Zasady

W życiu trzeba mieć zasady, nie ma chuja.
Ja mam na przykład tak, że kowid-nie-kowid – myję się dwa razy w miesiącu i to bez znaczenia czy potrzebuję czy nie potrzebuję. Jak pierwszy lub czternasty to wiadomo, nie ma przeproś – wrzątek z domestosem do wanny i rzucam się w toń całym organizmem celem owegoż nabłyszczenia i potem stąpam po obiekcie taki wyniuniany, a umyślne sypio brokatę. Albo łażę po przedpokoju drapiąc się po jajach i kurwując na czym świat stoi, że powróz do gaci mnie się upierdolił. Niepotrzebne skreślić.

Rzecz w tym, że mam też psa, a to oznacza, że obaj przemierzamy codziennie chaszcze wszelakie, bowiem matka Lucka onegdaj zapatrzyła się na knura i mu tak zostało, w sensie, że jak tylko widzi runo to tam rączo bieży, a ponieważ jesteśmy teamem, to i ja po chwili trochę mniej rączo dobieżam. Niestety, jako, że w naszej dość mocno zurbanizowanej okolicy przestrzenie zielone znacząco odbiegają jakością od pałających niczem świerzop z dzięcieliną łanów nad Soliną, bywa, że natykam się na pozostałości po przemianie materii innych wielbicieli runa i w nie niechcąco wdeptuję. Pal sześć jak się zesra ratlerek, ile on tam z siebie może wydusić, fizyka go ogranicza, ale ostatnio wlazłem w wynik produkcji trzewi chyba, kurwa, konia. Jakieś bydlę nie posprzątało po swojej psince, a że psinka to jebany cane corso służący w zamierzchłych czasach do dobijania ludzi na polach walki i żeby po nim posprzątać to trzeba to, kurwa nie wiem, meleksem wywieźć, to jak wdepnąłem, to prawie po szyję wpadłem.
Sytuacja ta dość jaskrawo uwypukliła tę część mojego charakteru, która o mnie mówi najwięcej, bowiem, zamiast zapłonąć słusznym gniewem, zwietrzyłem szansę i zacząłem sobie strzelać selfiaki i wysyłać je do mojego dilera z podpisem „Wpadłem w gówno po uszy”. Chyba spanikował, nie wiem tego na pewno, ale jego narzeczona mi odpisała, że wyjebał trzy kilo koksu do kibla, przeszczepił sobie twarz Tomasza Karolaka i kompulsywnie sprawdza jaka pogoda jest teraz w Uzbekistanie. Uśmiałem się serdecznie i przy pomocy stalowych lin, składanego czekana i przytwierdzonych do obuwia raków wydostałem się z psiej kupy na zewnątrz, jako, że upał w grudniu jednak trochę zelżał i już od spodu ciągnęło, a i woń jaką roztaczał efekt nierównego pojedynku z metabolizmem cane corso nie należała do tych, którymi się człowiek, przed na przykład randką, naciera.

O mocy rzeczonego aromatu dowiedzialem się podczas drogi powrotnej do domu, bowiem ludzie na mój widok jęli rzucać się pod koła przejeżdżających pojazdów, skakać z okien lub przynajmniej wymiotować, a wokół mojego bloku zarządzeniem prezydenta miasta na szybko wydzielono specjalną strefę skażenia i obecnie do bydynku można wejść tylko w maseczkach.
Po wejściu do domu, z uwagi na powyższe okoliczności, postanowiłem złamać swoją sztywną regułę dotyczącą określonych pór się mycia i uruchomiłem procedury zmierzające do wypełnienia wanny odpowiednią mieszanką wody i detergentu. I wtedy zobaczyłem to: