Zapieskowany

Mój dom to generalnie pojemnik na miauczenie i szczekanie, w wielu przypadkach na kwilenie, a i krakanie się zdarzyło i trzy miesiące trwało, bo znalezienie gawrona ze złamaną podstawką potrafi wywrócić świat do góry nogyma. Nic nie wiesz o wstydzie, jeśli nie próbowałeśałaś pozbyć się produktów przemiany materii w towarzystwie sporych rozmiarów ptaka Czesława, któren sobie upodobał kibel jako miejsce koncentracji aktywności życiowej. Czesio całą trzymiesięczną rehabilitację przeszedł był w ubikacji, pokrakując radośnie ilekroć pokonywałem opór i oddawałem co cesarskie muszli. Z czasem polubiliśmy się do tego stopnia, że miałem wrażenie, że dźwięki jakie Czesław wydaje po każdej wspólnej sesji, stanowią rodzaj oceny produktu końcowego, coś jak ci sędziowie po skokach Małysza, albo Iwona Pavlović po fokstrocie Piotra Gąsowskiego. Mocne 6 i oklaski. Przywiązałem się do tych jego ptasich alarmów do tego stopnia, że teraz, jak mi w kiblu czegoś smutno i energia nie ta, to zachęcam się do wysiłku pokrakując, co lubi wzbudzać różne reakcje – od niepokoju po aplauz – jeśli akurat miejscem natarcia jest ubikacja w Ikei.

Bywa, że sierściuch zapląta się w silnik jakiejś S-klasy i wówczas ostrzegawcze postukiwanie w karoserię celem-go-wydobycia nie spotyka się ze zrozumieniem właściciela pojazdu i skutkuje sprawnie wykonanym ciosem w ryj przez ochroniarza, któren opakowany w za dużą marynarkę i przylepiony do ochranianego, reaguje jak fretka na kaszankę i przestawia ludziom błędnik. Jak na 120-kilogramowego guźca szybki był, jebany, mógłby spokojnie tego swojego szefa na barana wozić, osiągi do S-klasy miałby zbliżone.

Czasem, w czasie turlania się po dzielni, natknę się na jakiegoś futrzaka, który właśnie uciekł spod topora, bo w jakimś civicu mąż prowadzącej hondę Haliny tarcze ponawiercał i rzeczona jak depnęła po heblach, to się 3G od przeciążenia zrobiło i jej gałki wyleciały z oczodołów, ale przyjebania w zwierzaka, chwała jej za to, uniknęła. Inna sprawa, że jak się nakurwia siwikiem-w-tajp-erze pakę osiemdziesiąt po osiedlowej ścieżce, to nie powinno się jednocześnie gadać przez telefon wielki jak patelnia i malować oczu kredką może to jej urok może to mejbelin.

Zatem wyciąganie przedstawicieli fauny z bieżącego gówna zdarza mi się dość regularnie, więc żadne wielkie halo, po prostu wpisane we własny ciąg dalszy, ogarniam, kleję i grzejemy dalej, nie ma co się tu spuszczać.

No i przedwczoraj dreptałem sobie tuptup do domu, by tam dokończyć wieczorek zapoznawczy z kilkoma browarkami, gdy wypadł był na mnie z chaszczy burek marki kundel, niby z obrożą ale cały zmierzwiony i w panice, i dawaj nakurwiać prosto na skrzyżowanie Wołoskiej z Rakowiecką, gdzie autobusy i tramwaje i panandrzej w pięknej marei weekend, czyli ogólnie ruch w chuj.
Ruszyłem tedy za nim wydając ostrzegawcze okrzyki i sygnały wizualne, co musiało wyglądać niepokojąco dla kogoś z boku, no bo z chaszczy wypadł skołtuniony pies, a za nim jakiś nie mniej potargany koleś piłujący japę i machający rękami. Reakcje na przystanku, przez który zwierzak inoprzemknął, były zgodne z oczekiwaniami, czyli ja darłem mordę „zatrzymajcie tego psa, usiekł pies!”, a ludzie patrzyli z pełnym wyższości niesmakiem, i albo poprawiali siatki z biedronki, albo wracali do oznaczania się na twarzoksiążce takietampopracy. Wprawdzie jakieś dziecko pisnęło „patrz, mamo, pies!” ale mamusia, widać że po Harvardzie, natychmiast błyskotliwie zauważyła, że „zostaw, Grzesiu, nie twój” i się Grzesio jeno za nami popatrzył współczująco, jak się przedzieramy przez środek ulicy. Minąwszy o włos tira kontynuowałem pościg, wyjebując po drodze browary, bo mnie opóźniały, a że działo się to koło kościoła, to mam nadzieję, że komuś spragnionemu przywrócą wiarę, informację o cudzie proszę zgłaszać w zakrystii, ja nakurwiam dalej, nie ma za co.

Już traciłem nadzieję i kundelka z oczu, gdy dopadł był do bramy jakiejś i posłusznie stanął na baczność. Dobiegłem po chwili i ja, ledwo zipiąc, od razu czujny jak ci z W-11, bo wiedziałem, że jeden fałszywy ruch i burek wystrzeli w długą, a kolejnych stu kilometrów pościgu mogę nie dźwignąć. Tymczasem nic z tych rzeczy, psiak ani myślał drgnąć, w zasadzie to wyglądał tak, jakby próbował sobie przypomnieć kod do furtki. Czyli że tu mieszka, nie ma inaczej. Zdjąłem plecak, usiadłem na chodniku, zagadałem, zareagował ogonem, też zamerdałem, chwilę pogaworzyliśmy, po czym odpiąłem smycz od kluczy i przyczepiłem zwierzaka do siebie.
No dobra, to jedziemy po kolei, od jedynki.
– Dobry wieczór, przepraszam bardzo, znalazłem psa, wygląda na to, że tu mieszka, bo stoi przed bramą, ma obrożę ale nie ma żadnego identyfikatora, może wiedzą państwo czyj on jest?
– Dziękuję, my nic nie zamawialiśmy.
Aha. No to dwójka.
– Aaaaa, miałam kiedyś psa, Filuś, wspaniały był, zdechł sześć lat temu.
Piątka.
– Tak, tak, cukrzycę mam teraz, muszę leki brać, po co oni tego Kaczyńskiego tak wyzywają, a co się stało?
– Nic, nic, dziękujępozdrawiam – szybko zakończyłem, bo telewizja trwam mogłaby mi teraz nie siąść.
Ósemka.
– Ja nie znaju.
No ja też.
Dycha.
– Panie, w Gdańsku byłem.
To bardzo ważna dla mnie i dla psa informacja, jestem panu bardzo wdzięczny. Czy następnym razem, gdy gdzieś pan będzie, mógłby pan przywieźć zdjęcia i magnes na lodówkę?
Czynastka.
– Ja tu nie mieszkam, to mieszkanie siostry, zmarła dwa tygodnie temu, sprzątać wpadłem.
– Oj, szkoda bardzo, to ile siostra miała lat?
– Dziewięćdziesiąt prawie.
Ho, ho. Przykro mi. Za rogu wychylił się jakiś kolunio. Wychylił się i patrzy. Spodnie podciągnięte pod pachy, okrągły taki, twarz uśmiechnięta, przyjazny w chuj. I nic, patrzy.
Siedemnastka.
– …proszę mi nie przerywać, bo proszę pana tam się dzieci bawią, a podwórko jest dla wszystkich i ktoś tam rower postawił, i moja córka się zawadziła, to nie jest pierwszy raz jak ktoś tam…
Dwudziestka. Zaraz tę furtkę wyrwę z korzenima. Chuj tam, zmieniam strategię.
– Kto tam?
– Ja. – Bzzzzz.
Weszliśmy na podwórko, a Burek natychmiast pociągnął mnie pod trzecią klatkę i tam go przymurowało. Czyli pętla się zaciska, lejek zwęża. To chyba tu.
Odwróciłem się, a za moimi plecami kolunio w spodniach pod pachy. Pogodny taki. I patrzy. I nic.
– Pan tu mieszka? – zapytałem ostrożnie. Kiwnął głową. Czyli, że mieszka.
– Nie – odpowiedział z uśmiechem.
Ujć, kurwa. Chyba nie był najostrzejszą kredką w piórniku. Nadzieja, która przed chwilką rozbłysła, natychmiast zgasła. Nie tędy.
Dwadzieścia sześć. Cisza. Dwadziescia siedem. Cisza.
Dwadzieścia osiem.
– Nie mam psa, ale już-już schodzę. Ufff. Spojrzałem na spodniastego grubcia. Strasznie sympatycznie wyglądał, widać, że żywo się zainteresował sytuacją i sobie przyszedł, żeby ze mną pobyć. Trochę krążył, ale się w końcu zbliżył do psiaka.
– Florian, Florek, no jak tam? – zagadał ciepłym głosem i futrzaka pogłaskał. – To pana pies? – spojrzał z uśmiechem na mnie.
– Nie, nie mój, znalazłem go tu – odparłem z rozszerzonymi źrenicami.
– Aha – pokiwał ze zrozumieniem głową. I nic. Kropka. Głaskał dalej zwierzaka! Sytuacja zaczęła mnie przerastać, no bo w tym wszystkim nie spodziewałem się raczej, że wyjdzie do mnie znikąd kolo w portkach pod pachy i zacznie ze mną przebywać! Dobra, inaczej.
– Zna pan tego psa?
– Nie, raczej nie bardzo. – Porciastek nie przestawał głaskać Florka.
– A gdzie pan mieszka?
– Tu. – Wskazał na pierwszą klatkę.
– A ma tu ktoś psa? – podszedłem go jak Machiavelli.
– Tak.
– To ten?
– Nie wiem.
– A gdzie mieszka?
– Ten? – upewnił się.
– Tak.
– Tu.
– Tu?
– Tu.
– A gdzie dokładnie? – zapytałem z mocą.
– Nie wiem.
Kurwa. Zabiję go.
– A gdzie tu mieszka jakikolwiek pies? – skonstruowałem pytanie, którego zabrzmiało jak dogmat z filozofii buddyjskiej. Grubcia zamurowało. Przestał głaskać i się jakby zamyślił. Miałem wrażenie, że coś wie, ale nie chce by przygoda jego życia skończyła się za szybko.
– Tu nie ma jakiekolwiek psa – oświadczył w końcu z dumą.
Teraz mnie zamurowało.
– No a ten? – wskazałem na Florka.
– Nie wiem, ale to chyba nie ten.
– Nie ten?!
– No nie wiem, może… – odparł tajemniczo.
Ej, ja tu przybiegłem ogarnąć zwierzaka, a nie dostać sanie za zabójstwo. Z klatki wyszła jakaś raźna kobiecinka z kiepikiem i uśmiechem dookoła głowy. Uwielbiam takie babki.
– Znalazł pan psa? – od razu przeszła do rzeczy.
– No tak, tego tu ancymona – oduśmiechnąłem się.
– Cholera, taka nowa tu mieszka, dwa ma, od niedawna się wprowadziła, ze trzy miesiące będzie, a czyj ty jesteś ślicznoto, tu, u nas w klatce, na drugim, ale nie dam sobie głowy uciąć czy to jej, czasem ją widzę jak wychodzi z nimi – trajkotała jak karabin i jednocześnie kochała Florka oczami. – Paniemacieju, to tej spod dwadzieścia trzy, tej nowej takiej?
– Nie wiem – porciastek trzymał się swojej wersji.
– A gdzie ona jest? – Kiepikowa się nie chrzaniła w woale.
– Kto?
– Ta nowa, spod dwadzieścia trzy, ta co psy ma.
– Wyszła z psami.
– Dawno wyszła?
– Dwie godziny temu.
– Aha. A gdzie poszła? – Kiepikowa mogłaby w Pałacu Mostowskich wykłady z przesłuchań prowadzić.
– Kto? – Panmaciej też mógłby coś prowadzić, nie wiem, lokomotywę w Teleekspresie. Zaczynałem go jednakowoż chybakochać za tę jego konsekwencję.
– No ta nowa, spod dwadzieścia trzy, chuda taka.
– Na Pola poszła, tam, o – pokazał palcem. Lejek.
– No dobra – zadecydowałem szybko – To ja tu pani zostawię psiaka na parę minut, a sam polecę na te Pola, bo on stamtąd tutaj przyleciał. Proszę zapisać mój numer i dzwonić w razie gdyby co. Kiepikowa wklepała numer, chybaFlorka przytroczyła do siebie i chwacko stanęła na posterunku, a ja tymczasem pomknąłem we wskazanym kierunku.
W parku natknąłem się na dwóch świstaków, którzy wyglądali, jakby kogoś zgubili. Łazili w kółko po skrzyżowaniu alejek i nawoływali gromko i tęsknie.
– Czy szukają może panowie psa? – zapytałem czym prędzej, bo mnie ta ich rzewna nuta ujęła.
– Jakiego psa? – chudszy i łykowaty lubił konkrety.
– No kundelek taki, rudy… – na szybko jestem w chuj finezyjny. Chudego lekko zawiesiło, przygasł i jął łączyć wątki. Po chwili się rozpromienił.
– On jest rudy – wskazał z dumą na swojego ziomka.
Ziomek faktycznie był rudy.
– To nie ten – czułem, że chyba się mijamy.
– Na pewno? – widać było, że chudy chce pomóc.
Kiwnąłem głową, bo zadzwonił telefon. Nacisnąłem zieloną słuchawkę.
– Już – kobiecy głos w słuchawce oświadczył, że już.
– To dobrze – odparłem, bo to chyba dobrze, że już.
– Może pan dawać z powrotem, przyszła ta chuda cała roztrzęsiona, że to jej pies. – Kiepikowa zdała raport z akcji przekazania psa chudej. – No i ten jej poleciał teraz do Żabki po piwo i mówią, żebym pana zawołała.
Karma. Piwo wraca.

  • Aix79

    Sztos!

  • Obserwator

    Uff, aż się zadyszałem czytając opis pościgu przez skrzyżowanie :)

  • iw

    Cudnie! :)