kozackie w opór!!

  • Magdalena Stręk-Zachuta

    Świetny tekst. Naprawdę świetny

  • Katarzyna Głowacka

    Zobaczyłam wszystko! Zwłaszcza te klapki i telefon na piersi…całuję dłonie autora!

  • iw

    Cudna historia! :)))
    Głupi to jednak czasem ma szczęście – zupełnie bez powodu. Jeśli Pawełek robi tak samo interesy, jak wycieczki, to jest nieobliczalny, ale to czasem może mieć genialne efekty! :)
    pozdrowienia

  • O matulu, co Ty bierzesz, że tak piszesz!
    Rewelacja. Widziałam włosy na klacie Bogdana.

  • klasyczna

    Karwasz, warto jednak być niepijakiem, nawet w rodzimych pieleszach o egzotyczmych nie wspomnę.

  • Anka Przyłuska-Monica

    Bogdan to wypisz wymaluj sąsiad-z-naprzeciwka! Skóra zdjęta normalnie!