Zapalnik

Generalnie to ja zajebiście lubię żyć. Dość szybko zdałem sobie z tego sprawę i w zasadzie lwia część wydarzeń tatuujących moją biografię jest tej konkluzji konsekwencją. Odkąd zatem pamiętam, mój krwiobieg zasilany był rytmicznie ogromną ilością doznań z miliarda różnorakich dziedzin, bowiem tylko ta forma poznawania rzeczywistości i okolic czyniła swiat barwniejszym, pełniejszym, obfitszym i w ogóle „-szym kwadrat”.

To wpierdalanie nosa między drzwi wielokrotnie skutkowało obfitym rzeczonego broczeniem, niemniej mentalna erekcja jakiej doznaję rozbrajając bombę z Nieznanego, wprowadza mnie w stan drżenia, który najbardziej przypomina trąconą strunę – niby jest jedna, ale naraz w kilkunastu miejscach. Obłęd.
I ta drgająca struna będąca wektorem wskazującym „którędy”, dość mocno zszyła się z moim poczuciem estetyki i pojmowaniem piękna, bowiem od środka wytapetowany jestem dźwiękami. Czasami mam wrażenie, że nie bardzo pamiętam wydarzenia jakiegoś okresu, ale doskonale wiem, jakie nuty mi wówczas towarzyszyły i co we mnie otwierały.

Kilkanaście lat temu byłem na koncercie Thievery Corporation w nieistniejącej już dziś Skarpie. To było apogeum mojego używek wchłaniania i zapluszowiania świata, a ponieważ słupki po obu stronach excela się zgadzały, to testowałem granice swoich możliwości fizycznych do oporu i kilka razy zdarzyło się, że po kilku dniach jadłem proszony obiad we Włocławku-czy-kurwa-Kaliszu u rodziców jakiejś randomowej Doroty z obłędnymi cyckami, która niniejszym oświadcza, że mamotato poznajcie Bartka, to chyba to, bo on pisze wiersze i umie dżudzitsu. Z tym dżudżitsu to jeszcze luz, fajnie że łyknęła, ale kurwa wiersze?!

Tak czy siak poszedłem nafurany jak kot Dżinks na koncert TC, bowiem kapela ta rozwalała ówczesną scenę mieszanką dźwięków robiących huragan w głowie. Swoim zwyczajem dość szybko przetransferowałem się pod samą scenę i oszalałem ze szczęścia, gdyż od początku eksplozja goniła eksplozję. To było szaleństwo, ludzie błyskawicznie złapali rytm i wszystkich uniosło metr w górę, coś co jest możliwe tylko wtedy, gdy dzieje się na żywo.
W pewnym momencie jakiś dynks się upierdolił w barierkach oddzielających tłum od sceny, i całe towarzystwo runęło kurwa na mnie, albowiem akurat przechodziłem z tragarzami, tj oddawałem się szalonemu transowi na pierwszej linii. Ochrona zareagowała koncertowo, czyli natychmiast na miejscu zdarzenia pojawiło się pół miliona łysych karków z słuchawkami w uszach i jęło podnosić ten cały majdan zaganiając ludzi z powrotem niczym owczarek podhalański owce też mogą być podhalańskie, jeden chuj, przecież się na owcach nie znam. Traf chciał, że tego dnia miałem na sobie bojówki i czarną koszulkę polo z logo kapeli kupioną przed koncertem, więc jakoś zupełnie przypadkowo zlałem się z członkami ekipy technicznej, dodatkowo uwiarygadniając się podniesioną rolką srebrnego tejpa i komentarzami, że „i have a job to do, mate” skierowanymi do najmniejszego, ale chyba najważniejszego z karków. No i po chwili wylądowałem na scenie, wśród tych wszystkich muzyków, w samym środku koncertu, który na kilka chwil, z powodu awarii tych cholernych barierek przerwał się był. Przyklęknąłem sobie obok perkusisty, który wykorzystał przypadkową przerwę na skręcenie naprawdę porządnego lolka. Zobaczył mnie, spojrzał pytająco i zanim się obejrzałem jaraliśmy sobie obaj jointa, czekając aż będzie można wznowić granie.
To był jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem w życiu i spędziłem go obok perkusji, na scenie, usmażony jak nieboskie stworzenie wśród dźwięków, które do dziś wywołują drżenie.

Te nieszczęsne barierki były chyba z plasteliny, bo pod koniec nie wytrzymały, i ponownie rozsypały tłum po podestradziu; tym razem fali nie dało się zatrzymać i Thievery Corporation koncert kończyło wraz z rzeszą szalejących fanów na scenie. Po ostatnim bisie mój perkusista rzucił pałeczkami w tłum, co było spowodowało, że umarłem na zawał, gdyż czaiłem się na nie jak Majdan na wyprzedaż na Marywilskiej. Chyba dostrzegł, że rozczarowanie wyjebało mi korki, bo pogrzebał w kieszeniach, wyjął sterane zippo i uśmiechając się powiedział: „it’s yours now”.

***

Kilkanaście lat później wpadłem sobie w necie na kolesia, który składa się z małych szkiełek, które odbijają światło w sposób, który budzi uczucie, że świat jest tęczą. Cholernie lubię tego gościa, bo wie wszystko, co mi jest potrzebne do bycia. Na przykład wie, że jeże. I pomyślałem sobie, że powinien mieć tę zapalniczkę, bo jego pióro to koncert. Dlatego, Robert Popielecki, „it’s yours now”.

Popiel & UżyjWyobraźni
Popiel & UżyjWyobraźni

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Iwnowawiolka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
wiolka
Gość
wiolka

ily, uwielbiam

Iwnowa
Gość

Czuję się, jakbym z Wami na tym murku przysiadła, a raczej jakbyś dał mi lunetę, żebym popatrzyła na ten szczególny moment. Patrzę więc i czuję.