Zakupy

Czasem robię zakupy z dowozem. Najczęściej rzecz ma miejsce w trakcie weekendu, gdy dogorywam po jakimś wczoraj, bo znowu miał być tylko jeden, a po dwudziestym zerwało skalp i zawartość pojemnika na myśli udała się na suchego przestwór oceanu kontemplować jakość bytu jenotów w skrajnie niskich temperaturach.
Nie wiem czy to kwestia farta czy tego, że duża sieć sklepów zatrudnia jednego człowieka z pomocnikiem do rozwożenia fantów, w każdym razie te nieszczęsne zakupy przywozi mi zawsze ten sam gość, wąsata krzyżówka Władysława Kosiniaka-Kamysza z Tomem Waitsem. I ma takiego pomagiera, kopię Dannego De Vito, pod pachę mu wchodzi, i tak we dwóch mi te sprawunki wtargują na to czwarte piętro.

Kilka dni temu przyleciała do mnie Kaśka z Australii, co to kiedyś się razem chowaliśmy i rodziny chciały nas swatać, bo tak ładnie wyglądacie, podczas gdy ja obmyślałem sposoby jak tu się zakraść do majtek jej rodzica marki Panimarzenka, bo po pierwsze taki miałem wiek, po drugie to była lufa nie z tej ziemi ta Panimarzenka i wszyscy faceci w bloku zachowywali się dziwnie, gdy przechodziła, a po trzecie w dupie miałem tę jej siusiarę, jak erekcja wybijała mi zęby ilekroć mnie brała na kolana i mogłem bezkarnie nurkować w miseczkach DD. Czułem, że jesteśmy sobie pisani i kompletnie nie miał znaczenia fakt, że dopiero skończyłem jedenaście lat a ona dolatywała do czterdziestki. Jedyną przeszkodą był ten jej, kurwa, Panjacek i fakt, że prezerwatywy mi jeszcze spadały, ale coraz mniej.
Tak czy siak, Kaśka przyleciała, więc popłynęliśmy w przeszłość, obficie polewając pamięć zmiękczaczami ostrych krawędzi, żeby historię zmienić w coś, co nas nie porysuje na powrót, bo w sumie czemuś lubiłem te wspomnienia o marzenkowych cyckach, które córka odziedziczyła była w pełnej krasie. Niestety, po tacie odziedziczyła prawie całą resztę, więc mogliśmy sobie bezpiecznie odpinać wrotki, bo Panjacek wybitnie nie był w moim typie, głównie przez włosy na plecach, które eksponował za każdym razem, kiedy wychodził na balkon.
W tej jakże sympatycznej atmosferze upłynęło kilkadziesiąt godzin, w trakcie których odwiedziliśmy kilka barów, dział mrożonek w lidlu, jednego dilera i aptekę na Puławskiej, bo zaatakował mnie budynek przy Kondratowicza, w sensie źle obrałem trajektorię i nie trafiłem w drzwi. To znaczy korpusem trafiłem na luzie, tylko twarzą trochę mniej.

Przedświt zastał nas w okolicach sypialni, bo już i pora odpowiednia, i melatoniny w żyłach od cholery, i ta twarz nie tego, więc dawaj rozparcelowywać posłanie. Niestety, jako posiadacz psa Lucka, niejako z definicji stałem się antyposiadaczem wszelkiej maści pościeli, poszewek, nakryć, kap, dywaników, kordeł, kocy i tym podobnych, gdyż regularnie wypieprzam je do śmieci. Głównie dlatego, że po spacerze w terenach grząskich, które Lu uwielbia, rzeczone przedmioty stanowią ten element wystroju wnętrza, w któren pies mój z lubością się zagrzebuje, zaplątuje, owija, doprowadzając go do stanu wymagającego natychmiastowej utylizacji. Niewiele się zastanawiając, szarmancko odstąpiłem Kasi jedyny komplet pościeli jakim dysponowałem, a sam z godnością udałem się na spoczynek do sąsiedniego pokoju, coby nie kusić zmysłów cyckami śpiącej.
Po godzinie obudziłem się w skrajnym telepie. Po pierwsze, bo jęło ze mnie złazić to wszystko, co przez ostatnich naście godzin przyjąłem w przeróżnej postaci, a po wtóre, bo było zimno czytaj piździło tak dramatycznie, że podłogę w kuchni mógłbym wynajmować hokeistom Podhala Nowy Targ. Zacząłem umierać i sinieć, więc chuj tam z grzecznością, wbiję na rympał do kaśkowych pieleszy, tu się trzeba ratować a nie bawić we francuskiego pieska. Cichcem się zakradłem i wgramoliłem, trochę z niemca a trochę na przyjaciela, pod jedyną kordłę w domu, co współspaczce przeszkadzało wręcz przeciwnie, bo gościnnie przesunęła się na swoją połówkę. I na tym się jej gościnność kończyła, bo okazało się, że Kasia przez sen mówi. Jeszcze żeby mówiła aksamitnym głosem Krystyny Czubówny, odsłaniającej kulisy życia piżmowców w Mongolii, to bym może jakoś dźwignął, no ale piłowała tego ryja jak jakiś cholerny Iggy Pop! I nie, żeby jeszcze raz na czas coś tam coś tam sobie chrząknęłakrzyknęła w emocjach – ona po prostu prowadziła ożywioną dyskusję z jakimś wyimaginowanym Krzyśkiem-czy-Ryśkiem o tym gdzie pojadą na święta. I akurat trafiłem na moment, jak się z nim właśnie o te święta, przez sen kłóciła! No żesz ja pierdolę! I co ją lekko szturchnąłem, że wiesz, strasznie krzyczysz, to ona mówiła sorry, a po dwóch minutach jechała z koksem od nowa, tyle, ze dwieście tysięcy decybeli głośniej. Kurwa, ja się nie dziwię, że w tej Australii to ludzie mieszkają od siebie oddaleni o setki kilometrów, bo by się przecież spać nie kładli, jakby widzieli, że sąsiad łóżko ścieli.
Wystrzeliłem stamtąd po półgodzinie ogłuchły i wróciłem do punktu wyjścia, czyli na Syberię. Tam posiedziałem chwilę w kucki, jak Chińczyk pod ambasadą, próbując się zdrzemnąć, ale nie dałem rady i zacząłem cicho szlochać. Głównie z powodu omamów i pierwszych odmrożeń, ale także dlatego, że dotarło do mnie, że za chwilę przesram sobie życie, bo zaraz wrócę do tej jebanej sypialni z łopatą i Kaśkę uciszę manualnie, niech ten jej cały KrzysiekRysiek spierdala.

Oderwałem sople z nosa i jąłem przeglądać katalog z możliwościami. W pierwszej chwili planowałem polać się benzyną, podpalić i szybko na chwilę zasnąć, ale w porę przypomniałem sobie, że stacja na dole nie tankuje do kanistrów, no i jest jakieś cztery kilometry ode mnie, a przecież ja do drzwi klatki nie dojdę, a co dopiero taki kawał.
Postanowiłem zatem zamówić taksówkę na lotnisko i polecieć do któregoś z państw równikowych, ale zgrabiałe palce źle wystukały numer czy coś i się tylko pokłóciłem z jakąś babą o to, że jest niedziela rano. I wtedy, w chwili olśnienia, do głowy wpadł mi genialny w swojej prostocie pomysł, żeby wbić się we wszystkie posiadane ciuchy. Piętnaście minut później wyglądałem jak Joey we wszystkich ubraniach Chendlera lub jak bezdomny cygan na dworcu w Ułan Bator, niepotrzebne skreślić. Około dziewiątej rano, rozpuściwszy szron na powiekach, w końcu zasnąłem.
O 9:15 wybuchł budynek, czyli domofon zaczął wyć jak pojebany. Spokojnie dostałem ataku serca po czym zwlokłem się i doturlałem do słuchawki. Władysław Kosiniak-Kamysz z Dannym De Vito byli jak szwajcarski zegarek. Otworzyłem im brocząc krwią z uszu, z naleśnikiem zamiast twarzy i całym stadionem dziesięciolecia na sobie, i chyba mocno ode mnie wionęło, bo jak wnosili te zamówione wczoraj pół tony zakupów, to omijali mnie takim łukiem, że prawie o balkon zahaczali. Następnie, po kilku nieudanych próbach siłowego przekonania swojej karty, żeby wyjawiła pin, bo inaczej nie ma chuja, terminal nie ściągnie, udałem się wgłąb domu, w celu znalezienia jakiejś gotówki. Misja zakończyła się sukcesem, aczkolwiek słabo to wyglądało, gdy uiszczałem należność trzema kilogramami bilonu, końcówka w miedzi. Tak czy siak podziękowałem i popchnąłem drzwi, ale nie doleciały, bo się pasek od zabytkowego płaszcza kąpielowego, który z klasą wdziałem na samwierzch, niefortunnie zaplątał w okolice futryny, dzięki czemu usłyszałem jak Kosiniak-Kamysz, odchodząc, wyszeptał do swojego pomocnika: „Ale się chłop stoczył”

  • Obserwator

    Ta… Też nie lubię, jak kobieta ma włosy na plecach… No kurde jak krasnoludzka kobieta…

  • aikus

    Oj tam, ja bym sie tak nie wzbranial przed tą Kaśka. Trzeba i takie wrażenia kolekcjonowac! W końcu co bedziesz wnukom opowiadal…

  • Vramin

    Piękne – „zawartość pojemnika na myśli udała się na suchego przestwór oceanu”. Będę cytował.