Włamanie

Pani Paulinka, gdy już wyloguje się do koperty, doczeka się na naszym podwórku pomnika ku czci, któren zresztą sama uprzednio zaaprobuje, albowiem na każdym zebraniu wspólnoty napomyka o bliskiej relacji z niejakim panem Janem, parającym się na co dzień wytwarzaniem ludków z kory, których jedynym odbiorcą jest jego muza, czyli ona, zapamiętale ustawiająca rzeczone ludki na wszystkich wystających elementach budynku. Powoli miejsce w którym mieszkam zamienia się w skansen. Kilka dni temu na przykład natknąłem się w piwnicy na wycieczkę bachorów w wieku gimnazjalnym – niby spoko, wartość nieruchomości rośnie, ale ktoś podpierdolił weki z ćwikłą i się afera zrobiła na całą ulicę. Pani Paulinka powiedziała, że nie odpuści i cały następny ranek kręciła wiry, aż w końcu po przesłuchaniu dozorcy na wyżej wymienioną okoliczność ustaliła jednomyślnie, że najlepszym rozwiązaniem będzie wprowadzenie wart rotacyjnych. Grafik tychże przedstawiła na kolejnym zebraniu wspólnoty, a na koniec, w trakcie wolnych wniosków, zgłosiła projekt tarcia chrzanu z buraczkami przez lokale nieparzyste.

Pesel pani Paulinki pamięta czasy tuż po ogniu ale jeszcze przed wynalezieniem koła, każdy jej organ ma swój muzealny numer ewidencyjny, co powoduje, że nasza bohaterka do lekarza jeździ do Cieciszewa, bo tylko tam przyjmuje głucha 96-letnia lekarka mająca zezwolenie wojewódzkiego konserwatora zabytków, prywatnie przyjaciółka Paulinki. To czy w ogóle ma wykształcenie medyczne to kwestia dyskusyjna, albowiem leczenie zapalenia płuc skorupkami jajek nie brzmi zbyt wiarygodnie, ale Paulinka opowiada o klinicznych dokonaniach przyjaciółki z taką swadą, że nikt nie oponuje.
Wizualnie Jej Wysokość Pe mieści gdzieś między Hanką Bielicką a bitwą pod Stoczkiem, zawsze nienagannie uczesana, w palcie z jakiegoś rzadkiego gryzonia, bywa, że w reklamówce na głowie gdy kapuśniaczek, żeby trwała nie klapła i pazurków nie zmierzwiło. Ideologicznie ciągle żyje w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, rozmowa z nią jest niezwykle rozwijająca na każdej płaszczyźnie, głównie ze względu na mnogość wątków, które potrafi wtłoczyć do każdej rozmowy. Wczoraj padło na mnie, bo przy furtce grzebałem śrubokrętem, żeby samozamykacz poprawić, a pani Piraninka wyczuwa krew ze stu kilometrów.
– Po co ta policja wczoraj wieczorem u nas była? – od razu przeszła do rzeczy.
– Dzień dobry pani Pałlinko – odpowiedziałem nie podnosząc głowy znad siłownika, bo się wygiął był i blokował. – Włamanie było, no to przyjechali.
– Jakie włamanie? – starsza pani nie była w ciemię bita, mąż nieboszczyk był onegdaj legendą posterunku w Pałacu Mostowskich, i dobrze wiedziała jak zadać pytanie, żeby indagowanego przygwoździć.
– To są jakieś rodzaje włamań? – podniosłem brew. – Ktoś wszedł do cudzego mieszkania i je okradł.
– Po co do cudzego? – gwóźdź dwa. Logika, głupcze.
– No na tym polega idea włamania – odparłem filozoficznie czując jednak, że pętla się zaciska.
– Ale swój czy obcy?
Jest pierdolnięcie.
– No swój to by się nie włamał chyba – odparłem, wydawało mi się, że z sensem.
– Aaaa, czyli się nie włamał – wydedukowała natychmiast. Ekstraklasa. – A ukradł coś?
Zagoniła mnie w kozi róg. Coraz bardziej miałem wrażenie, że coś komuś podpierdoliłem, tylko nie wiem komuco.
Postanowiłem się ratować.
– Moment, zaraz, co czy kto czy coś ukradł komu? – zbudowałem błyskotliwie gramatyczną replikę-pytanie.
– No wczoraj, co policja była, mówił pan, że włamanie było – nie z Pałlinką takie numery, kropla drąży skałę.
– Rower ukradli – odparłem po namyśle. Prawda. Tylko prawda. Inaczej po mnie.
– Kto ukradł? – szach…
– Nie wiem – wydukałem.
– To nikt nie ukradł? – …mat.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o