Wirus

Jesteśmy wszyscy zalewani ogromną ilością informacji na temat niemiłościwie nam panującego wirusa. W ogromnym odsetku wiadomości te pogłębiają chaos, bowiem nie mają umocowania w wiarygodnych źródłach. Ot, informacja immunologa pomieszana jest z wiadomościami od ciotecznego brata strusia babci Pawła spod ósemki, którego ojciec chodził do szkoły z takąMoniką, której sąsiadka chciała iść na medycynę. W związku z tym nie zawsze wiem, kto wie, że wie, a kto nie wie… zresztą, zaraz do tego wrócę.

***

Jak byłem mały, to dużo czytałem. To był fajny wytrych do drzwi w wyobraźni, który pozwalał mi na odpięcie wrotek i znikanie z prędkością wielu miesięcy na godzinę. Tak naprawdę to miałem kompletnie popierdolone kable na strychu, których spięcia owocowały hiperaktywnością i chorą dystrybucją dopaminy, czyli przepis na klauna lub przestępcę, gwiazdka niepotrzebne skreślić.
W rzeczywistości wciąganie książki za książką to była kompulsja, albowiem literki były jedyną strukturą, która przynosiła ulgę i pozwalała opanować chęć bycia w trzydziestu miejscach naraz. Czytałem, żeby uspokoić wiatrak w głowie, który zasysał z rzeczywistości losowe wydarzenia, chwilę mielił, mieszał z jakąś aktualnie pochłanianą fabułą i, gdy stawałem naprzeciw facetki od matmy, to nie byłem do końca pewny czy to nie jest kurwa smok przebrany za szpiega z emajsiks, który usiłuje wyciągnąć ze mnie tajne szyfry. Zasznurowywałem się wówczas czym prędzej w sobie i ze wszystkich sił starałem się nie zdradzić nawet cyferki. Siadaj, pała. A to oznaczało, że dźwignąłem presję i się nie rozprułem. Wracając do ławki to się z tych pał nawet cieszyłem, miały w sobie coś ze sznytów. Za to po wywiadówce w domu parę dni pachniało spalenizną.

Na szczycie mojej listy ulubionych pozycji znajdowały się wówczas kryminały, którymi raczyłem się jak Stachursky światłem z piramidy, niestety, wbrew woli protoplastów, których życzeniem było, żebym ogarnął biologię, historię i tę jebaną matmę. W efekcie dom mój zamienił się w labirynt, w którym z makiawelicznym zacięciem ukrywałem kolejne literackie pozycje i zagłębiałem się w lekturę rzeczonych, gdy nikt nie patrzył. Kibel, balkon, pralka, różnie. Konsekwencją takiego stanu rzeczy było kompletne poplątanie wątków, bowiem w szczytowym momencie miałem rozgrzebanych kilkanaście kryminalnych powieści i ni chuja nie wiedziałem kto wie kto wie a kto wie kto nie wie i kto nie wie kto wie, a ten kto wie, że wie nie wie, że ten kto nie wie, to wie, że ten co wie, to wie.

***

I teraz nie chodzi o to, że się znam, że wiem. Głównie to nie wiem, cholernie dużo nie wiem. Ale myślę, że trudno jest wszystkim i każdy kanalizuje lęk na swój sposób – a sporo z tych sposobów to imaginacje, domysły, gdybania, co w efekcie prowadzi do erupcji informacji, które nie mają oparcia w faktach, są transmisją wirusa niepewności, który bez wątpienia jest najpowszechniejsza chorobą współtowarzyszącą tej francy w koronie.

Być może jednym z rozwiązań jest odpowiednio zbilansowana, bogata w wartości merytoryczne dieta informacyjna.